Niewielki wielki

Miał wadę wymowy, a mimo to jego słowa kruszyły twarde serca grzeszników. Ojciec Pio odsyłał do niego penitentów. O. Leopold Mandić spowiadał przez piętnaście godzin dziennie, a do jego „saloniku gościnności” ustawiały się długie kolejki.

Gdy do Stygmatyka w San Giovanni Rotondo przyjeżdżali ludzie z północy Italii, słyszeli w konfesjonale: „Po co przyjeżdżacie do mnie? Przecież macie u siebie świętego spowiednika”. O kim myślał o. Pio? Dlaczego tak płakano po śmierci jego współbrata, który zamknięty w niewielkiej celi w Padwie przyjmował penitentów od świtu do nocy?

Lazur

Po raz pierwszy zetknąłem się z nim w czasie podróży po Chorwacji, gdzie jest bardzo popularny. Słyszałem o nim sporo, pisząc o krakowskiej Szkole dla Spowiedników, której patronuje. Nic dziwnego: Włosi okrzyknęli go „więźniem konfesjonału”, bo spędzał w nim nawet 15 godzin dziennie. Ze względu na to, że miał jedynie 135 cm wzrostu, przyległ do niego również inny przydomek: „niewielki wielki święty”.

Miasto u stóp góry Orjen spogląda z wysoka na lazur Zatoki Kotorskiej, która po siedmiu kilometrach łagodnie wpada w szerokie ramiona otwartych wód Adriatyku. Dziś Herceg Novi, nieprzypadkowo zwane „miastem kwiatów”, jest jednym z najbardziej obleganych przez turystów kurortów Czarnogóry. To w takich „okolicznościach przyrody” urodził się Bogdan Mandić. Gdy przyszedł na świat 12 maja 1866 r., jako dwunaste dziecko w ubogiej rodzinie Karoliny Zarević i Piotra Mandicia, miasto pozostające od 1797 r. we władaniu Habsburgów nosiło jeszcze włoską nazwę Castelnuovo.

Wcześnie rozeznał powołanie. Już jako 16-latek ruszył z nadmorskiego kurortu Królestwa Dalmacji 800 km na zachód. Zapukał do seminarium ojców kapucynów w Udine.

Pęknięcie

Choć jego korzenie związane były z Dalmacją, sławę przyniosła mu posługa w mieście św. Antoniego. Mandić, który w zakonie przyjął imię Leopold, święcenia kapłańskie przyjął w Wenecji 20 września 1890 r. Choć jego największym marzeniem był powrót na wschód, by tam pracować na rzecz pojednania chrześcijan (z tego powodu uczył się języków, a poza chorwackim znał włoski, łacinę, serbski, słoweński i grekę), pozostał posłuszny przełożonym i osiadł w Italii. W 1906 r. trafił do klasztoru Świętego Krzyża w Padwie i tam już pozostał.

Dlaczego tak intensywnie myślał o powrocie na wschód? Pamiętał obrazki podzielonego, skłóconego miasta, chorwackich katolików i prawosławnych Serbów, którzy odnosili się do siebie z nieufnością, cały ten duchowy bałkański kocioł. Wyrastał w regionie bardzo zróżnicowanym pod względem etnicznym i religijnym. I choć od jego narodzin upłynęło 155 lat, niewiele się zmieniło. Dziś w mieście należącym do Czarnogóry mieszkają przede wszystkim prawosławni Serbowie, którzy z tęsknotą zerkają na Belgrad, a słowo „pojednanie” wymazane jest z codziennych słowników.

Zamieszkał w konfesjonale

Wątła postura, chorowite ciało i wyraźna wada wymowy. Czy to atuty potrzebne do bycia rozpoznawalnym w całej Italii świętym? Oczywiście! Ponieważ Mandić nie mógł zostać wziętym kaznodzieją, porywającym tłumy jak jego „sąsiad” Antoni Padewski, zamknął się w niewielkiej celi. W tej decyzji pomógł mu sam Jezus. „Miałem sposobność spotkać pewną świętą duszę i dać jej Komunię” – wspominał ojciec Leopold. „Gdy ją przyjęła, powiedziała mi: »Ojcze, Pan Jezus kazał mi powiedzieć, że każda dusza, której tutaj pomożesz w spowiedzi, jest twoim Wschodem«”. W swych zapiskach tamtego dnia zanotował: „Odtąd każda dusza przychodząca do mnie będzie dla mnie Wschodem”.

„Zamieszkał” w konfesjonale, przyjmując w nim ludzi nawet po kilkanaście godzin dziennie. I tak dzień w dzień przez niemal czterdzieści lat. Uosobienie pokory, skromności, zawsze uśmiechnięty, bez słowa skargi – takim zapamiętali go współbracia, którzy wiedzieli, że w ostatnich latach życia cierpiał z powodu nowotworu.

I nic poza tym

Najpiękniej opisał go Jan Paweł II podczas kanonizacji 16 października 1983 r.: „Życie jego upłynęło bez wielkich wydarzeń: kilkakrotnie, zwyczajem kapucynów, był przenoszony z klasztoru do klasztoru, i nic poza tym. Ostatni przydział otrzymał do klasztoru w Padwie, gdzie pozostał aż do śmierci. A przecież właśnie w to ubogie, na zewnątrz niepozorne życie zstąpił Duch Święty i wzniecił nową wielkość, heroiczną wierność Chrystusowi, franciszkańskim ideałom, kapłańskiej służbie braciom. Święty Leopold nie pozostawił dzieł teologicznych czy literackich, nie był erudytą czy twórcą dzieł społecznych. Dla tych wszystkich, którzy go znali, był tylko ubogim bratem zakonnym, niepozornym i chorowitym. O jego wielkości stanowi co innego: poświęcenie się, oddanie siebie samego, dzień po dniu, przez cały okres kapłańskiego życia, to znaczy przez 52 lata spędzone w ciszy, w ukryciu, w ubóstwie maleńkiej celi konfesjonału. Był tam zawsze: gotów służyć, uśmiechnięty, ostrożny i skromny, dyskretny powiernik i wierny ojciec dusz, pełen szacunku mistrz i doradca duchowy, wyrozumiały i cierpliwy. Jedyną rzeczą, którą umiał, było spowiadanie. I w tym leży jego wielkość”.

Salonik gościnności

Trudno o trafniejsze podsumowanie posługi „niewielkiego wielkiego świętego”. Swą celkę, w której przyjmował penitentów, nazwał „salonikiem gościnności”. Gdyby ściany mogły mówić... Na szczęście nie mogą, bo mury klasztoru w Padwie musiałyby zdradzić tajemnicę tysięcy spowiedzi. Ileż z nich było sakramentami „na śmierć i życie”, decydującymi o nawróceniu penitentów… Świadczą o tym setki świadectw, które pozostawili. Gdy drzwi „saloniku gościnności” otworzył niezdecydowanym ruchem Giovanni Chivato, który przez lata omijał konfesjonały szerokim łukiem, zestresowany i zagubiony… usiadł w miejscu spowiednika. Ojciec Leopold uklęknął i na kolanach wysłuchał spowiedzi. Gdy po rozgrzeszeniu penitent zrozumiał, jaką gafę strzelił i zaczął przepraszać spowiednika, ten uśmiechnął się łagodnie: „Nic nie szkodzi. Idź, bracie, w pokoju!”.

Każdego traktował tak, jakby od jego nawrócenia zależało zbawienie ludzkości! – opowiadali bracia.

Jestem do niczego

Gdy ludzie piali nad nim z zachwytu i wychwalali pod niebiosa jego łagodność i pokorę, ucinał te hymny pochwalne: „Ja nic tu nie znaczę, jestem do niczego. Tylko Bóg działa”. Gdy oskarżano go, że jest zbyt łagodny i skory do rozgrzeszenia, odpowiadał: „Ja łagodny? Przecież nie umarłem za grzechy jak Jezus. Czy można być bardziej łagodnym niż On dla łotra? Jeśli Ukrzyżowany wypomniałby mi »szeroki rękaw«, powiedziałbym Mu: taki przykład, Panie, dałeś mi Ty, a ja jeszcze nie doszedłem do szaleństwa umierania za dusze!”.

Gdy bracia widzieli, że po wyczerpujących spowiedziach szedł do kaplicy i namawiali go, by udał się na spoczynek, słyszeli: „Penitentom daję lekkie pokuty, dlatego sam muszę za nich resztę pokuty odprawić”. Podobnie jak jego słynny współbrat z Pietrelciny miał dar „wglądu w ludzkie sumienie”, a odwiedzający go mieli świadomość, że zna ich grzechy, nim zdążyli je wypowiedzieć.

Nie boję się nikogo!

W padewskim klasztorze przechowuje się wspomnienia: „Kiedyś, gdy mijał na ulicy nieznajomego, popatrzył na niego tak przenikliwie, że tamten odezwał się: »Coś się stało, ojcze?«. »Chodź ze mną do kościoła!« I ten człowiek, który od 40 lat się nie spowiadał i chwalił się tym, że nie wierzy w Boga, poszedł za nim, wyspowiadał się i od tej pory żył jak przykładny chrześcijanin”.

„Jak mam stułę, nie boję się nikogo” – mawiał Mandić. Jak bliźniaczo brzmi wyznanie św. Teresy z Avila: „Ja i Jezus: razem stanowimy większość”.

23 marca 1932 r. bracia zauważyli, że ojciec Leopold był czymś przygnieciony. Gdy zapytali, co się stało, usłyszeli od zapłakanego zakonnika: „Pan otworzył mi oczy i zobaczyłem Włochy w morzu ognia i krwi”. Gdy pytali, czy Padwa będzie zbombardowana, usłyszeli: „Tak. I to silnie. Również ten kościół i klasztor ucierpią, lecz nie ta cela. W niej bowiem okazał Bóg duszom ludzkim tak wiele miłosierdzia, że pozostanie nietknięta jako widomy znak Jego dobroci”. Gdy 14 maja 1944 r. klasztor zdemolowało pięć bomb, „salonik gościnności” pozostał nienaruszony. Ojciec Leopold nie doczekał tego dnia. Zmarł 30 lipca 1942 r., a tuż przed śmiercią wysłuchał jeszcze spowiedzi pięćdziesięciu duchownych.

Żegnało go morze ludzi, a na pogrzeb wyległa cała Padwa. 34 lata później, 2 maja 1976 r., Paweł VI ogłosił go błogosławionym. „Zostałeś posłany dla zbawienia ludu, nie z powodu zasług, ponieważ to Pan Jezus, a nie ty, umarł za dusze” – podpowiadał kapłanom. „W im świętszy sposób wypełniasz swój urząd, tym bardziej będzie on owocny”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7