Schodzi i przytula

O nieprawdopodobnych owocach filmu „Ja Jestem”, który półtora roku temu dołączyliśmy do „Gościa”, z Maciejem Bodasińskim

To nasz najważniejszy film. Jezus chce być Bogiem z nami, a nie zamkniętym więźniem tabernakulum. Wystarczy – odczuliśmy to bardzo mocno w czasie realizacji filmu – otworzyć Mu drzwi kościoła. Wszędzie tam, gdzie wypuścimy Go na ulice, dokonuje się rewolucja – opowiadali w maju 2012 roku Maciej Bodasiński i Lech Dokowicz, twórcy filmu „Ja Jestem”.

Marcin Jakimowicz: Ruszyliście z dokumentem w świat i…

Maciej Bodasiński: I okazało się, że sama praca przy filmie, samo jego kręcenie to był dopiero początek fascynującej przygody. Ten obraz porusza tysiące ludzi. Co chwila docierają do nas nieprawdopodobne historie o przemianie serc. O powrocie do Kościoła, tęsknocie za Eucharystią. Pewnego dnia do Leszka (mieszka w Gdyni) przyjechał samochodem pewien człowiek. Z drugiego końca Polski. Jedynie po to, by podziękować za ten film. Był szefem dużej firmy, bogatym człowiekiem, żył w przepychu. Miał żonę, dzieci. Pewnego dnia dopuścił się zdrady. Potem zaczął regularnie zdradzać żonę. Gdy to odkryła, zostawiła go. Wpadł w depresję, narkotyki. Stracił pracę, grunt usunął mu się spod nóg. Zaczął mieszkać kątem u znajomego. Spał na materacu. Ktoś podarował mu ten film. „Zobacz go” – zachęcił. Nie miał zamiaru, kościoły omijał szerokim łukiem. Sięgnął po tę płytę z nudów. W połowie filmu – opowiadał Leszkowi – padłem na kolana i zacząłem się modlić. Pierwszy raz od lat. Poszedłem po latach do spowiedzi. Ruszyłem do żony, by błagać ją o przebaczenie, a teraz tu do pana, by podziękować za ten dokument. Podobnych historii było dużo.

Ludzie, z którymi rozmawiałem, najbardziej poruszeni byli sceną z Rwandy, w której o. Stanisław Urbaniak z monstrancją wchodzi w wielotysięczny tłum…

W czasie Mszy w Rwandzie miało się wrażenie, że Jezus szedł przez ten rozorany cierpieniem tłum. Przez środek. I błogosławił. Rzeczywiście większość ludzi najmocniej reaguje na tę scenę. Na tę chwilę, gdy eucharystyczny Jezus uzdrawia, wypędza złe duchy, gdy ludzie dotykają monstrancji. Ale ciekawa rzecz: jest wiele osób, które widziały ten film kilkakrotnie i opowiadają, że za każdym razem ten sam fragment porusza ich do łez. Tak jakby był adresowy specjalnie do nich. Jakby Jezus chciał im właśnie to powiedzieć.

Jeździcie z filmem po całym świecie. Spotykają Was jakieś duchowe zawirowania, które często towarzyszą Waszej pracy?

O dziwo nie. (śmiech) To jedyny film, przy którym oszczędzono nam takich sytuacji. Wszystko odbywa się w dużym pokoju, harmonii. Tak jakby Ktoś pisał ten promocyjny scenariusz. Zresztą już w czasie pracy nad filmem mieliśmy mocne doświadczenie, że nie udają się kompletnie sceny, które sami zaplanowaliśmy, natomiast w tym samym czasie przypadkowo pojawiają się osoby, ludzie, zdarzenia, które idealnie pasują do tego obrazu. Ktoś ten film od zewnątrz reżyserował.

Jakiś konkret?

Byliśmy u Cataliny Rivas, ko- lumbijskiej mistyczki. Kobiety, która założyła 1500 wspólnot adoracji Najświętszego Sakramentu. W pewnym momencie mówi do nas tak: „Słuchajcie, Jezusowi nie podoba się tytuł filmu. Mówi, że jest niedobry”. Szczęki nam opadły…

Jaki był pierwotnie tytuł materiału?

Nazwaliśmy go roboczo po prostu „Eucharystia”. Jezus powiedział Catalinie, że tytuł (a przez to cały film) powinien być adresowany do wszystkich ludzi, nie tylko do wierzących. A ponieważ słowa „Ja Jestem” nieustannie do nas wracały w czasie pracy za kamerą, w końcu wylądowały na okładce.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7