Blef się nam nie udał

Do niedawna mogliśmy udawać, że sami świetnie dajemy sobie radę. Dziś widać, że to nieprawda.

Już 7 czerwca, epidemii w Polsce już dzień 95. Patrzę na dane z Chin. Gdy w Polsce epidemia zaczynała się rozpędzać, tam wszystko już gasło. Ciągle jednak i tam odnajdywane są nowe przypadki. Ile to już miesięcy? Wszystko zdaje się wskazywać, że spełniają się zapowiedzi wieszczących, że ta epidemia zostanie z nami dłużej. Będziemy z nią żyli... No właśnie, do kiedy?

Liczby są nieubłagane. Nie zachorowało jeszcze nawet 0,1 procenta z nas (zakażenie wyryto u 0,07 procenta Polaków). W tym tempie odporność stadną (ok. 70 procent) – o ile takowa w kontekście tej choroby istnieje – nabierzemy po... 3000 miesięcy. Czyli za 250 lat :). Szczepionka będzie albo jej nie będzie. To nie budowa drogi, żeby można było choćby mniej więcej przewidzieć czas ukończenia robót. Bardziej prawdopodobne, że znajdziemy jakiś lek czy grupę leków skuteczniejszych od dziś stosowanych. Całkiem też możliwe, że wirus zmutuje. Może wtedy stać się swoją wersją łagodniejszą. Albo – to też jedna z wielu możliwości – znacznie bardziej zjadliwą. Jeśli przerodzi się w morderczą bestię zabijającą szybciej, szybciej też pozbawi się nosicieli, czyli sam też zginie... 

Jakaś nadzieja w tym, że przechorowało nas już znacznie więcej, ale że bezobjawowo – nie wykryto u nas koronowirusa. Jakiś obraz mogą dać badania na obecność przeciwciał, ale, o ile ta informacja nie została już sprostowana, podobno nie wszyscy, którzy chorowali i wyzdrowieli je mają. Organizmy podobno nie zawsze radzą sobie z wirusami w ten sam sposób... Może więc już jest lepiej, niż się wydaje? Może. Ale o ile lepiej - też nie wiemy.

Słowem – mnóstwo niewiadomych, prawda? W nasze spokojne i do pewnego stopnia przewidywalne życie przez kowida wkradała się na szerszą skalę niepewność. Już trudno ją zbyć zwykłym odrzuceniem złej myśli, że to akurat mnie może się coś przydarzyć. No bo do niedawna, zwłaszcza gdy człowiek był młody i wysportowany, mógł myśleć, że chorują i umierają inni. Dla mnie było życie i sukces. Teraz okazuje się, że nie tylko samo życie bardzo łatwo można stracić, ale że i życiowe sukcesy szybko mogą stać się tylko mglistym wspomnieniem i trzeba będzie budować od nowa.

Jeśli spojrzeć na to wszystko oczyma wiary... Nie chcę niczego przesądzać, bo przecież nie czytam w myślach Boga. Ale patrzę. I wydaje mi się, że coraz wyraźniej widzę po co to wszystko. Nowa normalność, której elementem staje się niepewność, zmusza do przemyślenia na nowo odpowiedzi na pytania o sens życia i o wieczność. Jasne, wielu próbując zagłuszyć w sobie niepokoje woła jeszcze, że „nic się nie stało” i „niebawem będzie normalnie”. Tyle że im dłużej to wszystko trwa, tym trudniej będzie udawać. Bóg ze swoją ofertą życia wiecznego coraz rzadziej będzie zbędną hipotezą, zabierającą człowiekowi wolność i radość życia. Coraz częściej  będzie stawał się jedyną sensowną dla człowieka nadzieją: skałą niezmienności w świecie niepewności jutra....

Dzieje świata toczą się różnymi drogami. Ale podstawowy plan Boga jest niezmienny: doprowadzić ludzi do nieba. Czy ktoś wątpi w to, że Mu się uda?

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11