Za ścianą

O mamie i Matce Boskiej, walce o niezależność i pożegnaniu z ojcem opowiada o. Michał Legan.

Barbara Gruszka-Zych: Twoja mama zdecydowała się na zwierzenia, teraz kolej na Ciebie. Pamiętasz moment, kiedy niosąc Cię na barana, weszła do kaplicy jasnogórskiej i oddała pod opiekę Matce Najświętszej?

O. Michał Legan: Miałem wtedy kilka lat i jest to jedno z moich pierwszych życiowych wspomnień. Towarzyszył mi wówczas lęk wywołany widokiem kilku pań, które w prezbiterium leżały krzyżem na posadzce. Czy to były jakieś śluby, a może prywatna dewocja, tego się już nie dowiem. Mam przed oczyma obraz mamy, jakby to było dziś, która płacząc, zapisuje na karteczce intencję modlitewną. Dobrze pamiętam, że zostałem wtedy powierzony Matce Bożej na piśmie. Potrzeba oddania mnie Maryi wiązała się z niedawną śmiercią babci. Mama przeżywała lęk, że gdyby i jej nagle zabrakło, zostałbym na świecie sam. Przez lata to wydarzenie było dla mnie archetypem poczucia bezpieczeństwa. Ale nigdy nie czułem presji, że z tego powodu jestem zobowiązany do pójścia do klasztoru.

Jednak wracała do Ciebie ta chwila.

Przypomniałem ją sobie bardzo intensywnie 26 lat później, podczas ślubów wieczystych. Miałem trzydziestkę, kiedy przytomnie i z dystansu spojrzałem na swoje życie i stwierdziłem, że nic w nim nie zdarzyło się przypadkiem. Począwszy od rodzinnej Zielonej Góry, która jest dla mnie jak matka, przez Kraków, przypominający pierwszą miłość, po Jasną Górę, która jest jak żona.

Wszystko zaczęło się w Zielonej Górze.

Tam w szczęśliwym domu przeżyłem dzieciństwo. Lubię wracać do pewnego rozczulającego wspomnienia z tamtych lat. Moja szkoła podstawowa stała naprzeciw bloku, w którym mieszkaliśmy, a mama słyszała dzwonki lekcyjne. Wiedziała, kiedy w danym dniu wybrzmi mój ostatni dzwonek, i kiedy wychodziłem ze szkoły, stała w oknie kuchni, a ja cieszyłem się, że na mnie czeka. Teraz ikona jasnogórska jest dla mnie takim oknem, w którym Matka Boża oczekuje mnie jak rodzona mama. Wiem, że to okno do nieba, i widząc je, znów czuję się dzieckiem. Ale to nie jest tak, że Matka Boża zastąpiła mi mamę, bo to są zupełnie inne miłości.

A jednak po maturze wyjechałeś z domu.

Jako nastolatek czułem, że muszę się wyraźnie oddzielić od mamy, bo stale byliśmy we dwoje. Gdy się jest synem samotnej mamy, tak intensywnie zaangażowanej w życie swojego dziecka jak moja, trzeba się bardzo starać, żeby zaznaczyć swoją niezależność. Pójście do zakonu też było podkreśleniem, że ja to swoje życie sam wybrałem. Zdecydowałem się na to wbrew mamie i wiem, że z tego powodu najpierw dużo cierpiała. Teraz przeżywamy czas wielkiej łaski, ale przedtem przechodziliśmy trudne chwile.

Poszedłeś do zakonu na przekór mamie?

Oczywiście nie był to główny powód, ale nie ma co kryć, że wstępując do zakonu, nie zawsze ma się wyłącznie przejrzyste intencje. Niektórzy uciekają do niego przed światem, lękają się małżeństwa i w ogóle – życia.

Chyba wtedy nie zostają tam długo…

Niekoniecznie. Wstąpienie do zakonu nawet z błędnych powodów nie oznacza, że wybrałem złą drogę. Dopiero kiedy już tam jestem, zaczyna się moja prawdziwa konfrontacja z Panem Bogiem i ze sobą. Życie w klasztorze sprawia, że nasze intencje się oczyszczają.

To otucha dla wielu. Wracając do mamy – przeżywała ciężkie chwile podczas Twoich ślubów wieczystych.

Wszystko zostało zarejestrowane i na wideo widać, że przez pierwszą połowę Mszy św. mama gorzko płacze. Kiedy to oglądałem, byłem przekonany, że to płacz kobiety nieszczęśliwej. Dopiero kiedy otrzymałem biały zakonny płaszcz, mama nagle bardzo serdecznie i ciepło się uśmiechnęła. To był moment, w którym – jak sądzę – zaakceptowała mój wybór.

Zdecydowałeś się na klasztor dopiero po skończeniu studiów filmowych. Więc chyba nie była to ucieczka od życia.

Zajmowanie się filmem jest właśnie wyjątkowym sposobem ucieczki od życia. Dobry film to doskonały narkotyk, pod którego wpływem możemy przenieść się w inny świat. Obiektywne badania potwierdzają, że ludzie idą do kina, żeby w ciemności dać się zahipnotyzować, uciec na dwie godziny od rzeczywistości.

Czy powołanie zakonne nie jest stanem zahipnotyzowania przez Pana Boga?

Wprost przeciwnie, ono wymaga gigantycznego realizmu. Doświadczenie wiary nie może być ucieczką, hipnozą, morfiną. Jest prawdziwe tylko wtedy, kiedy pozostaje osadzone w konkretnej rzeczywistości. Pan Bóg zawsze przychodzi tu i teraz, a nie w moich planach czy marzeniach. Znajduje mnie takiego, jakim jestem. Życie zakonne, kapłańskie, chrześcijańskie jest po to, żeby zmierzyć się z tą rzeczywistością, a nie uciekać w ułudę. Mogę sobie, oczywiście, wyobrażać siebie jako idealnego mnicha ascetę, który w pełni będzie przeżywać całą głębię doświadczenia Boga…

…ale pewnie nigdy go nie spotkasz. Prawdziwy święty mnich to ktoś, w kim namiętności ścierają się z ascezą.

No właśnie, dlatego nie mogę uciekać od rzeczywistości, myśląc o sobie jak o kimś idealnym, kogo przecież naprawdę nie ma. Już na etapie nowicjatu, pierwszych kroków życia duchowego, zmierzyłem się z tym, jaki jestem. Odkryłem, ile jest we mnie ograniczeń, słabości, kruchości. Poszedłem do klasztoru, bo, jak by powiedział papież Franciszek, to szpital polowy albo szkoła specjalna dla takich jak ja, którzy bardzo potrzebują być bliżej Pana Boga, bo sami sobie kompletnie nie radzą. Ten, kto wybiera życie zakonne, rzuca się z klifu w ocean. Robi krok, wiedząc, że dalej nie ma stałego lądu, i albo go Pan Bóg złapie, albo straci życie.

A jak było z Tobą?

Zrobiłem krok i – jak widzisz – żyję…

Jest też przy Tobie Matka Częstochowska.

Dla mnie centralnym punktem ikony jasnogórskiej jest Pan Jezus. Na drodze wiary dojrzałem do odkrycia, że moje doświadczenie duchowe musi być oparte na braterstwie z Nim. Kiedy Jezus poszedł na górę Tabor, usłyszał od Boga – taty: „Kocham cię, jestem z ciebie dumny”. To wyznanie Go uskrzydliło i wystarczyło na całe życie. Na nim opieram moją relację z Chrystusem, który przez swoją śmierć rozdarł zasłonę przybytku i dzięki temu mam dostęp do Ojca.

Psychologowie stwierdziliby, że wybierając Ojca niebieskiego, kompensujesz sobie brak ojca.

Mój tata odszedł od mamy, kiedy była ze mną w ciąży. Nie znałem go. Z tego powodu na pewno przeżywałem, a może i nadal przeżywam, poczucie odrzucenia. Żadna mama bowiem, nawet tak kochana jak moja, nie może zastąpić ojca. Przez przypadek pojawił się na moim chrzcie, raz przyszedł po mnie do przedszkola. Jako nastolatek zdobyłem się na odwagę i odwiedziłem go w jego nowym domu, ale nic z tego nie wynikło.

Bardzo cierpiałeś?

Świadomość faktu, jak duża to wyrwa, dotarła do mnie dopiero wtedy, kiedy rozpocząłem dorosłe życie. Dopóki byłem młodzieńcem, nie bolało tak mocno.

Wielu uważa, że odnosząc się do Boga Ojca, zawsze w jakiś sposób musimy odwoływać się do ojca ziemskiego.

To błąd, bo to by znaczyło, że ci, którzy nie mają ojca, są skazani na życie bez Boga, bo nie ma się do kogo odwołać.

Masz rację.

Prawda jest taka, że ten, kto czyta Ewangelię i nawiązuje więź z Jezusem Chrystusem, odkrywa Boga Ojca. A Jezus sam o sobie powiedział, że przychodzi, by objawić Ojca tym, którzy Go nie znają.

Dobrze, że udało Ci się pogodzić z nieobecnością własnego ojca.

To nie są sprawy, które mam rozwiązane raz na całe życie. To stale trwający we mnie proces. Jezus, kiedy miał 12 lat, został w świątyni. Wytłumaczył Maryi i Józefowi, że musiał być tam, gdzie Jego Ojciec. Pewnie odczuwał ogromną tęsknotę, której nie potrafił wypełnić najukochańszy ojciec na ziemi. To stan, który jest mi bardzo bliski.

Zwykle na starcie życia pragniemy, jak Ty, oddzielić się od rodziców, potem odkrywamy, jak ważne są nasze korzenie. Że nie ma się co buntować.

Również w pewnym momencie zrozumiałem, że muszę przyjąć swoje życie takie, jakie jest, z całą jego historią.

Dlatego pojechałeś do taty pożegnać go przed śmiercią?

O tym, że tata jest ciężko chory, dowiedziałem się dzięki życzliwym ludziom. Pojechałem do niego do szpitala, choć na miejscu okazało się, że to nieudane spotkanie. W sali było jeszcze trzech innych chorych, przeszkadzał nam włączony głośno telewizor. Mieliśmy dla siebie dziesięć minut z całego długiego życia i poświęciliśmy je na błahą rozmowę o samochodach. To nie było dobre spotkanie… A jednak ważne, bo wtedy – w ostatniej chwili – rozgrzeszyłem go w sercu. Dobre było to, że kiedy wyszedłem od taty, zorientowałem się, że za ścianą sali, w której leży, znajduje się szpitalna kaplica. Po chwili sprawowałem w niej Eucharystię. Tego dnia były czytania z mocno brzmiącymi słowami Jezusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. I właśnie one po raz milionowy uzmysłowiły mi, że w moim życiu chodzi nie o mnie, lecz o Jezusa. A tak à propos – bardzo ważna jest dla mnie ściana. Na przykład jerozolimska Ściana Płaczu, którą zobaczysz na moim prymicyjnym obrazku. To symbol mojej relacji z Bogiem. Czasem kończąc modlitwę, mówię: „Jeszcze się do Ciebie kiedyś przebiję”. I każdego dnia widzę, że ten mur ma coraz więcej pęknięć.

Cały czas czujesz, że dzieli Was ta ściana?

Często… Dlatego lubię trwać z głową opartą o nią.

A może ona rozpadnie się dopiero wraz z naszą śmiercią?

Śmierć nie jest tematem, który znam, choć na tym etapie życia jej się nie boję. O wierze zawsze myśli się w perspektywie śmierci, ale wolę o niej myśleć w perspektywie życia, które pozostaje stałym zmaganiem. Jest taka opowieść o mnichu, do którego przyszła śmierć, mówiąc mu, że umrze za pół godziny. Był w połowie rozgrywki szachowej i kiedy to usłyszał, zdecydował się ją dokończyć, bo był gotowy. Takie podejście jest mi bardzo bliskie.

Żeby było więcej o życiu niż o śmierci – co Cię w nim najbardziej cieszy?

Że jest mnie coraz mniej, a Jezusa więcej. Bo przecież mnie tak naprawdę nie ma bez Jezusa! Bez Niego sensu nie ma, życia nie ma, teraźniejszości nie ma, radości nie ma.

Co za wyznanie miłości! Bardzo Ci za nie dziękuję.•

O. Michał Legan

kapłan w zakonie paulinów, teolog, filmoznawca, misjonarz miłosierdzia.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9