Idźcie za Nim

Człowiek musi w życiu coś zostawić, żeby móc przyjąć coś znacznie większego.

Na oko w takim życiu nie ma nic atrakcyjnego. Idąc tam, poświęca się własną autonomię, karierę, rzeczy, które przeciętny człowiek chce posiadać. Ale przed tym, kto da się pociągnąć, otwierają się przestrzenie przewyższające wszystko, co śmiertelnik może sobie wymarzyć.

O doświadczeniu ofiarowania – obdarowania opowiadają osoby żyjące w zakonach kontemplacyjnych.•

Siostra Anna, dominikanka – Monika Wołoszyn

jest w zakonie 22 lata, śluby wieczyste złożyła w 2006 roku. W młodości działała w krakowskim środowisku harcerskim. Do klasztoru mniszek dominikańskich w Świętej Annie wstąpiła zaraz po studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim. z wykształcenia jest biologiem. W klasztorze pełni obecnie funkcję ekonomki i lektorki konwentu.

Skąd wiedziałam, że Bóg powołuje mnie tutaj? To był proces. Najpierw odkrywanie bliskości i zażyłości z Panem Bogiem. Wiarę traktowałam jako coś bardzo poważnego, więc zadawałam Bogu pytania – co mam w swoim życiu robić, czego On chce ode mnie i dla mnie. Byłam nastawiona na słuchanie odpowiedzi. I tu Pan Bóg pokazał mi, jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, dwie drogi: coraz większą bliskość z Pismem Świętym i piękno liturgii. To zbliżało mnie do Niego i uczyło odczytywania rzeczywistości w świetle Jego słowa.

Jednym z Bożych znaków dla mnie było wydarzenie jeszcze z harcerskich czasów, gdy z zastępem wędrowałyśmy po Polsce. Któregoś dnia znalazłyśmy nocleg u elżbietanek w Poznaniu. Siostry dały nam do dyspozycji salkę, która mieściła się naprzeciw ich kaplicy. Kiedy kładłam się w śpiworze do snu, uświadomiłam sobie, że za ścianą jest Najświętszy Sakrament. Bardzo mocno zapadła wtedy we mnie myśl, że to jest wielki dar móc tak mieszkać i tak żyć. To była jedna ze wskazówek, którymi mnie Pan Bóg prowadził do tego miejsca, w którym jestem.

Gdy przez kontakty z braćmi dominikanami z Krakowa poznałam siostry w Świętej Annie, było dla mnie absolutnie jasne, że to jest moja droga.

Czy pójście do klasztoru wiązało się z jakąś ofiarą? Nigdy nie myślałam w ten sposób, że wyrzeczenie jest pierwsze i nigdy nie zakładałam, że coś tracę. Wezwanie Boga odczytywałam jako Jego pragnienie mojego szczęścia, a ten sposób życia był dla mnie tak pociągający… bo jest to pociągnięcie ku Panu Bogu, ku Jego pięknu. Całe swoje życie czytam w perspektywie wielkiego daru. To jest przestrzeń – paradoksalnie niemal nieskończona, choć przeżywana w klauzurze – którą mi Pan Bóg podarował. Zakon, moi bracia i siostry, jest wielkim darem. Określiłabym to wszystko słowami „łaska i wdzięczność”. Element wyrzeczenia jest tu konsekwencją wyboru miłości: jeśli kogoś bardzo kocham, to nie zatrzymuję się nad wyrzeczeniami, których ta miłość wymaga.

Tekstem, który mnie prowadził i nadal prowadzi, stały się słowa bł. Jordana, następcy św. Dominika, który, nawiązując do Apokalipsy, pisał do mniszek: „Zdążajcie za Barankiem, dokądkolwiek się uda”. To zdanie wyznaczyło mi drogę: być blisko Jezusowego Serca w trosce o Kościół, czyli o każdego człowieka. •

Siostra Paula, klaryska – Monika Kowalczyk

studiowała stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim. Po ukończeniu studiów przez rok prowadziła szkołę językową, ucząc dzieci języków angielskiego i niemieckiego. Potem zostawiła wszystko i poszła do zakonu. Trzy lata temu złożyła śluby wieczyste.

To było w Warszawie, latem 2009 roku. Byłam wtedy krótko po studiach. Trzeba było zdecydować, co ze sobą robić. Drążyło mnie pytanie: „Co warto, a czego nie warto?”. Pewnego dnia pod wieczór weszłam do kościoła św. Jakuba przy placu Narutowicza. Jakoś chciałam koniecznie podejść do Pana Jezusa. Usiadłam w bocznej nawie blisko tabernakulum i patrzę na światełko wiecznej lampki. Wtedy usłyszałam w duszy: „Dla ciebie jestem tu cały, cały czas obecny i cały czas do twojej dyspozycji, z sercem otwartym włócznią. Co mogłem zrobić więcej? Pójdź za Mną”.

Rozpoczął się dla mnie proces rozeznawania, przede wszystkim na modlitwie, jak oddać swoje życie Chrystusowi. W tle stale powracała myśl: Bogu mówi się „tak”. Ale jaka forma życia konsekrowanego jest dla mnie? To było konkretne pytanie, na które musiałam odpowiedzieć. Wskazówką i znakiem rozpoznawczym stała się dla mnie adoracja Najświętszego Sakramentu. Pan pokazał mi, że mogę nie tylko spotykać się z Nim w cztery oczy, ale także wypraszać łaski dla innych. Zaczęłam więc szukać zakonu z wieczystą adoracją Najświętszego Sakramentu. Wybór padł na klasztor Sióstr Klarysek od Wieczystej Adoracji w Kętach.

Czy musiałam się czegoś wyrzec, coś ofiarować? Kiedy Bóg woła, to daje taką pełnię swojej obecności, że nie myśli się o tym, co się ofiaruje. Ona sprawia, że koncentruję się na tym, co Bóg mi ofiarował, a nie na tym, co ja Jemu ofiaruję. Jeśli w perspektywie jest całe życie oddane Bogu, najpiękniejsze, jakie może być, to wszystko inne staje się mniej istotne.

Jezus obiecał, że ci, którzy się wyrzekną dla Niego domów, braci, sióstr, otrzymają stokroć więcej. Ja tego doświadczam na przykład tak, że choć nie widziałam na oczy wielu ludzi, w których intencjach modlę się od lat, to oni stają się mi bliscy rzeczywiście jak bracia i siostry.

Teraz na nowo odkrywam to, że Bóg w swojej miłości uczy i poucza coraz głębiej o zwykłym życiu. Ostatnio na przykład kwestia naszego oddania w duchowości franciszkańsko-klariańskiej wraca do mnie przez Ojca Świętego Franciszka. Zaskakują mnie jego słowa, takie poboczne, gdzieś tam wyczytane w kalendarzu. Ja się za niego modlę. Tak uczyli św. Klara i św. Franciszek, że przede wszystkim ślubujemy posłuszeństwo Kościołowi świętemu i modlitwę za głównego pasterza, a tu do mnie wraca jego słowo tak, jakby sam Pan Jezus do mnie przemówił.

Owszem, Bóg nie mówi, że będzie łatwo, mam każdego dnia brać krzyż, ale też sprawia, że mogę przyjmować pomoc innych. Pozwala nam grać w symfonii zbawienia. On jest mistrzem w wygrywaniu akordów – zawsze człowieka zaskoczy.•

Ojciec Maciej Majdak, Cysters

jest przeorem opactwa cystersów w krakowskiej Mogile. Mija 19. rok jego życia zakonnego. Zanim wstąpił do zakonu, był ministrantem, lektorem, formował się w Ruchu Światło–Życie. Do cystersów zgłosił się zaraz po maturze. Jest, jak sam mówi, „książkowym przykładem powołania”.

Kiedy byłem w liceum, miałem okazję przyglądać się pracy księży diecezjalnych i zakonnych. Co roku przybywałem na wrześniowy odpust do cystersów w Mogile. Gdy poznawałem ich życie z bliska, najbardziej przekonał mnie jeden element z ich codzienności – stałość miejsca, którą oprócz trzech rad ewangelicznych ślubują cystersi.Polega ona na tym, że zakonnik wiąże się z daną wspólnotą, z danym opactwem – na dobre i na złe – do końca swojego życia. Można powiedzieć, że to przeważyło i zdecydowało o moim wyborze.

Czy nie odstraszał mnie fakt, że cystersi to surowy zakon? Myślę, że słowem „surowe” można by określić każdą formę życia zakonnego. Patrząc na życie cystersów powiedziałbym, że jest ono… wymagające. Tu, w Mogile, przestrzegając zasad życia monastycznego, jesteśmy otwarci też na pracę duszpasterską. Jest to więc połączenie życia mniszego, skupionego na regule i posłuszeństwie opatowi, z duszpasterstwem w sensie ścisłym – od posługi kapelana szpitalnego po naukę religii w szkole czy prowadzenie kancelarii parafialnej.

Co musiałem ofiarować? Ogólnie mówiąc – miejsce, z którego pochodzę, do którego się przyzwyczaiłem – rodzinny dom, parafię, przyjaźnie, które nawiązałem. To trzeba było zostawić, żeby móc wstąpić do klasztoru i przeżyć czas postulatu i nowicjatu w całkowitym odosobnieniu. Wiadomo, później wraca się czasem do rodziny, do miejsc związanych z dorastaniem, ale to już nie jest to samo. Życie mnisze jest bardzo ukierunkowane na to, aby kandydat do zakonu mocno związał się z daną wspólnotą. Żeby wręcz pokochał to konkretne miejsce i tę konkretną wspólnotę, i na nich się skupił. Stanowcze pozostawienie tego, co było wcześniej, ma też na celu ukierunkowanie myśli i serca na to, co jest w danym opactwie, żeby móc wypełniać złożone śluby.

Kiedy wracam wspomnieniami do momentu wstąpienia do klasztoru, to muszę powiedzieć, że nie było to przeżycie łatwe. Był smutek, ale przepełniony nadzieją. Wiedziałem, że muszę podjąć ten krok, żeby pójść w stronę tego, co lepsze, co ważniejsze, bo to jest celem mojego życia. W ciągu minionych 19 lat w opactwie w Mogile przekonałem się bardzo wiele razy, że tracąc coś czy coś zostawiając, zyskałem znacznie, znacznie więcej. Naprawdę sprawdza się ta obietnica dana przez Pana Jezusa apostołom, którzy decydując się na pójście za Nim, porzucili wszystko, że otrzymali stokroć więcej „domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól”. Ale „wśród prześladowań”. Nie wolno o tym zapominać, bo to nie jest życie sielskie anielskie. To jest życie wymagające, ale potwierdza się w nim to, co powiedział Benedykt XVI do młodzieży: „Nie obawiajcie się Chrystusa. On niczego nie zabiera, a daje wszystko. Kto oddaje się Jemu, otrzymuje stokroć więcej”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11