Pani na jeziorach

Po lewej woda, po prawej... woda. Słowa pieśni do Czarnej Madonny przerywa krzyk żurawi i trzciniaka zwyczajnego. Drogę do ukrytej za trzcinami kapliczki z cudownym obrazem tarasują nam kaczki. Idę o zakład, że to najpiękniejsze polskie sanktuarium.

Gdy nad Suwalszczyzną rozpętała się potężna burza, czerń chmur napływających spod białoruskiej granicy wyparła momentalnie pastelowe, pomarańczowe i błękitne tonacje nieba. Sosny trzeszczały, suche konary skrzypiały, a wierzby płaczące kłaniały się głęboko, dotykając fal jeziora. Jedynie on stał nieporuszony, stabilny. Z przymrużeniem oka przyjmujący strugi deszczu uderzające w jego sutannę. Pochylony, szedł do przodu w stronę kapliczki. Rzeźbiarz uchwycił go w marszu, w drodze. Był tutaj 21 lat temu. Przypłynął tu na pokładzie statku „Serwy”. Tym razem jako papież, a nie, jak dotąd, kajakarz. Spoglądał z tęsknotą na jeziora, przypominając sobie wakacyjne wyprawy. Powiedział wówczas: „Byłem tu wiele razy, ale jako papież po raz pierwszy i chyba ostatni”. Po modlitwie przy kapliczce ruszył na obiad. W menu znalazły się oczywiście słynne wschodnie kartacze.

Jasny punkt

Tak, wiem, że wielu się narażam, ale idę o zakład, że nie ma w Polsce piękniejszego sanktuarium. Choć jest maleńkie, mikroskopijne, tycie, a przy Licheniu czy Jasnej Górze niemal niezauważalne (mogłoby być tam jedną z mniejszych kapliczek), robi ogromne wrażenie. Ci, którzy tu trafili, pragną wrócić.

W Studzienicznej stoją dwa maleńkie kościółki. Pierwszy, parafialny, to drewno w czystej postaci. Blask lamp oświetla imponujące poroża, a w małych okienkach tańczą promienie słońca. Kilkaset metrów za świątynią na połączonej z lądem groblą wyspie stoi kapliczka. Jasny, ukryty w zieleni punkcik, widoczny z daleka.

Od maja do października to tu o 19.00 odprawia się wieczorne Msze. Na wezwanie „Pan z wami!” odpowiadają kaczki pływające po jednym z najczystszych jezior w kraju.

Stoję na grobli. Po lewej Jezioro Studzieniczne. Po prawej... Jezioro Studzieniczne. Drogę do ukrytej za trzcinami kapliczki z cudownym obrazem tarasują nam kaczki. Cisza, spokój.

Jest inaczej niż u Vivaldiego. Tu są tylko dwie, a nie cztery pory roku: sezon (gdy tłumy turystów, pielgrzymów i gapiów maszerują tam i z powrotem, a proboszcz ma pełne ręce roboty) i miesiące poza sezonem. Wtedy można odsapnąć, a większy ruch zaczyna się dopiero w czasie niedzielnych Mszy. Mieszkańcy Augustowa, zamiast dusić się w zapełnionych kościołach, ruszają często do Studzienicznej, by modlić się w „pięknych okolicznościach przyrody”, gdzie słowa pieśni do Czarnej Madonny przerywa głośny krzyk żurawi i perkozów.

– Pamiętam, jak jeden z lekarzy doradzał mi w szpitalu: „Musiałby ksiądz teraz spacerować po lesie nad jeziorem, słuchać śpiewu ptaków”. Nie chciałem mówić, co sądzę o tym pomyśle i o tym, że przez te ptaki i żaby nie mogę czasem spać – wybucha śmiechem ks. Arkadiusz Pietuszewski, proboszcz tej gościnnej parafii.

Sanktuarium ma dwa oblicza: pozasezonowe i to z czasów letniej nawałnicy. Sprawdziłem kilkadziesiąt razy. Tym razem przyjechaliśmy tu służbowo, na „długi weekend” tuż przed Bożym Ciałem. W środę wieczorem puściutko. Na Mszy Świętej jedynie kilkanaście osób, ale już dzień później… dzikie tłumy. Nie muszę dodawać, że wolę oblicze pozasezonowe.

Nad Jeziorem Studzienicznym odpoczywał dwukrotnie Prymas Tysiąclecia.

Spływaj do sanktuarium

Możemy licytować się w nieskończoność, ale powiedzcie mi szczerze, do jakiego sanktuarium możecie podpłynąć kajakiem lub statkiem?

Studzieniczną przed laty administracyjnie włączono do Augustowa. Jak tu trafić? Z centrum miasta „Siedmiu dziewcząt z Albatrosa” należy jechać wedle tabliczek kierujących na Vilnius i przed śluzą łączącą Jezioro Studzieniczne z Białym skręcić w prawo. Jeśli rozpędzicie się i skręcicie za śluzą, po jakimś czasie dojedziecie aż do granicy białoruskiej do Rudawki. A jeśli pojedziecie na północ, traficie na granicę z Litwą.

Można tu dotrzeć statkiem. Wypływają regularnie z augustowskiego portu żeglugi i przez Nettę, Necko, Klonownicę (najkrótszą rzekę w Polsce), rozległe Białe i śluzowanie w Przewięzi dopływają wprost pod sanktuarium.

Największe wrażenie robi sierpniowe wieczorne nabożeństwo ku czci Matki Boskiej, odprawiane na łodziach przy blasku pochodni (nie tylko ładnie wyglądają, ale i skutecznie odstraszają komary!).

– Jak prowadzi się parafię turystyczną, gdy liczniejsi od parafian goście nieustannie przychodzą i odchodzą? – pytam proboszcza ks. Arkadiusza Pietuszewskiego.

– Bywa tak, że w sezonie nie da się wypić kawy – uśmiecha się ks. Arkadiusz. – Grupa za grupą, pielgrzymka za pielgrzymką. Suwalszczyzna przyciąga jak magnes, a wiele osób zatrzymuje się u nas w drodze do Wilna. Przyjmujemy ponad 200 tysięcy pielgrzymów. Pracujemy (jestem tu z rezydentem) siedem dni w tygodniu. Non stop. Do 21.00 w niedzielę. Wyobraźcie sobie, że z samą Żeglugą Augustowską przypływa tu aż 100 tysięcy ludzi, a nie mam danych od sześciu prywatnych firm zarządzających katamaranami. Ponieważ to przepiękne miejsce, młodzi chętnie zawierają tu małżeństwa. To około sześćdziesięciu ślubów rocznie. W czasie Zesłania Ducha Świętego, gdy przyjechało 20 tysięcy ludzi, teren musiało zabezpieczać aż czterdziestu mundurowych. Co roku modli się tu niemal 800 leśników, mnóstwo ludzi zjeżdża 15 sierpnia na „Różaniec na wodzie”.

Od października do Wielkanocy jest tu cisza i spokój. Więc jeśli podobnie jak Pan Zagłoba nie lubicie tłumów…

Na kolana!

W 1740 r. ojciec Cyprian, wigierski przeor klasztoru kamedułów, pisał do kurii biskupiej wileńskiej: „Od lat dwunastu lud gromadzi się na wyspie jeziora Studzieniczne. Umieszczono tam obraz Matki Boskiej, do którego ciągną pielgrzymki ze wszystkich stron”. Choć kameduli zabrali obraz na Wigry, wierni zaczęli pielgrzymować do innego wizerunku. Zaniepokojeni mnisi w białych habitach prosili nawet biskupa o wyznaczenie komisji, która zbada podstawy tej pobożności.

Jak rozpoczął się kult? Wedle podań w Studzienicznej osiadł pustelnik, który na drzewie miał ujrzeć obraz Matki Boskiej. O cudzie tym szeptano w okolicznych wioskach i w samym Augustowie, a wierni zaczęli ściągać nad jezioro. Pojawiły się pierwsze zapiski o cudach i łaskach. Nie znamy imienia tego pustelnika, znamy natomiast dobrze jego następcę. Wincenty Murawski, były żołnierz (kroniki nazywają go kapitanem, pułkownikiem, a nawet generałem), podjął radykalną decyzję i zdecydował się na życie eremity. To właśnie ten asceta 250 lat temu zbudował w Puszczy Augustowskiej pierwszą drewnianą kaplicę. Dla jednych był świętym mężem, dla innych pokutującym grzesznikiem. W 1782 roku Murawski wyjednał u papieża Piusa VI aż cztery odpusty. Odtąd ludzie byli przekonani o niezwykłości tego miejsca.

Skąd wziął się obraz Maryi Studzieniczańskiej? – Być może został po wojskach napoleońskich, które tędy maszerowały na Moskwę – opowiada ks. Arkadiusz. – To żywy kult, nie skansen. Ludzie nieustannie przynoszą dziękczynne wota, często słyszę o uzdrowieniach, łaskach, których tu doświadczyli. Ten drewniany kościółek z 1847 roku ma swą duszę. To czuć. Ile modlitw zostało tu wysłuchanych! W czasie zaborów, wojen. W latach komuny przyjeżdżała autokarami milicja, pilnując, by wierni nie dostali się do sanktuarium. Jako młody kapłan prowadziłem tu pielgrzymkę z Ełku. Szło 400 osób, mieliśmy jeden nocleg. Dziś przychodzą grupy z Suwałk, Augustowa, Rajgrodu, Raczek, Bargłowa…

Czyste piękno

Na zmurszałym pniu wygrzewa się zaskroniec. Gdy się zbliżamy, zmyka w trzciny.

Do kaplicy na wyspie prowadziła kładka. Pierwszą groblę usypano dopiero w latach trzydziestych XX wieku. Przewieziono na wyspę kilka tysięcy fur ziemi, a wokół kapliczki powstał szeroki plac. Murowaną kaplicę zbudowano w 1872 r. w stylu neoklasycystycznym. U podstawy ma formę ośmiokąta, a osadzono ją na 64 dębowych, wbitych w ziemię palach.

Nazwa sanktuarium pochodzi od studni, która, według legendy, zawiera cudowną wodę uzdrawiającą z choroby oczu. Studzienka zawsze oblegana jest przez wiernych, ale ostatnio, w dobie koronawirusa, stoi samotna. Spogląda na nią z góry Maryja, stojąca na cokole zakrytym deszczem wstążek.

Czuję się tu jak w domu, bo ilekroć jestem w Augustowie, przyjeżdżam tu na Eucharystię.

Jeśli ktoś chce choć przez chwilę poczuć się jak w Amazonii, nieopodal sanktuarium wybudowano dłuuugą kładkę przez mokradła. Robi wrażenie, zwłaszcza na dzieciach, które mogą obserwować pluskające w bagnie żaby. Oczywiście w pakiecie dostaje się solidną dawkę komarów. Coś za coś…

Podniesienie. Kapłan podnosi Hostię. Z pobliskich trzcin hołd Bogu oddaje trzciniak zwyczajny. Drze się wniebogłosy…

Od śluzy Przewięź (szóstej na Kanale Augustowskim, licząc od strony Biebrzy, wybudowanej w latach 1826–1827, na której statki opadają/unoszą się na wysokość 86 centymetrów) leniwie płynie kilka kajaków. Żadnych motorówek. Studzieniczne objęte jest strefą ciszy. Panią na jeziorach przez cały rok adorują ptaki. Część zlatuje z trzech wysp: Lipówka, Janowego i Brzozowego Grądu. Spoglądam na słońce tańczące na falach miarowo uderzających w tatarak. Czyste piękno.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7