Zdrowe, stuletnie życie

Pani Irena urodziła się 18 maja 1920 r. Tak jak św. Jan Paweł II. Zdradza sposób na długowieczne, chrześcijańskie życie...

Pani Irena Puchalska mieszka od kilku lat w Żyradowie, przy synu. Opiekują się nią dzieci, wnuki wpadają czasem z czekoladą i kwiatami, prawnuczki rysują laurki. A praprawnuczek już wie, że jego praprababcia jest rówieśniczką papieża Polaka. Pani Irena 18 maja 2020 roku kończy sto lat! – Jak nasz papież – uśmiecha się delikatnie. W ręku ściska różaniec, który pomógł jej przejść przez całe życie w zdrowiu i z rodziną...

Pracowite życie

– Ja już mało tak pamiętam, troszkę zawodzi pamięć, chociaż, Bogu dziękować, i tak nieźle się trzymam – pani Irena kiwa głową. – Moi rówieśnicy dawno pomarli, nawet i młodsi poszli już do Pana Jezusa, a ja nadal na tym świecie. Widocznie taki Boży plan. Każdy ma przecież inny. Dla każdego Pan Bóg przeznaczył coś innego, inne losy...

Urodziła się na mazowieckiej wsi, w Grabniku, w rodzinie rolniczej. Skromnie się żyło po pierwszej wojnie, ale chleba nie brakowało. Rodzice pracowali na roli, ojciec w dwudziestoleciu międzywojennym do Warszawy do pracy też jeździł. To tylko godzina drogi pociągiem. Wielu tak robiło. Wtedy zresztą wszyscy żyli podobnie: pracowali, modlili się. Prosto żyli, zwyczajnie. Nie, nie było wśród ludzi ideałów i nie było chodzących świętych. Ale wiadomo było, co jest dobre, a co złe...

Wojenne dzieje

Gdy wybuchła wojna, trzeba było utrzymać się, jakoś po prostu przeżyć. Na wsi i tak było chyba nieco łatwiej niż w dużym mieście: mieli własne warzywa, nabiał, jajka, mleko. Młode kobiety z miejscowości wokół Warszawy często więc jeździły sprzedawać żywność mieszkańcom stolicy. – My z koleżankami też tak robiłyśmy. Jeździłyśmy pociągiem i te wyprawy były bardzo niebezpieczne. Wszędzie byli Niemcy i szukali przewożonego jedzenia. Za to groziło aresztowanie albo i obóz – opowiada pani Irena. – Ja silna i odważna byłam. Woziłam regularnie mleko w bańkach na sprzedaż. Gdy jechałam z powrotem, za zarobione pieniądze można było coś kupić do domu. O wszystko było tak trudno, a żeby zdobyć kawałek mięska, to się człowiek nastarał, bo przecież wszystko rekwirowali Niemcy...

Kobietom, które jeździły do Warszawy, pomagali polscy konduktorzy. Ochraniali je i przestrzegali przed niemieckimi kontrolami. – Konduktorzy pokazali nam głębokie skrytki pod siedzeniami. Wchodzili Niemcy do wagonów, sprawdzali dokładnie, każdego po kolei, zaglądali i tu, i tam. Ale niczego nie wytropili – opowiada pani Irena. – A my się oczywiście modliłyśmy, żeby szczęśliwie dojechać do Warszawy i wrócić cało do domu.

Któregoś razu, gdy pani Irena siedziała już w wagonie, a w skrytce ukrywała nielegalną żywność, przyszedł cynk: Niemiec idzie! I szedł, prosto na nią. – Młoda byłam, oknem wyskoczyłam. Biegłam ile sił w nogach i tyle mnie zobaczył – opowiada pani Irena.

Rodzina pani Ireny w czasie okupacji ukrywała Żyda. Człowiek ten przebywał na strychu ich domu. Donosili mu żywność. Co się z nim później stało? Tego już pani Irenka nie pamięta... – Ja mam przecież sto lat. Pamięć już nie ta...

Małżeńskie życie

Irena poznała Franciszka. Pokochali się. Przyszedł czas na sakrament małżeństwa. – Ślub brałam w Izdebnie Kościelnym. Mąż był o 15 lat ode mnie starszy. Żyliśmy uczciwie i zgodnie. Rodziły się dzieci: córka i dwóch synów. Ciężko było, gdy dzieci były małe, bo to wiadomo, czasy powojenne. W dodatku wygód, tak jak teraz, to nie mieliśmy. Wszystko trzeba było ręcznie robić, obowiązków było dużo. Ale jakoś się trwało. Gdy dzieci były odchowane, poszłam do pracy w Warszawie.

Pani Irena pracowała w pralni, w państwowym przedsiębiorstwie, przy kolei. – Pociągi dalekobieżne miały swoje wagony i restauracje, a przy stacji Warszawa Zachodnia była specjalna pralnia. Mimo że praca była ciężka, bardzo ją lubiłam, chętnie jeździłam. Nie uchylałam się od roboty, nawet i brygadzistką zostałam – uśmiecha się pani Irena.

Po pracy z powrotem pociągiem do domu. Ponad godzinę się wracało, rozmawiało z dziećmi. Gotowało obiad. Zwykłe, proste życie.

Mamy papieża!

Mijały lata. Przyszedł rok 1978, październik. Pani Irena była wówczas w pracy. – Czasy były komunistyczne. Nikomu się nawet nie śniło, że z naszej Polski... – pani Irena uśmiecha się i milknie. – Byłam wtedy przy robocie, przy wielkich takich, huczących kalandrach, warczących prasowalnicach, gdy nagle wbiegła do nas kierowniczka. Słuchała radia i z niego się o wszystkim dowiedziała.

Kierowniczka, nie dowierzając, powiedziała do kobiet: „Wiecie co... Mamy papieża, Polaka!”. – Musiała nam powtórzyć, bo to było wręcz nieprawdopodobne. A jak powtórzyła, to zaczęłyśmy krzyczeć z radości, a potem skakać do góry i niemal tańczyć – opowiada pani Irena. – Wariowałyśmy dosłownie, bo to była taka dobra nowina...

Kiedy pani Irena dowiedziała się, że ten polski papież, nasz papież, to jej rówieśnik? Co do roku, co do dnia i co do miesiąca? – Nie pamiętam już. Ale myślę, że jakoś niedługo później.

Pani Irena starała się słuchać papieża Polaka, jego nauczania, mądrości. Nie, nie jeździła na pielgrzymki. Nie była też w Rzymie. Ale nie trzeba przecież fizycznie podążać za człowiekiem, by starać się go naśladować i – tak jak on – się modlić.

Przeminęło z wiatrem?

– Dziś to już wszystko się zmieniło, przeminęły te wszystkie lata z wiatrem, człowiek już inny – pani Irena w ręku trzyma różaniec. Modlitwa jednak wciąż ta sama. Jej codzienny rytm życia to modlitwa ze stareńkiej książeczki do nabożeństwa, litanie. Pani Irena modli się za dzieci, wnuki, prawnuki i prawnuczka. Prosi dla nich o dobre życie i błogosławieństwo. Modli się także za wstawiennictwem Jana Pawła II...

– Mama była zawsze osobą bardzo energiczną, wymagającą i konkretną – mówi jej córka, pani Krystyna. – Póki mogła, to na wycieczki jeździła, była bardzo niezależna. Teraz, mimo że jest w dobrej, jak na te lata oczywiście, formie, wymaga opieki. Jednocześnie nadal stara się być samodzielna i ma własne zdanie.

Żona wnuka pani Ireny, Katarzyna, dodaje: – Babcia Irena przeżyła z dziadkiem Franciszkiem 54 lata w małżeństwie. Byli dla mnie wzorem ludzi prawych, dobrych, bardzo pracowitych i wierzących w Boga, a przy tym wymagających od siebie i innych. Babcia jest dla mnie wzorem kobiety, matki, chrześcijanki. Wzrusza mnie też, że babcia jest – ze względu na datę urodzenia – tak mocno i symbolicznie związana z Janem Pawłem II. To był papież rodziny, który w naszym życiu odegrał wielką rolę.

Życie pani Ireny to wprost, a przecież bez wielkich słów, życie nauczaniem papieskim... Zapytana, co jest ważne w życiu, odpowiada z błyskiem w oku: – Zdrowie! Bo w życiu to bywa różnie: i dobrze jest, i źle. I dobrzy ludzie, i źli są wokół. Ale jak mamy zdrowie, to można wszystko przetrwać...

A potem z uśmiechem dodaje: – Zdrowie jest ważne, ale i dobry mąż, i małżeństwo. Cała rodzina, żeby była razem i żeby się kochała mimo trudności. Jak ma się dzieci, to trzeba je dobrze wychowywać, na uczciwych ludzi.

A co trzeba robić, by to zdrowie, fizyczne i duchowe, zachować? I to na wiele, najlepiej na sto lat? Znów z błyskiem w oku pani Irena odpowiada: – A żeby być zdrowym, to trzeba po chrześcijańsku żyć. Modlić się, do spowiedzi chodzić, w sumieniu sobie wszystko poukładać.

Czego można i trzeba życzyć szczęśliwej matce, babci, prababci i praprababci? – Dalszego chrześcijańskiego życia. I jeszcze odrobinkę zdrowia. Przecież wszystko inne od życia i Pana Boga już dostałam... •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8