Na nieoczywistych drogach

O Camino de Santiago, które jest jak życie w pigułce, oraz jubileuszu jakubowym opowiada o. Roman Bielecki, dominikanin.

Jakub Jałowiczor: Czym w pielgrzymowaniu do Santiago de Compostela różni się cel duchowy od celu religijnego?

O. Roman Bielecki: Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć każdy, kto idzie do Santiago. W biurze pielgrzymów, które wydaje popularne „compostelki”, certyfikaty potwierdzające dotarcie do celu, trzeba wypełnić specjalną ankietę i zaznaczyć jeden z trzech powodów podjęcia drogi: duchowy, religijny albo sportowy.

Sportowy jest jasny.

To prawda, nie ma co ukrywać, że wiele osób traktuje camino jak wyzwanie podobne do zdobycia Matterhornu czy przejścia via ferrata w Dolomitach. Co do celu religijnego – też nie ma wątpliwości. Natomiast cel duchowy brzmi nieco mgliście i zdefiniowałbym go jako poszukiwanie „czegoś” w swoim życiu. W ciągu ostatnich dziesięciu lat szedłem do Santiago siedemnaście razy i widziałem, że nie maszerują tam wyłącznie ludzie, którzy wiedzą, kim jest Pan Bóg i wyznają światopogląd chrześcijański. Są jednak przeświadczeni, że ten świat to nie wszystko, dlatego szukają i zadają pytania. Jako ksiądz rozmawiam z nimi, bo dla nich spotkanie w trasie to często pierwsza okazja do kontaktu z duchownym.

To taka praktyczna definicja współczesnego Europejczyka. Człowieka, który wymazał z życia Kościół i Boga, ale nie pozbył się duchowych pragnień i tęsknot. Nasz słynny podróżnik Marek Kamiński, który przeszedł kilka lat temu od grobu Immanuela Kanta w Kaliningradzie do grobu św. Jakuba Apostoła, po powrocie napisał, że w zeświecczonej Europie camino to wąska pulsująca duchowa nić.

Czy dla poszukujących camino jest drogą do Boga, czy elementem duchowości w stylu Paulo Coelho: czymś mistycznym i głębokim, tylko nie wiadomo czym?

Bez wątpienia istnieje pewien rodzaj naskórkowej duchowości bez większych zobowiązań: przeżyjmy „coś” i odświeżmy się duchowo. A z drugiej strony z Panem Bogiem jest tak jak z powietrzem – oddychamy cały czas, jednak nie zwracamy na tę czynność uwagi. Dopiero kiedy powietrza zaczyna brakować, zaczynamy to dostrzegać. Camino bez wątpienia daje szansę podłączenia się do tego zagubionego tlenu.

Jak to wygląda w praktyce?

Duszpasterskie zagospodarowanie trasy to główny problem hiszpańskiego Kościoła. Według statystyk w 2019 r. do Santiago dotarło około 350 tys. osób. To ogromna rzesza ludzi. Część z nich pewnie miałaby ochotę przyjść wieczorem do kościoła, pomodlić się i wyspowiadać. Ale nie ma takiej możliwości. Bliżej Santiago jest lepiej, im jednak dalej, tym gorzej. Można przejść całą drogę i nie uczestniczyć we Mszy św. Camino nie znosi pustki. Skoro nie ma propozycji duchowych, jest komercja: wyśmienite jedzenie, hiszpańskie wino, miłe towarzystwo i w sumie dosyć tanie wakacje w ciepłym i egzotycznym kraju. Na pamiątkę kupimy sobie muszlę, wrócimy – i koniec.

Trzeba więc mocno sobie przypominać, że camino nazywane jest drogą spoza tego świata, mimo że przecież znajduje się w świecie, który jest nam dobrze znany. Panują na niej inne reguły i Pan Bóg mówi tu w zaskakujący sposób.

Do Ojca przemówił?

Moje doświadczenie jest doświadczeniem nawrócenia. Przez ból, pot i łzy. Pierwszy raz poszedłem na camino w 2010 r. Wcześniej chodziłem po polskich górach i perspektywa marszu z plecakiem nie była niczym oryginalnym. Wziąłem więc Pismo Święte, lekturę duchową, pamiętnik, żeby notować duchowe przeżycia. W sumie czternaście kilogramów w plecaku. Poza tym miałem turystyczne buty, które zawsze były pomocne. Nikt jednak nie powiedział, że to zdaje egzamin w Polsce, przy dwudziestu paru stopniach, a nie w Hiszpanii, gdzie jest czterdzieści stopni w cieniu. Po kilku dniach moje nogi nadawały się do wymiany. Moi towarzysze podróży szli w sandałach, nieśli małe plecaki i nic im nie dolegało. To było szalenie upokarzające dla kogoś, kto legitymował się odznaką przewodnika PTTK. Na jednym z odcinków siadłem na skraju drogi i płakałem. Po latach jestem przekonany, że było to dotknięcie Boga, który powiedział: „Romanie, dojdziesz, ale na moich zasadach”. I to była prawda, doszedłem kulejąc. Jak w piosence Kaczmarskiego „Walka Jakuba z aniołem” – „wolnych poznać po tym, że kulawi”.

Dlaczego Ojciec poszedł ten pierwszy raz? To miał być sposób, żeby się zmienić?

Poszedłem z ciekawości, namówiony przez studentów z krakowskiej Beczki. Miałem wyobrażenie, że przywiozę z tej drogi niezwykłe przeżycia, które potem przerobię na fajną książkę. Tak się nie stało. Co więcej, w dniach kryzysu wcale nie miałem poczucia, że się zmieniam. To był raczej ocean złości i frustracji.

Dlaczego?

Przyjęcie pomocy ze strony innych ludzi, o czym tak chętnie opowiadamy na rekolekcjach, czy miłosierna dłoń wyciągnięta w naszą stronę – wszystko to składa się na bezradność. A nikt nie lubi być bezradnym. Mówimy – przyjmij, nie bój się – a przecież człowiek się boi, nie chce i woli, żeby wszystko było na jego zasadach. A tu w jednej chwili grunt usuwa się spod nóg i trzeba weryfikować pierwotne plany. Dlatego kiedy kończyliśmy, powiedziałem, że to był mój pierwszy i ostatni raz. Po czasie przyszedł inny sens. Dlatego kiedy dziś ludzie pytają, dlaczego tyle razy już szedłem, odpowiadam, że tamto doświadczenie było tak mocne, że do dzisiaj karmi mnie duchowo.

Widząc katedrę w Santiago, nie miał ojciec poczucia, że stało się coś wielkiego?

O nie. Dziękowałem Bogu, że to nareszcie koniec. Towarzyszyło mi poczucie ulgi, a nie uniesienie duchowe. Dopiero potem odkryłem, że na camino spełnia się słowo Pana Jezusa: dość ma dzień swojej biedy. I że pielgrzymka to życie w pigułce. Cała sztuka polega na tym, żeby swojego doświadczenia nie zamykać w tych paru tygodniach drogi, ale przełożyć na codzienność po powrocie. W żadnym innym miejscu nie przeżyłem tak kontrastowych momentów. Poranka na podłodze schroniska dla pielgrzymów, gdy pada deszcz i nastrój podły, potem słońca, które wszystko wysusza, darmowego obiadu i wieczoru zakończonego noclegiem w białej i czystej pościeli. To wszystko jednego dnia. Pozwala to zrozumieć, że mamy się modlić o zaufanie, o wiarę i o doświadczenie obecność Boga – na dzisiaj, nie na jutro. Jutro, gdy się obudzę, być może kostka będzie mnie boleć i trzeba będzie zmienić trasę. Tak jak w życiu. Ktoś ma dzieci, chce pojechać w piątek na wakacje, a rano dziecko ma kolkę i nici z planów, nie można się ruszyć.

Czy można iść, licząc jedynie na szczęście lub cud?

Cuda mają to do siebie, że trudno je opisać. Dawniej, kiedy słuchałem wspomnień innych pielgrzymów o niezwykłej ingerencji św. Jakuba, traktowałem je z dystansem. Po czasie jednak musiałem zweryfikować swoje wyobrażenia. Na przykład raz szliśmy Camino Norte (camino nad północnym wybrzeżem Hiszpanii), była już 21.00. Byliśmy w pięć osób, zmęczeni, głodni i wciąż bez noclegu. Staliśmy na żelaznym moście, na granicy Cantabrii i Asturii, i wtedy jedna z koleżanek powiedziała: „To może odmówmy Zdrowaś, Maryjo”. To mówimy. Trochę od niechcenia, trochę ze złością. A ja kątem oka widzę przyklejoną na przęśle mostu kartkę z informacją i telefonem o noclegach dla pielgrzymów. Dzwonię – i jest. Po chwili już tam byliśmy, dostaliśmy cały apartamenty. A gdybyśmy się nie zatrzymali, tej kartki byśmy nie zobaczyli. Takie „przypadki” uczą pokory.

Czego Ojciec dowiedział się o sobie właśnie tam, a nie w seminarium czy w zakonie?

Camino wyciąga z człowieka cały jego charakter. Najlepszą i najgorszą część. Dobrą, kiedy człowiek jest wrażliwy i chce pomóc innym. Ale też złą, gdy potrafi być marudny, złośliwy i psuć innym dzień. To jest okropne. Kiedy idę w grupie, gdzie dajemy sobie prawo do zwracania sobie uwagi na takie zachowania, wszystko widać jak na talerzu. To jest coś, czego się wstydzę.

Podobno poszedł Ojciec kiedyś do Santiago z tatą?

Tak. Było to dla nas obu niezwykłe doświadczenie. Cztery lata temu przeszliśmy trzysta kilometrów Camino Frances. Bardzo polecam taką drogę wszystkim ojcom i synom. To nawraca i buduje na nowo dorosłą relację syna z ojcem.

Skąd ten pomysł?

Mój tata był przez lata zapalonym turystą. A ja chciałem mu pokazać świat, którym żyję i który różni się od pielgrzymowania do Częstochowy – to znał do tej pory. Do Santiago zasadniczo idzie się samemu, dźwigając całe swoje życie, dosłownie i w przenośni. Dosłownie, bo wszystko, co potrzebne, trzeba nieść na plecach. W przenośni, bo to mierzenie się z tym, kim się jest. Fajnie jest modlić się do Boga i mówić, że On nawraca, kiedy nie ma problemów. A kiedy minimalnie wychodzimy poza sferę własnego komfortu, okazuje się, że potrafimy być szalenie nieznośni.

Teraz, w Roku Jakubowym, uda się Ojcu pójść do Santiago?

Chciałbym. Z powodów epidemicznych planujemy w kilka osób przejście niezwykle urokliwą częścią Camino Polaco, czyli fragmentem drogi z Sejn do Olsztyna. Jak wszystko dobrze się ułoży, na przełomie września i października będę na trasie portugalskiej.

Dlaczego to Santiago, a nie np. Loreto czy Lourdes, stało się miejscem, które przyciąga pielgrzymów?

To wciąż jest jeden z dostępnych nam środków nawrócenia, jakie podpowiada tradycja Kościoła: modlitwa, post, jałmużna i właśnie pielgrzymka. Camino ma w sobie coś z przygody. Ci, którzy przejdą całą trasę, od Saint- Jean-Pied-de-Port, czyli 800 km od francuskich Pirenejów, do Santiago de Compostela, zobaczą Hiszpanię inną niż na folderach – od zielonych gór po suchą Mesetę, od gotyckich budowli w Burgos po pocztówkową Pampelunę. Przejdą od euforii do zmęczenia i z powrotem, a potem pogodzą się z tym, że trzeba iść dalej, nie ustawać. Jak mówią dwa słynne hasła powtarzane przez pielgrzymów, nie chodzi o to, żeby pokonać drogę, ale żeby droga pokonała ciebie. Nie droga jest trudnością, ale trudności są drogą. To prawda. Mówimy, że Europa jest laicka. Papież Franciszek stwierdził nawet kiedyś, że ten kontynent jest jak stara babcia – zmęczona i bezsilna. Może tak, ale okazuje się, że ludzie ciągną do miejsc, które pulsują życiem. Znany niemiecki komik Hape Kerkeling przeszedł parę lat temu camino i napisał o tym książkę, która okazała się sukcesem wydawniczym. Zachęcił w ten sposób wielu Niemców do podjęcia pielgrzymki. W Stanach Zjednoczonych podobnie, popularnością cieszył się pamiętnik znanej aktorki Shirley MacLaine, co też zaowocowało pojawieniem się na camino wielu Amerykanów. Według mnie nie chodzi tu tylko o celebryctwo. Znam inne sposoby na zdobycie popularności niż pocenie się i noszenie plecaka. To chyba pragnienie Absolutu. Poszukiwanie Boga, które dokonuje się na nieoczywistych drogach. •

Roman Bielecki

dominikanin, od 2010 roku redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”. Mieszka w Poznaniu, prowadzi na Facebooku stronę Msza21.Dominikanie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6