Nagle w pokoju zobaczyłem o. Pio

Jestem przekonany, że o. Pio od dawna nade mną czuwał i na swój sposób pragnął przygotować mnie do tej życiowej próby, którą miałem przejść.

W 2015 roku miałem poważny udar mózgu, który całkowicie sparaliżował mi połowę ciała. Jednak dzięki o. Pio wyzdrowiałem...

Takimi słowami zaczął swoją opowieść profesor Giuseppe Gorruso. Ma sześćdziesiąt osiem lat, pochodzi z Cervinary koło Avellino. Jest magistrem językoznawstwa i politologii; przez wiele lat nauczał naukowego języka angielskiego na uniwersytecie w Brescii. Jest więc typem intelektualisty, niezbyt skłonnym do ulegania sugestiom.

- Zgodnie z kryteriami naukowymi moje uzdrowienie nie jest kwestią cudu, gdyż poddałem się odpowiednim terapiom i przyjmowałem niezbędne leki. Jednak faktem jest, że mój powrót do zdrowia był nadzwyczajny. Spędziłem osiem miesięcy na wózku inwalidzkim, a teraz chodzę bez problemu, jedynie lekko utykam. Dobrze wiem, że to zasługa o. Pio. Czuwał nade mną, chronił mnie i kilkakrotnie otrzymałem dowód jego obecności przy mnie.

Przed chorobą nawet go nie znałem. Wiedziałem oczywiście, kim on jest, i znałem jego historię. Moją miejscowość i Pietrelcinę, jego rodzinne miasteczko, dzieli zaledwie około czterdziestu kilometrów. Mimo to nie można powiedzieć, abym był jego czcicielem. Jestem jednak przekonany, że o. Pio od dawna nade mną czuwał i na swój sposób pragnął przygotować mnie do tej życiowej próby, którą miałem przejść. Twierdzę tak, ponieważ jakieś dziesięć lat wcześniej przydarzyło mi się coś dziwnego, co dopiero później połączyłem z jego osobą. Czuwałem przy wezgłowiu mojego kuzyna, który umierał na raka. Rozważałem nad godnością, z jaką stawiał czoła cierpieniu, on, który – będąc lekarzem – spędził życie na uśmierzaniu bólu innych ludzi. Nagle poczułem silny zapach kwiatów. To było niczym eksplozja; woń była tak intensywna, że niemal dusząca. Pamiętam, że rozejrzałem się wokół, aby zobaczyć, skąd mogła pochodzić. Pomyślałem nawet, że jakaś pielęgniarka przesadziła z perfumami. Po kilku minutach zapach ulotnił się i więcej o tym nie myślałem. Jednak później, rozmawiając z osobami czczącymi o. Pio, dowiedziałem się, że taki właśnie intensywny zapach jest jedną z cech charakterystycznych jego charyzmatu. Zapachem tym – powiedziano mi – o. Pio chciał dać znać o swojej obecności.

Bardzo mnie to zaciekawiło, zacząłem więc czytać o stygmatyku z San Giovanni Rotondo wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Stopniowo coraz bardziej się do niego przywiązywałem. Nieustannie zastanawiałem się też, z jakiego powodu poczułem jego zapach. Zrozumiałem to, kiedy zachorowałem. Pojąłem wtedy, że o. Pio chciał mnie do tego przygotować.

3 sierpnia 2015 roku przebywałem w mojej rodzinnej miejscowości, aby zajmować się mamą, która była w podeszłym wieku. Siedziałem akurat w barze z moim bratem, gdy nagle źle się poczułem. Nie byłem w stanie poruszyć prawą stroną ciała. Instynktownie skierowałem wzrok w stronę nieba i powiedziałem: «Ojcze Pio, pomóż mi!».

Zostałem szybko przewieziony do szpitala w Avellino. Tam lekarze zdiagnozowali udar mózgu. W przeciągu kilku sekund moje życie całkowicie się odmieniło. Udar to rodzaj punktu zwrotnego: oddziela wcześniejsze życie od stanu, do jakiego jest się zmuszonym później. Zwykłe, proste czynności, takie jak golenie czy użycie perfum, stają się istnym przedsięwzięciem, gdyż ciało nie odpowiada na polecenia. Łatwo wtedy popaść w głębokie zniechęcenie, odczuwać ślepy gniew bądź straszliwą niemoc. Dokładnie tak się czułem. Jednak w głębi, ukryty pod bólem, strachem i desperacją, tlił się pewien płomyk. Była to pewność, że o. Pio mnie nie opuści. Dał mi poczuć swój zapach, wiedziałem więc, że jest przy mnie.

Dni spędzane w szpitalu stały się nieustanną modlitwą. Kazałem się wieźć na wózku inwalidzkim do kaplicy i pozostawałem tam, pogrążony w myślach przed figurą Matki Bożej. Rozmyślałem o o. Pio i o jego kulcie Maryi. Czułem wtedy jego bliskość; wydawało mi się, że otacza mnie ciepłe uczucie piękna i pokoju. Niedługo potem zabrano mnie nawet w pielgrzymkę do Pietrelciny. Tam, przed figurą świętego, w miasteczku, gdzie się urodził i gdzie w 1910 roku po raz pierwszy otrzymał stygmaty, doznałem głębokiego poczucia pojednania z nim. Ja też, tak jak on, niosłem krzyż cierpienia.

Pewnej nocy, kiedy bardzo cierpiałem z powodu bólu w ramieniu i nodze, nagle ujrzałem o. Pio w moim pokoju. Wyglądało to tak, jakby wyświetliło się zdjęcie przedstawiające go w habicie, z kapturem naciągniętym na głowę i uśmiechniętą twarzą. Ta wizja – nie wiem, jak inaczej to określić – trwała kilka minut, po czym zniknęła. Jednak pozostawiła we mnie ogień. Od tamtej pory zacząłem wracać do zdrowia. Z odnowioną odwagą i nadzieją, z zaangażowaniem zacząłem poświęcać się rehabilitacji i mój stan poprawiał się dzień po dniu.

Pamiętam chwilę, kiedy zdołałem sam odkręcić nakrętkę z butelki, nalać wody do szklanki i wypić, nie roniąc przy tym ani jednej kropli. To było tak, jakbym zdobył Everest. Lekarze byli zaskoczeni tempem moich postępów. W krótkim czasie zdołałem stanąć na nogi i zacząłem robić pierwsze kroki. Teraz czuję się dobrze. Lekarze są zdumieni, gdyż nie poniosłem żadnych konsekwencji udaru na ciele ani na umyśle, jedynie lekko kuleję. Wiem dobrze, że byłem leczony w znakomitych ośrodkach szpitalnych. Wiem jednak również, że moje uzdrowienie nie jest zasługą jedynie medycyny...

*

Powyższy tekst jest fragmentem książki "Po śmierci będzie o mnie głośniej niż za życia. Cuda świętego ojca Pio". Autor: Roberto Allegri. Wydawnictwo: Esprit.

Nagle w pokoju zobaczyłem o. Pio

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11