Nadzieja na ratunek

Ksiądz ratownik, który ratuje ciało i duszę. I co najmniej czterdziestu ratowników.

Wszystko zaczęło się jakoś w 2005 r., kiedy ks. dr Radosław Kubeł postanowił nauczyć i siebie, i swoich uczniów – młodzież z łomżyńskich gimnazjów – podstaw pierwszej pomocy medycznej. Pierwszą grupę chętnych przeszkolił znajomy lekarz. – Młodym bardzo się to spodobało i poczułem, że to dobra droga, że trzeba nią iść. Wkrótce powstała pionierska ekipa udzielająca pierwszej pomocy. Zaczęliśmy naszą wolontariacką pracę od zabezpieczania festynów, spotkań, lokalnych imprez masowych – opowiada ks. Radosław. – A czas pokazał, po pierwsze, że nasza praca jest potrzebna, a po drugie – że wiele osób chce dołączyć i działać wspólnie. W końcu 18 października 2008 roku oficjalnie powstała Grupa Ratownicza „Nadzieja”…

Grupa rosła wraz z młodzieżą. I wraz z młodzieżą dojrzewała do coraz poważniejszych i trudniejszych zadań oraz przedsięwzięć. Z pionierskiej ekipy w ciągu kolejnych lat powyrastali młodzi ratownicy, pielęgniarki, lekarze.

Na akcje

Żeby jednak działalność ratownicza była możliwa, potrzeba nie tylko ludzi, ich sił i ducha, ale też konkretnego sprzętu. – W 2009 roku dostaliśmy pierwsze auto od szpitala: staruszkę karetkę, poloneza. Potem drugą, od Policji. Trzecią kupiliśmy ze składek – opowiada ks. Radosław. – Oczywiście te samochody, które posłużyły jeszcze wielu potrzebującym, są już na emeryturze, znajdują się w Muzeum Ratownictwa w Krakowie. My natomiast z roku na rok pozyskiwaliśmy coraz lepszy sprzęt. I obecnie dysponujemy nowoczesnymi karetkami, a nawet mamy łódź ratunkową, która służy na jeziorach augustowskich.

Bo Nadzieja – jak to ma w zwyczaju – zaczęła się udzielać, czyli rozrastać na miasta w północno-wschodniej Polsce. Obecnie oddziały terenowe działają w Białymstoku, Zambrowie, Augustowie, Grajewie, Ostrołęce, Ostrowi Mazowieckiej i Miastkowie. I wszędzie tam funkcjonują grupy ratowników, lekarzy i wolontariuszy, którzy szukają, opatrują, pocieszają. Ale i… modlą się nad rannymi, cierpiącymi oraz umierającymi. Dają im nie tylko bandaż, plaster czy lekarstwo, ale i nadzieję właśnie, która leczy duszę. – Obecnie działamy w pełni profesjonalnie, a dysponujemy specjalistycznym sprzętem do ratownictwa medycznego, w tym sprzętem szkoleniowym, do ratownictwa wodnego, własnymi środkami transportu oraz nowoczesnymi ambulansami, dronem poszukiwawczym i własną bazą lokalową, która mieści się na terenie parafii Bożego Ciała w Łomży – opowiada Jakub Zimnoch, kierownik łomżyńskiego oddziału Ratowniczej Grupy „Nadzieja”. – Do Nadziei dołączyłem jeszcze na studiach. Studiowałem w Białymstoku ratownictwo medyczne, wolontaryjnie wspierałem wiele akcji. Po studiach przeprowadziłem się do Łomży i pracuję tu już na pełnych obrotach. Ta praca to chyba przede wszystkim misja, pasja. Nie da się tego robić bez zaangażowania – twierdzi.

Pan Jakub zarządza bieżącą pracą zespołów, synchronizuje działania wielu osób, wydaje dyspozycje dotyczące wyjazdów do zabezpieczania imprez plenerowych, tworzy grafik czasu pracy dla ratowników. Aby to wszystko zgrać, potrzeba stoickiego spokoju, dobrze działającego systemu, ale i energii. Wręcz niespożytej. – Tu z jednej strony wszystko trzeba mieć przygotowane, perfekcyjnie zorganizowane. Ale z drugiej trzeba się liczyć z niewiadomym, z nagłymi zwrotami akcji, koniecznością spontanicznego reagowania na zmieniające się okoliczności i sytuację – mówi pan Jakub. – Trzeba umieć radzić sobie z ciągłym stresem i mimo tego stresu działać.

Nie muszę przekonywać, że nie jest to praca dla wszystkich.

Wybrani

– Wyrośliśmy z wolontariatu. A chociaż obecnie zatrudniamy ratowników, to nadal działamy również wolontaryjnie – szkoląc setki osób, które się do nas co roku zgłaszają – opowiada ks. Radosław, który jako prezes stowarzyszenia i człowiek orkiestra, działający od rana do nocy, nigdy nie był formalnie zatrudniony. – Łączymy profesjonalizm działania z ludzką chęcią pomocy i misją. Nasi ratownicy, lekarze mocno udzielają się społecznie. Obejmujemy opieką 160 ubogich rodzin i zaopatrujemy w żywność potrzebujących. A kto układa, pakuje i rozwozi tony jedzenia? Oczywiście nasi ratownicy. I to społecznie. Nas z kolei, również społecznie, wspiera od 10 lat prof. Jerzy Robert Ładny – krajowy konsultant w dziedzinie medycyny ratunkowej. Tak to się kręci, a ja w tym czuję rękę Bożą.

Kto może być ratownikiem medycznym? Kto pasuje do Nadziei? – Wykruszają się ludzie, którzy są tu z przypadku i nie pasują – mówi otwarcie pan Jakub. – Tak naprawdę jednak zawsze warto spróbować swoich sił, bo w teorii trudno doradzać lub odradzać taką pracę. Oczywiście kandydat musi chcieć, musi być zorientowany w medycynie. I mieć świadomość, że ratownictwo medyczne to dziedzina rozwijająca się bardzo prężnie. Ale dopiero realne działania weryfikują kandydatów. Widzę to chociażby wśród naszych wolontariuszy: niektórzy po wspólnych akcjach idą na kierunki medyczne, zostają ratownikami medycznymi. Inni – chociaż wcześniej mieli takie plany – gdy doświadczą pracy w terenie, widzą ludzki ból i dramaty, zmieniają kierunek studiów.

Obecnie do Grupy Ratowniczej „Nadzieja” należą nie tylko ratownicy medyczni, pielęgniarki, lekarze, ale także psycholodzy, strażacy, funkcjonariusze policji, wojska i służby więziennej.

Poszukiwania!

Grupa Ratownicza „Nadzieja” jest jednostką poszukiwawczo-ratowniczą, wpisaną na listę jednostek tego typu prowadzoną przez Centrum Poszukiwania Osób Zaginionych Komendy Głównej Policji w Warszawie. Na zlecenie policji poszukuje więc osób zaginionych na terenie województwa podlaskiego, ale czasem też województw ościennych. Przynajmniej raz w tygodniu – po otrzymanym telefonie i zadaniu – ratownicy przystępują do działań. Natychmiast, najszybciej jak się da. Trzeba rzucić wszystko i szukać zaginionego. Szczególnie zimą, gdy niskie temperatury nie sprzyjają, trzeba się spieszyć. – Wyjeżdżamy, gdy ktoś zaginie w lesie. Na przykład niedawno ktoś wyszedł na grzyby, nie znał terenu i pomylił kierunki. W lesie nie zawsze działa GPS w telefonie. A i telefon może się przecież rozładować. Starsi ludzie zresztą rzadko używają komórek – opowiada ks. Radosław. – Wyjeżdżamy też, gdy zachodzi podejrzenie, że poszukiwany chce popełnić samobójstwo. Wtedy trwa wyścig z czasem, by zdążyć, zanim człowiek dokona tego czynu.

Udaje się? – Robimy wszystko, co w naszej mocy, by znaleźć człowieka, powstrzymać go. Czasem jest to bardzo trudne, bo przedzieramy się przez gęste i podmokłe lasy. Bywa, że szukamy jednej osoby nawet 4 dni. Ogromna to radość, gdy znajdzie się człowieka żywego… – opowiada Michał Nawrocki, ratownik, który jest w grupie od samego początku. Obecnie ratownik profesjonalny, niegdyś był uczniem księdza Radosława. Jak sam mówi, chciał być mechanikiem samochodowym, miał leczyć samochody. Jednak dzięki grupie poszedł do liceum, skończył studia. I z pasją leczy ludzi. – Znaleźć człowieka w głębokim lesie to trochę jak wygrać los na loterii – dodaje pan Jakub. – To nie wygląda tak, że ludzie zostawiają ślady butów, a my je widzimy i idziemy jak po nitce do zaginionego. To raczej tropienie, żmudna obserwacja terenu, wielogodzinna ciężka praca całego zespołu. Bywa trudno, bo rzadko szukamy osób zdrowych. Zaginieni to zwykle osoby obciążone różnego rodzaju schorzeniami. Mimo to zawsze szuka się żywych! I do końca walczy o życie.

Gdy trzeba szukać zaginionego, w teren wyjeżdża nawet kilkudziesięciu profesjonalistów i wielu (odpowiednio przeszkolonych!) wolontariuszy, zaopatrzonych w dobry sprzęt: specjalistyczne GPS-y, odpowiednie mapy, dzięki którym ratownicy mogą dokładnie określić rejon poszukiwań i opracować plan całej akcji. Nadzieja dysponuje również mobilnym, profesjonalnie wyposażonym centrum poszukiwań, dzięki któremu ratownicy monitorują i nadzorują przebieg całej akcji. A tam, gdzie trudno dotrzeć człowiekowi, wysyłany jest dron zaopatrzony w kamerę wysokiej rozdzielczości, który sprawdza teren.

Covidowy sukces

Jaki jest największy sukces grupy? Ksiądz Radosław odpowiada bez wahania: sytuacja związana z COVID-19. Czy raczej postawa – odpowiedź całego zespołu na potrzebę pomocy. – To był początek epidemii. Nic nie wiedzieliśmy o chorobie, nie mieliśmy pojęcia, jak przebiega. Nie mieliśmy, jak większość medyków w Polsce, odpowiedniego sprzętu, ubrań ochronnych etc. I właśnie wtedy stanęliśmy przed decyzją: wystawić zespół covidowy czy nie? To był moment próby. Nie byliśmy do tego zobligowani ustawowo, więc mogliśmy wejść do walki, ale nie musieliśmy…

Ksiądz Radosław zarządził spotkanie, na którym przedstawił wszystkie za i przeciw. Za: ktoś to musi robić. Przeciw: brak środków ochrony osobistej, trzeba było stworzyć zespoły i wiele, wiele innych. – Podjęliśmy jednogłośnie decyzję, że wchodzimy do walki – mówi kapłan. – Zobaczyłem ludzi, którzy z determinacją mówili: „Musimy pomagać, od tego jesteśmy. Jesteśmy młodzi i silni”. Po 12 latach istnienia grupy odczytuję to jako duchowy sukces. Triumf miłosierdzia nad lękiem…

Pierwsza fala okazała się dla ratowników dość łaskawa. Pod koniec 2020 roku jednak chorych przybywało. I pracy przybywało lawinowo. – Ratownicy w szczelnych ubraniach jeździli od domu do domu, przewożąc chorych, robiąc wymazy. Padaliśmy ze zmęczenia, zwłaszcza że przecież sami chorowaliśmy – Bogu dzięki nie wszyscy naraz. Bywało, że jeden dyżur ratownika trwał wówczas 72 godziny. Po powrocie do bazy, gdzie mamy profesjonalne miejsce do składowania odpadów i dekompresji, ratownicy byli wycieńczeni i spływali potem. Jednak najstraszniejszy dzień, który wszyscy wspominają, to ten, w którym nie mieliśmy żadnych zleceń. Dlaczego? Bo szpitale okoliczne były całkowicie przepełnione i nie mogliśmy dowozić chorych. Świadomość, że niektórzy mogą umrzeć w domu, bez tlenu, a więc pomocy, była przytłaczająca…

Ciało i duch

Nie jest to prosta praca. Wymaga nie tylko sił fizycznych, ale i dobrej kondycji psychicznej oraz duchowej. A może bardziej duchowej? Ratownicy (nie wszyscy przecież wierzący) mówią, że to ks. Radosław jest ich duchowym wsparciem. – Jestem proboszczem, teologiem, zawodowym ratownikiem – bo skończyłem odpowiednie studia – prezesem grupy, kapelanem diecezjalnym ratowników. Ale przede wszystkim – ich przyjacielem. Cieszę się, że udało się stworzyć ekipę, która sobie ufa, lubi się, jest zgrana. Chociaż oczywiście bywają i trudniejsze momenty, ktoś tupnie nogą, ktoś się obrazi – jak to w życiu, jak to przy trudnej robocie. Ale jesteśmy wspólnotą i to jest najważniejsze – mówi ks. Radosław. – Myślę, że gdy pracuje się wśród ludzi, którzy wyznają podobne wartości, w tym przypadku chrześcijańskie, jest po prostu prościej. Tu nie trzeba teoretyzować, dużo tłumaczyć o etosie poświęcenia w duchu miłosierdzia. To się po prostu dzieje na co dzień.

Według księdza Radosława już nauczenie zasad pierwszej pomocy jest gestem miłosierdzia. I potem wiele osób, które zostały wyszkolone przez Nadzieję, dzwoni i dziękuje: „Udało się pomóc człowiekowi po wypadku”; „Uratowałem człowieka, który tonął”. Radość, gdy się uratuje życie, jest zawsze bezcenna.

A gdy się człowieka nie uratuje? Gdy już nic – po ludzku – nie da się zrobić? Co robić, gdy się dochodzi do ściany? – Wtedy pozostaje… nadzieja. Nadzieja na życie wieczne. Wielu ratowników modli się przy zmarłym. I ja się modlę. Natomiast jeśli czuwam przy umierającym, a obok są inni ratownicy medyczni czy lekarze i udzielają pomocy medycznej, ja udzielam sakramentów, rozgrzeszam warunkowo, gdy ktoś jest nieprzytomny – opowiada kapłan. – Gdy natomiast jestem sam, najpierw, jako ratownik, dopełniam wszelkich procedur medycznych, by ratować życie ludzkie.

Dla księdza Radosława najtrudniejszym zadaniem jest poinformowanie rodziny o śmierci bliskiego. Wtedy słowa niewiele znaczą. Chociaż przecież trzeba powiedzieć dokładnie, co się wydarzyło i kiedy. Najważniejsze są jednak wówczas obecność, empatia, wsparcie duchowe. Bywa, że wspólna modlitwa – jeśli rodzina tego chce i potrzebuje. To sytuacja skrajnie bolesna dla bliskich. Bolesna i dla ratowników… – Niektórym się wydaje, że ratownictwo to taka romantyczna, pełna uniesień praca. Nie. To jest obcowanie z życiem i śmiercią, również w wymiarze fizjologicznym. Dlatego tak ważna jest właśnie nadzieja. I ukierunkowanie bólu, ludzkiego nieszczęścia i traumy na coś więcej, na Kogoś większego – mówi ks. Radosław.

Gdy ma się nadzieję na niebo – krew, pot, łzy i ból ziemi mniej bolą. Wszystkich.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6