Kilar to już wie

Michał Fita przez dwa lata odtwarzał z walkmana muzykę satanistycznego zespołu „Danzig”. Nawrócił się podczas „Angelusa” Wojciecha Kilara. – Kiedy słyszałem, jak chór śpiewa: „Zdrowaś Maryjo”, nie zdając sobie z tego sprawy, zacząłem się modlić – mówi. – Do dziś przy trzykrotnym „Jezus” czuję, jakby mnie raził prąd. 


Najbardziej pasowały mu zespoły punk- i hardcorowe. Wpadał w ciągi słuchania „Bad Religion”, „Madness”, „Life of Agony”, „Tiamat”. Znienacka, na przypadkowym spotkaniu u ojców franciszkanów w Raciborzu-Płoni, dopadła go muzyka Kilara. – Zaproszony gość pokazywał slajdy z Tatr z jego utworami w tle – opowiada. – Zdjęcia były piękne, ale dziś ich nie pamiętam. Za to pamiętam, jak mnie ścisnęła za serce tamta muzyka. Po pokazie zapytał prelegenta, czyje to kompozycje. – Nic mi to nazwisko nie mówiło – wspomina.

– Ale usłyszałem obietnicę, że prześle mi jego płyty. Na jednej były „Krzesany”, „Orawa” i właśnie „Angelus” . 
Zaczął ich słuchać. – Wiecznie chodziłem ze słuchawkami na uszach – opowiada. – Miałem takie przyzwyczajenie, że gdy słuchałem jakiegoś zespołu, to na okrągło. No, z przerwą na odwracanie płyty. Kiedy słuchasz jakiejś piosenki, zaczynasz ją bezwiednie nucić. Stajesz się tym, czego słuchasz. Kiedy przerzuciłem się na „Angelusa”, mimo woli powtarzałem: „Zdrowaś Maryjo”. 
Niedawno, podczas transmisji z Mszy pogrzebowej Wojciecha Kilara, wróciła do niego ta muzyka. – „Angelus” na wejście i „Exodus” na wyjście były dla mnie jak symbol mojej wędrówki z jednego do drugiego życia – mówi. – Gdy usłyszałem: „Jezus! Jezus! Jezus!“, wykrzyczane w uniesieniu, a do tego dołączyły się kotły, to przeszły mnie ciarki. 
Tak jak w lipcu 1998 roku, kiedy jechał podraciborską szosą z o. Brunonem na franciszkańskie święto młodzieży na Górze św. Anny. – Ten moment będę pamiętał do końca życia – mówi. – Wrzuciłem wtedy do odtwarzacza w małym fiacie Kilara i gdy zabrzmiało „Zdrowaś Maryjo”, nie mogłem się opanować, dostałem dreszczy. W pewnym momencie powiedziałem zakonnikowi, że mam gęsią skórę. A on wypalił: „Widocznie masz coś na sumieniu”. I wtedy się otworzyłem. Przez trzy godziny opowiadałem mu o sobie. Wymiotowałem tym, co we mnie siedziało. – Gdyby nie to, że jechał z nami jeszcze jeden współpasażer, to by była spowiedź. 
– Szkoda, że nie opowiedział Pan tego kompozytorowi – żałuję. – Ale on to już wie – przerywa mi. 


Zgubiłem kamizelkę


– Mój starszy brat wszedł w środowisko punkrockowe, a ja próbowałem go naśladować – opowiada. – Lekcje katechezy omijałem szerokim łukiem. 
O tym, co wtedy myślał, mówi nazwa jego ulubionego zespołu: „Bad Religion”. – Do dziś ta muzyka mnie buja, bo się na niej wychowałem – przyznaje. – Tyle że ta rockowa grupa ma w logo przekreślony krzyż. 
Należał do grupy teatralnej przy domu kultury i gdzieś w magazynie znalazł komżę ministrancką, na której narysował postać z okładki płyty zespołu „Rykers”. – Takiego gościa z kijem bejsbolowym – mówi. – Któregoś dnia odbiła mi palma i gdy zobaczyłem ministrantów chodzących po kolędzie, to ich pogoniłem w tej komeżce. Cieszyłem się, że uciekali. 
Nosił też dżinsową kamizelkę z wymalowanym na plecach duszkiem z okładki fanzina – „Priest Busters“. Próbowała go z tego wyrwać koleżanka, wyciągając na spotkania Rodziny Młodzieży Franciszkańskiej. – Kiedy trzeba było pójść do franciszkanów, zwykle wolałem iść na fajki – przyznaje. – Ale, chcąc nie chcąc, tamto środowisko zaczęło na mnie działać. Powiedzmy, że zgubiłem tamtą kamizelkę, komeżki do przebrań też już nie było. Pozostały jakieś skórzane kurtki, kolorowe spodnie, bardziej stonowane fryzury. 
Miał 19 lat, kiedy zmarł mu tata. Przed jego odejściem nie chciał dopuścić do siebie świadomości, że traci ojca. Włóczył się po ulicach, pijąc i paląc. Któregoś dnia chrzestny powiedział mu: „Ojciec ci umiera, a ty zostawiasz matkę samą”. – Od tego momentu świadomie przygotowywałem się do śmierci taty – pamięta. – Uciekałem ze szkoły i jeździłem na gapę do Instytutu Onkologicznego w Gliwicach. Przesiadywałem z ojcem, rozmawiając o sztuce. Uważał, że dzisiejsi maturzyści nie odróżniają Moneta od Maneta. Wcześniej nie mieliśmy czasu na zbudowanie megawięzi. W grudniu 1996 roku tata zachorował na raka nerek, a umarł 5 maja 1997 r. w domu, o godzinie 23.15. 
Michał następnego dnia rano poszedł zdawać maturę. Chodził do szkoły społecznej, zrozumieliby, gdyby maturę przeniósł, ale nie chciał taryfy ulgowej. – To miał być mój prawdziwy egzamin dojrzałości – mówi. – Dochodziła północ, tuż po śmierci ojca, a ja pomyślałem, że – tak jak on to robił zawsze po powrocie z pracy – muszę uprać skarpetki. Powiesiłem je na kaloryferze i poszedłem z psem na spacer. Dopiero kiedy sąsiadka mnie przytuliła, pękłem i zacząłem płakać. 


Pamiętasz mnie?


Po śmierci taty dostał marną rentę z ZUS-u. Postanowił, że pójdzie do pracy i na studia zaoczne. Dostał etat w domu kultury, gdzie i tak codziennie zaglądał i pomagał. To tam, na koncercie Czesława Niemena, poznał dwie dziewczyny śpiewające w grupie wokalnej. W myślach nazwał je dziewczynkami, bo miały zaledwie po 16 lat, a on już swoje 19. Po jakimś czasie znów spotkał je na ulicy. – Cześć, pamiętasz nas? – zagadnęły go. – A ja wtedy, żeby było grzecznie, powiedziałem: „Jak przez mgłę” – wspomina.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7