Znalazłem Go!

Gdyby nie on, Piotr, na którym Jezus zbudował Kościół, nie dowiedziałby się o Mesjaszu. Bądź jak Andrzej. Powiedz innym: „Znaleźliśmy Chrystusa!”. I przyprowadź ich do Niego.

Szymon nie stałby się Piotrem, nie wyciągałby rwących się od ryb sieci, nie spacerowałby (co prawda przez krótką chwilę, ale zawsze!) po falach i nie usłyszał: „Paś owce moje”, gdyby nie to jedno krótkie zdanie. To ono rozpoczęło długą, fascynującą, pełną napięć i meandrów drogę Kefasa. „Ten spotkał swego brata i rzekł do niego: »Znaleźliśmy Mesjasza – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa«”. O kim mowa? O Andrzeju.

Kość z kości

Ostatnio zrobiło się o nim głośno i to wcale nie z powodu wróżb i lania wosku, przy którym nigdy nie wiadomo, czy to, co wyłowiło się z wody, przypomina monetę czy raczej złowrogą pętlę. O Andrzeju zrobiło się głośno z powodu kości. I to kości jego brata. „W świecie zranionym przez konflikty jedność chrześcijan jest znakiem nadziei, który musi promieniować w sposób coraz bardziej widzialny” – te słowa napisał odręcznie papież Franciszek w święto Andrzeja Apostoła, patrona Kościołów wschodnich, do Bartłomieja I, duchowego zwierzchnika prawosławia i patriarchy Konstantynopola. Tego samego, który jako pierwszy od 1054 roku uczestniczył w ­inauguracji pontyfikatu biskupa Rzymu. Przed rokiem duchowy zwierzchnik prawosławia otrzymał dziewięć fragmentów kości św. Piotra, które odkryto w 1952 r. w niszy pod bazyliką św. Piotra. Paweł VI przechowywał je w swej prywatnej kaplicy. „Ta myśl przyszła do mnie od Ducha Świętego, który na wiele sposobów skłania chrześcijan do odzyskania pełnej komunii” – wyjaśnił Franciszek. Kości braci spoczęły obok siebie. Bardzo symboliczne.

Posłuchajcie kilku opowieści o Andrzejach, którzy zapalili innych słowami: „Znaleźliśmy Mesjasza”.

Wiedziałem, że przyjedziesz

Nieprzypadkowo mój przyjaciel Grzegorz Bociański, dziennikarz radiowy i muzyk, usłyszał przed wielu laty: „Wyrwałem cię z paszczy lwa”. – Moim bogiem była muzyka – opowiada. – A to jeszcze pół biedy, bo najgorsza w tym była cała ta otoczka. Taki jeden duży bóg i dziesięciu bożków dookoła. Totalne pokazywanie siebie – maksymalna pycha, używki, nieczystość. Pewnego dnia pojechałem do studia w Wiśle, by zapłacić jakąś kasę Tomkowi Bonarowskiemu, który realizował naszą płytę. Nie wiedziałem, że akurat nagrywał tam zespół Flapjack. Wchodzę do studia i wpadam na Roberta „Litzę” Friedricha. Popatrzył na mnie i rzucił: „Wiedziałem, że dzisiaj przyjedziesz”. A nie znaliśmy się wcześniej! Zapłaciłem Bonarowi, a Litza zaproponował, że pojedzie ze mną na dół. Zjechaliśmy z góry do Wisły, usiedliśmy na ławkach i… kilka godzin gadaliśmy. Robert opowiadał mi o Bogu. To był taki pierwszy strzał. Wróciłem do domu z okrzykiem na ustach: „Gośka, Pan Jezus, Kościół i w ogóle...!”. (śmiech) Było po drodze jeszcze sporo upadków i zawirowań, ale coś zaczęło we mnie pękać…

Co ciekawe, „Andrzejem” dla samego Litzy, gitarzysty Acid Drinkers, który wygrywał wszystkie możliwe rankingi „Metal Hammera”, był lider punkowej Armii Tomasz Budzyński. To on w neofickim zachwycie opowiedział poznaniakowi o Jezusie. „Przez pewien czas nie byłem katolikiem, ale budzdzystą” – śmiał się później Robert Friedrich, który nie przypuszczał jeszcze wówczas, że za kilka lat zagra z dzieciakami z Arki Noego, a później z Luxtorpedą stanie na podium Listy Przebojów Programu III i porwie publikę Woodstocku.

Czekaliśmy, aż papież umrze

Gdyby ktoś powiedział mu wówczas, że zostanie pallotynem, rozchwytywanym rekolekcjonistą, a tworzone przez niego wspólnoty Przyjaciół Oblubieńca będą wyrastały nad Wisłą jak grzyby po deszczu, wybuchnąłby śmiechem. Młodziutki Krzysiek Kralka obracał się w środowisku antyklerykałów, którzy nie oceniali pontyfikatu Jana Pawła II tak dobrze jak pytani kilka dni temu przez „Rzeczpospolitą” rodacy (pozytywnie oceniło go 83 proc. badanych). Bez owijania w bawełnę mawiali: „Czekaliśmy, aż umrze, a wtedy wreszcie będziemy mieli postępowy Zachód”.

W 2002 roku młody-gniewny Krzysztof Kralka siedział przed ekranem telewizora w rodzinnym domu w Kielcach. Trwała transmisja ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II. Papież głosił właśnie kerygmat miłosierdzia. – Zostałem przez Pana Boga przyciągnięty przed ekran – opowiada dziś pallotyn. – Miałem przekonanie, że mam tego słuchać. Porwały mnie te słowa papieża. Pamiętam do dziś klimat jego wypowiedzi. Doświadczyłem wówczas, że Bóg mnie kocha za darmo, że jest w stanie mi wszystko przebaczyć. Poczułem się przy Nim niesamowicie bezpieczny. To zaowocowało decyzją: „Wracam do Ciebie. Wracam do Kościoła, do modlitwy”. To nie wszystko. Jakieś wewnętrzne przekonanie podpowiedziało mi: „Wracaj. Ale jako ksiądz”. Kosmos! Powiedziałem: „Nie! Nie będę księdzem. Nigdy o tym nie myślałem. Nie dam się wkręcić”. Usłyszałem jednak wewnętrzny głos: „Jeśli chcesz być naprawdę szczęśliwy, to mam dla ciebie kapłaństwo. Chcesz pełni życia? Chcesz wolności? Tak? Mam dla ciebie kapłaństwo”. To była szybka kalkulacja, trwała kilkadziesiąt sekund: albo wiodę życie takie jak do tej pory (było, nie ukrywajmy, zanurzeniem w śmierci i grzechu), albo wybieram życie w świetle. Jako kapłan. To nie był wybór między „mniejszym lub większym dobrem”. Nie! To był wybór między życiem a śmiercią.

Jak brat bratu

„Gdy wszedłem do sklepu (nie wiedziałem, że pracują w nim chrześcijanie), jeden chłopak miał duchowe doświadczenie, że wszedł sam diabeł. Poszedł na zaplecze i zaczął się modlić” – opowiadał mi Bogdan Krzak „Kryzys”, dziś terapeuta pracujący z uzależnioną młodzieżą w Bielsku-Białej. Przez lata żył w świecie przemocy, stadionowych ustawek i alkoholu, który lał się strumieniami. Jego „Andrzejem” okazał się, podobnie jak w przypadku św. Piotra, rodzony brat. – Jesienią 1992 roku przyszedł brat. Miałem wówczas 24 lata – opowiada Bogdan. – W czasie rozmowy, gdy któraś z moich bliźniaczek zaczęła płakać, a ja byłem potwornie zmęczony, rzuciłem: „Znowu ryczy! Pousuwałbym je, gdyby aborcja była dozwolona”. I wtedy mój brat odparował: „Bogdan, Bóg nie chce zabijania. Jestem przeciwny aborcji”. „Co? Jaki Bóg? Co ty gadasz?” – zawrzała we mnie krew. Od słowa do słowa okazało się, że mój brat Darek dzięki kumplowi trafił do wspólnoty Miasto na Górze. Tam spotkał żywego Boga.

Pociągnął za sobą opierającego się początkowo rękami i nogami brata. I uratował mu życie.

Trzęsienie ziemi

Bywają „Andrzeje”, którzy nie widzą tego, że ich „słowo staje się ciałem”. Nie dostrzegają owoców swego głoszenia. Zanim o. Joseph-Marie ­Verlinde stał się założycielem francuskiej wspólnoty zakonnej i zaczął jeździć po świecie jako niestrudzony ewangelizator, przeszedł długą bolesną drogę okultyzmu, bioenergoterapii i medytacji transcendentalnej. Świetnie się zapowiadał. Już jako dwudziestolatek był zdolnym obiecującym naukowcem, przygotowującym doktorat z chemii i fizyki. „Stosując różne techniki, szedłem drogą mistyki naturalnej. Osiągnąłem stan moksa, czyli nirwany. Oddałem się ćwiczeniom bez reszty. Dzięki temu znalazłem się w Indiach, w miejscu, dokąd dociera niewielu Europejczyków. Zobaczyłem tu, dokąd naprawdę prowadzą praktyki jogi, przedstawiane ludziom Zachodu jako zupełnie niegroźne. Medytowałem non stop, przez całe tygodnie prawie 24 godziny na dobę, bez snu, przy minimum jedzenia koniecznego do przeżycia! Tylko to jedno się liczyło” – opowiadał. Pewnego dnia jego guru musiał wezwać lekarkę. Okazała się chrześcijanką. Podeszła do medytującego Francuza i zawstydzona zadała jedno krótkie pytanie: „Kim dla ciebie jest Jezus?” i... spłoszona uciekła.

„Brzmienie Imienia, przed którym zegnie się każde kolano, rezonowało we mnie i nie dawało spokoju. Przypomniało mi o miłości dzieciństwa, ogromnej tęsknocie za Eucharystią. Było to zdarzenie decydujące dla mego życia. Niespodziewanie wszedłem na drogę, na której znajdował się Jezus. Ukazał mi się, mówiąc: »Jak długo jeszcze każesz mi czekać?«” – wyznaje dziś zakonnik.

Ja wiem, kim on jest!

„Andrzejem” dla „siejącego grozę i dyszącego żądzą zabijania” Szawła stał się nieznany bliżej „bohater drugiego planu”. Po spotkaniu pod Damaszkiem Szaweł oślepł, stracił zdolność rozeznania, przez trzy dni nic nie jadł i nie pił. Zawalił mu się cały świat wartości, które wyznawał. I wówczas nieznany nam bliżej Ananiasz, posłuszny natchnieniom Ducha, usłyszał przynaglenie: „Idź na ulicę Prostą i zapytaj w domu Judy o Szawła z Tarsu”. I choć jego pierwszą reakcją było wzburzenie: „Panie, słyszałem z wielu stron, jak dużo złego wyrządził ten człowiek świętym Twoim w Jerozolimie”, ostatecznie wstał i poszedł, by nałożyć na niego ręce. Powiedział: „Szawle, bracie”, i dopiero wówczas ten przejrzał...

Nie muszę długo zastanawiać się nad tym, kto był moim „Andrzejem”. Pamiętam to doskonale. Po Mszy o 10.30 na katowickim Józefowcu i krótkim uwielbieniu ksiądz Stefan Czermiński odłożył gitarę, podszedł do mnie i zaprosił na piątkowe spotkanie oazy. Nie znał mnie, nie kojarzył. Nikt z naszej rodziny nie był związany z żadną ze wspólnot. Do dziś pamiętam jego nienachalne, ufne zaproszenie. Jak pokazało życie, skuteczne. To w Ruchu Światło–Życie odkryłem zakorzenienie w Kościele. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10