Od buntu do miłości

Może zamiast się ciskać lepiej z miłością przyjmować to, co jest?

Szpital. Do sali, w której od paru dni jestem przywożą Norberta. Wypadek na motocyklu. Złamany obojczyk, nadgarstek. W okolicy nerki wielki siniak. Poza tym trzeba go obserwować. Rozbił w wypadku kask. Tymczasem on się buntuje. Nie chce słyszeć o szpitalu. Przecież tak naprawdę nic mu nie jest! Dopiero kilka dni później godzi się z losem. Potem z uśmiechem będzie przyjmował uwagi, że bawi się w samolot z jednym skrzydłem (ręka odchylona od tułowia – usztywnienie na obojczyk).

Parę dni później trafia do nas pan Werner. Noga złamana w kolanie. Musi leżeć na wyciągu. Ten pies, który wyskoczył mu na drogę kiedy jechał rowerem, a któremu uratował skórę jakimś gwałtowny manewrem, gdyby nie unieruchomienie jego dobrodzieja, teraz pewnie szybko straciłby życie. Szpital? Jaki szpital, on chce do domu! Też po paru dniach pogodził się z losem. A kiedy przynieśliśmy mu patyk, którym mógł się podrapać, kiedy pod gipsem go zaswędziało, nie opuszczało go poczucie humoru.   

Doskonale rozumiałem ten ich początkowy bunt. Kiedy pod koniec kwietnia trafiłem do szpitala zupełnie serio zastanawiałem się, czy w lipcu będę mógł pojechać w Tatry. Przecież byłem umówiony! Ale na początku lipca to dopiero stawiałem pierwsze kroki o kulach. A lato, jak na złość, było wyjątkowo piękne...

Wspominam te wydarzenia przede wszystkim dlatego, że dziś Światowy Dzień Chorego. Ortopedia to oddział z którego zazwyczaj wraca się do normalnego życia. Ale są przecież gorsze choroby. Takie, które definitywnie kończą dotychczasową aktywność. Nie próbuję nawet radzić, jak pogodzić się z takim losem. Na szczęście wierzę, że kiedyś zmartwychwstaniemy do nowego życia.

Myślę jednak też o tym, co ostatnio widzę w mediach. Także społecznościowych. Mam nieodparte wrażenie, że ich ważnym celem stało się ostatnio podwyższanie czytelnikom ciśnienia. Zwłaszcza w publicystyce, jeśli coś nie jest aferą skandalem, podłością czy szczytem głupoty (choćby mocno nadętymi), marną ma szansę zaistnieć. Dotyczy to oczywiście także publicystów – katolików. Można wręcz odnieść wrażenie, że w naszych czasach dobry katolik to wkurzony katolik. Ale co robić? Narzekanie na narzekanie ma średni sens ;)  Chyba trzeba – wzorem wielu chorych – pogodzić się z losem i z miłością przyjąć te media i ten świat takimi, jakimi są. Nie tracąc oczywiście z pola widzenia niewątpliwie krzepiącej prawdy, że tym razem to owe media i ten świat są chore, nie ja. Tylko trzeba się pilnować, by się nie zarazić ;)

Przyjąć to, co niesie los. Pójść drogą, którą dopuścił na człowieka Bóg. Myślę też dziś o ogłoszonej przed rokiem decyzji Benedykta XVI o rezygnacji z Piotrowego urzędu. Zaszył się w watykańskim klasztorze, bo tak odczytał wolę Bożą. Dla niego na pewno było to trudne,  ale wierzył, że Pan Bóg wie co robi. W sumie to Pan Bóg zawsze wie co robi. Może naprawdę zamiast się ciskać lepiej z miłością przyjmować to, co jest?

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7