Bp Suchodolski: po pandemii młodzież nie wraca do Kościoła

Z dwóch powodów: braku doświadczenia żywej wiary w rodzinie oraz moralnej słabości i niezdanego egzaminu wizerunkowego instytucji Kościoła.

Badania CBOS pokazują, że bardziej nawet spada praktykowanie niż sama deklaracja wiary. O ile deklarowana wiara w najmłodszym przedziale wiekowym (18-24 lata) w ciągu minionych 30 lat spadła z 93 do 71 procent, to praktykowanie – z 69 do 23 procent. Tak więc ta druga przyczyna, a więc negatywny obraz Kościoła, w odczuciu młodych ludzi jest dużo silniejsz, bardziej sprawcza niż ta związana z pęknięciem generacyjnym.

KAI: Można też chyba mówić o utrwalaniu się myślenia typu: Chrystus tak, Kościół nie. A więc: jestem wierzący, ale bez Kościoła, nie chcę “pośrednika”, czy tak?

– Powiedziałbym, że dziś wygląda to: “Bóg tak, Chrystus i Kościół nie”. Bo często odrzuca się nie tylko Kościół, ale i samego Chrystusa, który przychodzi do nas w Eucharystii, w sakramencie pokuty i we wspólnocie modlitwy. Powiedzenie “Chrystus tak, Kościół nie” słychać było bardziej w moim pokoleniu; dziś mówi się: “Bóg tak, jestem wierzący, ale z Kościołem i życiem sakramentalnym nie chcę mieć nic wspólnego”. A przecież kto odrzuca sakramenty, odrzuca Chrystusa.

KAI: A może spadek praktyk to efekt nałożenia się dwóch czynników: utrwalenia się niepraktykowania w niedzielę z powodu pandemicznych ograniczeń w kościołach oraz kolejnych głośnych spraw związanych z pedofilią w Kościele?

– Oczywiście. Tam, gdzie nie ma wiary, każdy dodatkowy argument działa za tym, by przestać praktykować. Dopóki nie zaczniemy odbudowywać wiarygodności, zawsze będzie wielu, którzy powiedzą: z taką instytucją nie chcę mieć nic wspólnego. Zresztą taki obraz Kościoła jest obecny w myśleniu nie tylko tych najmłodszych, w wieku 18-24 lata, ale także u millenialsów, a więc, czterdziestokilkulatków. Odrzucenie Kościoła jako instytucji jest bardzo widoczne. Co prawda procent samych apostazji nie jest duży (choć już odczuwalny), ale widać praktyczne zaniechanie kontaktu z Kościołem: nie przychodzę na niedzielną eucharystię, nie spowiadam się, nie przyjmuję księdza “po kolędzie” i w ogóle tracę jakąkolwiek chęć bycia w Kościele.

W oczach młodego człowieka, który przecież śledzi media i portale społecznościowe, Kościół jawi się jako instytucja zdemoralizowana, która nie potrafi w zdecydowany i jawny sposób rozliczyć się ze swojej przeszłości. Zastanawiam się, czy oczyszczenie wizerunku Kościoła sprawi, że oni powrócą.

KAI: Powrócą?

– Nie wiem, ale wydaje mi się, że te 23 procent, które w najmłodszym pokoleniu wciąż wierzy i praktykuje, to ci, z którymi należy dalej pracować. A na czym w ogóle ma polegać dzisiaj praca z młodymi? Jeśli są zagrożeni w wierze, to należy ich prowadzić do osobistego poznania i odkrycia Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Dlatego ostatnio kilkakrotnie “burzyłem” się na tzw. indeksy do bierzmowania, bo to znaczy, że my chcemy sprawdzać praktykę, mieć władzę nad młodym pokoleniem, tymczasem nie dbamy wystarczająco o to, by w tym czasie następował w nim proces wzrostu wiary. Wiara zaś to kontakt ze słowem Bożym, to mała grupa formacyjna. Przede wszystkim musimy więc przeorganizować pracę z młodymi na etapach przygotowania do życia sakramentalnego.

KAI: Bo sporo było w tych przygotowaniach i samym obrzędzie jakiegoś udawania, zarówno ze strony młodych, którzy sakrament chrześcijańskiej dojrzałości traktowali, łagodnie mówiąc, niedojrzale, jak i duszpasterzy, którzy zdawali się tego nie dostrzegać i masowo dopuszczali do bierzmowania.

– Mam półtoraroczne doświadczenie duszpasterskie jako biskup. Jeżdżę do różnych miejscowości i bierzmuję. Rzeczywiście jest tak, że idą do tego sakramentu jeśli nie wszyscy, to prawie. Idzie klasa, no to i ja idę, niezależnie od tego, czy chodzę na mszę św. czy też nie. Panowała fikcja: tam gdzie były indeksy, młodzi zawsze wiedzieli, jak zdobyć podpis, żeby później móc się wykazać, że są przygotowani, nawet jeśli nie praktykują codziennej modlitwy czy niedzielnej mszy św.

KAI: No ale, powiedzmy to sobie, proboszczowie wiedzieli, że oni znają sposoby na zdobycie tego podpisu. Ale nie odmawiali, bo to popsułoby statystykę. Bywało tak?

– Myślę, że wszyscy o tym wiedzieliśmy. To jest pytanie o to, kiedy odejść od Kościoła masowego na rzecz wspólnotowego. Jeśli jest jakaś duża, miejska parafia, która co roku ma do przygotowania 100-200 młodych ludzi, to dla mnie nie jest właściwym sposobem przygotowywanie całej tej rzeszy jako jednej grupy i traktowanie ich jako masy. Powinno się raczej ogłosić we wrześniu: zaczynamy przygotowanie do bierzmowania i zapraszamy 20 osób, które chcą w takim przygotowaniu uczestniczyć. Mamy dla tych osób duszpasterza, dwóch czy trzech animatorów i zaczynamy iść przez 2 czy 3 lata stylem dawnej formacji oazowej: mała grupa, spotkanie co tydzień itd. Widzimy wtedy, czy i jak wzrastają w wierze.

Tych, którzy nie chcą – zostawmy na boku. Sakramenty naprawdę są dla wierzących, a nie dla tych, którzy chcą je traktować jako nabyty wzorzec tradycji czy jakiś atrybut kulturowy. Nie po to Chrystus ustanawiał sakramenty. Bo sakrament chrześcijańskiej inicjacji jest wtajemniczeniem w życie Jezusa. Jeśli ktoś nie rozumie na czym “polega” śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, w co mnie to wszczepia i jak mam być świadkiem Ewangelii, to do bierzmowania jeszcze nie dojrzał.

KAI: To, co ksiądz Biskup mówi, ujawnia nowe myślenie. Dotąd dominowała magia liczb, która, gdy zestawialiśmy je z Europą, wbijała nas w dumę. A zabrakło refleksji, czy za liczbami idzie jakość.

– Wciąż jeszcze mamy w pamięci doświadczenie Kościoła masowego, Kościoła narodowego.

KAI: Trudno się tego wyzbyć.

– Trudno. Powstaje pytanie, kto ma być tym pionierem, kto odważy się po prostu powiedzieć: nie tędy droga.

KAI: Właśnie mówi to Ksiądz Biskup, przewodniczący Rady Episkopatu ds. Duszpasterstwa Młodzieży.

– Tak i mój głos nie jest odosobniony. Dla przykładu: ostatnio został powołany nowy dyrektor Krajowego Biura Światowych Dni Młodzieży, ks. Tomasz Koprianiuk. Obydwaj uważamy, że ŚDM nie może być eventem, wydarzeniem, na które znowu będziemy patrzyli pod kątem liczby uczestników, ale ma być raczej momentem, w którym doświadczymy powszechności Kościoła z tymi grupami młodych, które już mamy w parafiach. Mocno propagujemy dziś styl duszpasterstwa stawiającego na zawiązywanie przy średnich i większych parafiach grup formacyjnych młodych. I, tak naprawdę, to będzie nasz Kościół przyszłości. Nie będą stanowić go ci wszyscy wybierzmowani czy nawet wszyscy chodzący na religię w szkole, ale ci, którzy przy parafii, w grupie, odnajdą miejsce swojego duchowego wzrostu.

Ostatnio dojrzewa też we mnie myśl, że trzeba położyć mocniejszy akcent na te grupy, wspólnoty czy ruchy, które mają dobrą strukturę, jak KSM czy Ruch Światło-Życie. To jest istotne, a nie jakiś autorski program jednego czy drugiego księdza, który może być nawet zdolny, ale co z tego, skoro po 2-3 latach energicznego nawet duszpasterstwa odchodzi gdzie indziej. Wtedy albo wszystko ginie, albo ci młodzi idą za nim. Ale to nie jest Kościół. Dlatego niezbędna jest dziś odnowa parafii przez tworzenie silnych grup, które zapewnią w parafii ciągłość pracy duszpasterskiej. To jest czas na zmianę jakościową i ilościową, na zejście z dużych liczb na rzecz małych grup, wspólnot. I dopiero wtedy będziemy wiedzieć, kim dysponujemy i na kogo możemy liczyć.

Tym młodym nie będzie łatwo się zgromadzić i zadeklarować, bo napór tego świata jest do nich w kontrze, ale oni muszą pójść pod prąd. Nie ma na dziś innego kierunku, zwłaszcza jeśli chodzi o przygotowanie do bierzmowania.

KAI: Papież powiedział niedawno w Grecji: “Od nas, jako Kościoła, nie wymaga się ducha podboju i zwycięstwa, wspaniałości wielkich liczb, światowego splendoru. To wszystko jest bowiem niebezpieczne. Jest to pokusa triumfalizmu”. A więc – pokora.

– Ta pokora każe nam uznać, że Bóg nieraz mniejszą liczbą osób posługuje się bardziej “efektywnie” aniżeli wielką masą. Możemy odnaleźć w Biblii wiele fragmentów, w której Bóg “dziesiątkuje” swój lud, weźmy chociażby zwycięskie choć nieliczne wojsko Gedeona, czy “targ” Abrahama o uratowanie Sodomy i Gomory. Nie w liczbach zatem tkwi “sukces” Kościoła lecz w jakości tych, którzy go tworzą.

A propos wizyty papieża Franciszka w Grecji, to w przemówieniu do młodzieży wypowiedział bardzo mocne słowa, mianowicie, że „Bóg nie daje nam katechizmu, ale uobecnia się poprzez historie ludzi”, z którymi możemy tworzyć nasze życie. A więc, nie wiedza, nie podręcznik, ale konkretny człowiek, który mnie prowadzi. Czyli: mała grupa formacyjna, animator, który jest w stanie poprowadzić mnie dalej. To jest klucz do ewangelizacji młodego pokolenia. Wiara idzie od osoby do osoby.

KAI: To docenienie liczby pojedynczej, a w każdym razie liczb bardziej “kameralnych” brzmi na gruncie Kościoła w Polsce dość nowatorsko.

– Mówię to, co czuję. Trzy lata temu, kiedy byłem proboszczem w siedleckiej katedrze, mieliśmy dużą grupę kandydatów do sakramentu bierzmowania, około 150 osób. W program przygotowania wpisaliśmy im udział w ulicznym nabożeństwie fatimskim. Później się za tę młodzież wstydziłem, bo oni w ogóle nie byli zainteresowani modlitwą. Szli rozmawiając ze sobą, cały czas ze smartfonami w rękach. Zero zainteresowania różańcem. Ale potem w indeksie mogli otrzymać wpis, że uczestniczyli w tym wydarzeniu. I to mnie przekonało: nigdy więcej czegoś takiego nie rób.

Nie może być wiary na przymus ani Kościoła na przymus. To musi być wybór młodego człowieka. W którymś momencie musimy wreszcie powiedzieć: odchodzimy od przymusu, od masy i przechodzimy na grupy elitarne, to znaczy na tych, którzy chcą.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11