Reporter i świadek

Czy dziennikarz po latach, sam będąc w komfortowej sytuacji, może dokonywać moralnych ocen ludzi, którzy znaleźli się w środku piekła?

Reporter „Gazety Wyborczej” Wojciech Tochman napisał ważną książkę o ludobójstwie w Rwandzie pt. „Dzisiaj narysujemy śmierć”, w której stawia pytania o konsekwencje ludobójstwa nie tylko dla sprawców i ofiar, ale także dla świadków wydarzeń. Zazwyczaj tylko uważnie słucha swych rozmówców, bez wydawania ocen. Wyjątek robi tylko dla pallotyna ks. Stanisława Filipka, który z nim nie chciał rozmawiać. Nie tylko go ocenia, ale kreuje nieprawdziwy opis faktów.

Od kilku miesięcy na ten temat toczy się dyskusja na łamach „Tygodnika Powszechnego”, w której Tochman swoje moralizatorskie tezy, m.in. o moralnej kompromitacji Kościoła, wyostrza (rozmowa z ks. Adamem Bonieckim, TP 17.05.2011). Trudno polemizować z absurdalnym poglądem, że Jan Paweł II powinien w czasie ludobójstwa pojechać do Rwandy i albo zatrzymać morderców, albo dać się zabić. Takich „cennych” przemyśleń reportera, zwłaszcza w wywiadzie, jest znacznie więcej. Odniosę się jedynie do wątku pallotyna, któremu Tochman poświęcił rozdział swej książki i część wywiadu dla TP. Trudno mi bowiem przejść obojętnie obok faktu, że „Tygodnik Powszechny” odmówił publikacji listów pallotynów wysłanych do redakcji w tej sprawie.

Tochman robi z ks. Filipka negatywnego bohatera swego reportażu. Stawia mu zarzut, że w sytuacji ekstremalnej zawiódł. Jego wywód w książce, a zwłaszcza w wywiadzie, jakiego udzielił „Tygodnikowi Powszechnemu”, aż kipi od złych emocji. Z jakiego powodu? Ksiądz Filipek nie chciał z nim rozmawiać, ponieważ nie miał do reportera „Wyborczej” zaufania. Tochman robi mu z tego poważny zarzut. „Czy ludobójstwo, które zdarzyło się na placu przed kościołem, to jego prywatna sprawa? Czy może w tej sprawie milczeć?”, pyta retorycznie.

 

W 2004 r. byłem w Rwandzie w wielu miejscach, o których pisze Tochman. Nie miałem problemów, aby rozmawiać ze świadkami tamtych wydarzeń. Z tych rozmów powstał m.in. mój reportaż o ks. Stanisławie Urbaniaku, wielkim orędowniku kultu Miłosierdzia Bożego, który uratował grupę Tutsi w swojej parafii w Ruhango (GN nr 14/2004). Rozmawiałem wówczas także z ks. Filipkiem, a notatki sprzed lat uzupełniłem niedawno rozmową telefoniczną, gdyż pallotyn nadal pracuje w Rwandzie.

W centrum wojny domowej

Aby zrozumieć, co wydarzyło się 9 kwietnia 1994 r. w dzielnicy Gikondo, gdzie na wzgórzu stoi pallotyński ośrodek, w którym oprócz kościoła parafialnego znajdują się także dom zakonny, ośrodek zdrowia, centrum katechetyczne oraz drukarnia, trzeba przypomnieć kilka podstawowych faktów poprzedzających tragedię. 6 kwietnia 1994 r. nieznani do dzisiaj sprawcy zestrzelili podchodzący do lądowania samolot z prezydentami Rwandy – Juwenalem Habyarimaną oraz Burundi – Cyprienem Ntaryamirą na pokładzie. Wracali z rozmów w Tanzanii mających zakończyć wojnę domową w obu krajach, której stronami byli Hutu i Tutsi.

Ten konflikt wypełnia najnowsze dzieje tego regionu. Tutsi są spadkobiercami lokalnej grupy panującej, myśliwymi, hodowcami. Z nich wywodzili się kolejni władcy. Hutu są przede wszystkim rolnikami. To oni dominują liczebnie, stanowiąc blisko 85 proc. mieszkańców Rwandy. Gdy w 1962 r. kraj odzyskał niepodległość, zdobyli w nim władzę. Doszło do krwawych konfliktów i pacyfikacji, po której liczne grupy Tutsi musiały szukać schronienia w krajach sąsiednich, przede wszystkim w Ugandzie. Tam w obozach dla uchodźców dorastało pokolenie młodych bojowników Tutsi, wśród nich także Paul Kagane, od 1994 r. faktycznie najważniejsza osoba w państwie, a od 2000 r. prezydent tego kraju. Wiosną 1994 r. siły Tutsi skupione w Rwandyjskim Froncie Patriotycznym (RPF), wspierane przez Ugandę, rozpoczęły atak na stolicę kraju Kigali. W czasie walk dochodziło także do masakr na cywilnej ludności Hutu.

 

Rozmowy obu prezydentów w Tanzanii, gdyż sytuacja w Burundi charakteryzowała się podobnym konfliktem, miały doprowadzić do zawieszenia broni oraz rozpoczęcia politycznych rozmów nad wyjściem z kryzysu. Zamach, który większość Hutu przypisywała bojownikom RPF, przekreślił te plany i został wykorzystany przez elementy skrajne w obozie Hutu, od dawna planujące ostateczne rozprawienie się z Tutsi. W tych warunkach trwająca od dawna wojna domowa zmieniła się w krwawą jatkę, organizowaną przez bojówki Hutu nazywane Interahamwe, czyli Wspólna Sprawa. Zbrodnię przygotowywano wcześniej, o czym świadczyły listy proskrypcyjne, jakimi posługiwano się na początku masakr. Później nie miało to już żadnego znaczenia, gdyż ginął każdy, kto był Tutsi albo nie chciał brać udziału w ich zabijaniu. Sprzyjał temu fakt, że po śmierci prezydenta rozpadała się struktura państwa. Policja i wojsko straciły jakikolwiek wpływ na bieg wydarzeń albo były w nich stroną. W ciągu zaledwie kilku dni rozwinęła się potworna spirala terroru i zbrodni, która w ciągu trzech miesięcy pochłonęła życie blisko 800 tys. ofiar, głównie Tutsi. Rzezie ustały, gdy 9 lipca 1994 r. oddziały RPF zdobyły Kigali. Mordy w Kigali, wspomina ks. Filipek, rozpoczęły się już 7 kwietnia, a ich ofiarą padli m.in. księża Tutsi, których masakra zaskoczyła w Ośrodku Jezuitów „Centre Christus”. Dodać trzeba, że położona na wzgórzu parafia znalazła się także na linii ognia pomiędzy partyzantami z RPF a oddziałami rządowymi. W mieście słychać było strzały. Pierwsi uciekinierzy dotarli na Gikondo już  7 kwietnia. Pallotyni nie zamknęli przed nimi bram, choć wiedzieli, że trwa polowanie na Tutsi. Od rana Radio Tysiąca Wzgórz (Mille Colines) nawoływało do ich tępienia. Ponad 300 osób znalazło schronienie w Centrum Pastoralnym. 8 kwietnia wieczorem dotarł tam także mężczyzna ciężko ranny w brzuch. Został opatrzony w miejscowym ośrodku zdrowia. Do rzezi doszło następnego dnia, w sobotę 9 kwietnia 1994 r. Był to prawdopodobnie pierwszy akt ludobójstwa na wielką skalę w Kigali. Rano ok. godz. 7 w kościele parafialnym ks. Henryk Pastuszka odprawił Mszę św., w której uczestniczyli praktycznie wszyscy szukający na Gikondo schronienia.

Później było wystawienie Najświętszego Sakramentu oraz spowiedź. Ksiądz Filipek zaznacza, że w kościele nie doszło do mordów. Potwierdza to także Tochman. Przed kościołem został zastrzelony przez żołnierzy jeden człowiek, który przybiegł z zewnątrz i szukał tam schronienia. Księżom powiedziano, że to jeden z inkotanyi (niezwyciężonych), jak nazywano bojowników RPF. Kościół został otoczony przez jednostkę wojskową, która zażądała, aby zgromadzeni w świątyni ludzie ją opuścili. Pallotyni próbowali rozmawiać z dowódcami, prosili o umożliwienie powrotu do Centrum Pastoralnego. Żołnierze odmówili. Otaczyli kordonem cały teren. Ludzie zostali usunięci z kościoła i rozpierzchli się po okolicy, szukając dla siebie kryjówek w krzakach bądź zabudowaniach. Wojsko było bezlitosne, wyciągali ludzi z kryjówek, przed drukarnią chcieli rozstrzelać 16 osób, wśród nich dwóch pallotyńskich stróży.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8