Religijni

Religijni, owszem. Ale czy to jest jeszcze chrześcijaństwo, czy może przedpole (dobry grunt) ewangelizacji?

Z Polski wyjdzie iskra… Kraj powołań… Przyzwyczailiśmy się do prorockich wizji i uznaliśmy je za prawdziwe, nie za bardzo przejmując się tym, co opisuje naszą religijność w sposób – nazwijmy to delikatnie – nieco odstający od obiegowych opinii. Czyli trochę ignorując kolejne badania religijności Polaków. Może nawet nie ignorując. W gąszczu danych, opisujących naszą religijność, znajdujemy wskazujące, że nie jest aż tak źle. Na przykład deklaracja wiary, pozostająca od lat na niemalże niezmienionym poziomie. Huraaaa… 90% Polaków deklaruje się jako osoby wierzące i przywiązane do tradycji. Albo twierdzenie, że dla większej części społeczeństwa największą wartością ciągle pozostaje rodzina.

O ile ta powszechna deklaracja wiary jest jakąś nadzieją na przyszłość, tego samego nie można powiedzieć o innych wskaźnikach religijności. Pamiętając oczywiście, że w chrześcijaństwie nie wyniki badań socjologicznych są źródłem nadziei, ale Pan Zmartwychwstały. W kontekście tego stwierdzenia należy pytać jaka jest ta deklarowana wiara. To znaczy na ile czerpie z tradycji będącej kulturowym dziedzictwem, a na ile z żywego kontaktu ze Zmartwychwstałym Panem. Na ile umocowana jest ona w przekonaniu „trudno nie wierzyć w nic”, a na ile w osobistym doświadczeniu Pana, wchodzącego w ludzką historię i nadającego sens ludzkim dziejom.

Dwa ostatnie stwierdzenia każą szukać dalej. Religijni, owszem. Ale czy to jest jeszcze chrześcijaństwo, czy może przedpole (dobry grunt) ewangelizacji, odwołującej się do przeczucia rzeczywistości innej, niż ta widziana i opisywana, do potrzeb większych, aniżeli konieczność zapewnienia sobie bytu na odpowiednim poziomie.

Zatrzymajmy się nad tym stwierdzeniem. Wielu analityków przemian kulturowych (zachodzących nie tylko w Polsce) zastanawia się czy przypadkiem kłopoty z młodym pokoleniem nie są pochodną zaniedbań rodzin i społeczeństw, które za najważniejszy cel postawiły sobie właśnie owe zapewnienie bytu na odpowiednim poziomie, a ideę rozwoju ograniczyły do wzrostu PKB. Nie dalej jak wczoraj pytał jeden z obserwatorów naszego życia niepolitycznego czy coraz bardziej powszechne chamstwo, brak kultury, agresja i niezdolność logicznego myślenia, nie jest niechcianym spadkiem po pokoleniu rodziców, budujących pierwszą fazę kapitalizmu.

Wróćmy jednak do wyrażającego się w niepokojących cyferkach opisu. Refleksja – moim skromnym zdaniem – powinna iść w dwóch kierunkach. To znaczy pytać o przyczyny tej pełzającej laicyzacji, dopatrując się jej źródeł nie tylko we wrogiej chrześcijaństwu kulturze, ale też w błędach strategii duszpasterskiej Kościoła. Idąc dalej musimy ciągle zastanawiać się w jaki sposób na to wyzwanie odpowiedzieć, a także co nasz duszpasterski dynamizm może w mniejszym lub większym stopniu hamować.

Być może to, na co zwrócimy uwagę jest zbyt śmiałe i radykalne, ale zaryzykujmy. Przed trzydziestu laty święty Jan Paweł II przywołał w Liście do młodych postać bogatego młodzieńca. Czyli odwołał się do ewangelicznego radykalizmu. Można zastanawiać się czy lęk przed „pójściem w zaparte” nie jest lękiem przed utratą stanu posiadania. Przecież ten właśnie argument najczęściej można znaleźć w komentarzach pod tekstami, opisującymi różne inicjatywy, wskazującymi na konieczność podnoszenia wymagań. Choćby na etapie przygotowania do sakramentu bierzmowania. Bo co będzie jeśli odejdą…

Ten lęk sięga głębiej. W ostatnich dziesięcioleciach Kościół  w Polsce powiększył swój stan posiadania. Niestety, priorytetem w niektórych przypadkach stało się odzyskanie i wykorzystanie utraconego niegdyś mienia. Dziś trudno nie szukać analogii w tym, co przeżywa Kościół w Holandii, zmuszony do sprzedaży świątyń i innych posiadanych obiektów. Bo nie ma kto ich utrzymywać. Ten lęk, jak zauważył papież Franciszek, świadków Ewangelii przemienić może w strażników masy upadłościowej.

Być może panaceum na ów lęk są wskazania papieża Benedykta. Mówił przed kilku laty o tym, że w nadchodzących czasach Kościół będzie musiał zrezygnować z wielu przywilejów, jakie daje mu bycie większością i nauczyć się korzystania ze środków ubogich. Takim ubogim środkiem jest między innymi umiejętność patrzenia na odchodzącego bogatego młodzieńca z miłością. Ale i wiara, że naszym jedynym narzędziem jest obecność Pana w Słowie i sakramentach oraz moc świadectwa, jakie dajemy o Nim na co dzień. Wszystko inne jest dodatkiem. Czasem pomagającym, czasem (albo najczęściej) będącym przysłowiową kulą u nogi.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9