Pali się!

O ogniu Ducha i reakcji strażaka, który widzi pożar w Kościele - rozmowa z Donaldem Turbittem.

Marcin Jakimowicz: Podobno znalazłeś łatwy sposób na to, by chrześcijanie opanowali ziemię?


Donald Turbitt: Potrzebuję na to sześciu lat. (śmiech) Uwielbiam liczby, statystyki. W tej chwili mamy na świecie 20 proc. katolików, którzy chodzą w niedziele do kościoła. Jeśli każda z tych osób zewangelizuje w ciągu roku jedną osobę, po roku będzie w kościołach 
40 proc., potem 80 proc., a potem…


Co to znaczy „zewangelizować jedną osobę”? To slogan…


Przyciągnąć ją do Kościoła. Naprawdę nie chodzi mi o zapełnienie ławek, ale o to, by ci katolicy zyskali wreszcie osobową relację z Jezusem. Wiem, wiem. Już słyszę głosy, że takie hasła są typowe dla protestantów. Ale tak myślimy jedynie dzisiaj. W pierwszych wiekach Kościoła ten problem nie istniał: wszyscy mieli relację z Jezusem. Chcemy przywrócić Kościół do tego pierwotnego stanu, gdy każdy doświadczał znaków i cudów, i była to norma. Dlaczego ludzie opuszczają Kościół? Bo źle się w nim czują, nudzą się w nim. Nie chcemy ich zapraszać do takiego samego Kościoła, który opuścili, ale do takiego, który będzie żywy i w którym będą doświadczali mocy Bożej


Pamiętasz pierwszą osobę, do której wyszedłeś po swoim nawróceniu? Musiałeś przełamać wstyd? 


Przez cale życie chodziłem do kościoła, sporo wiedziałem o Bogu, ale dopiero w wieku 28 lat doświadczyłem chrztu w Duchu Świętym i nawiązałem z Jezusem relację. By wyjść do ludzi, wcale nie musiałem się przełamywać. Ja nie mogłem przestać gadać. Byłem nakręcony. 


Najbliżsi nie patrzyli na Ciebie jak na idiotę? Strażak wyskakujący nagle z gadką o zbawieniu…


Wybuchłem. Eksplodowałem. Nadawałem non stop. Wszystkim dokoła opowiadałem o Jezusie. Kilka osób pewnie skutecznie zniechęciłem swą namolnością. Tyle że po roku wszyscy moi bracia i siostry (jestem szóstym dzieckiem w rodzinie) łącznie z żonami, mężami i dziećmi wrócili do Kościoła.


Niezły ewangelizacyjny szwung. Robi wrażenie. Ja mogę mówić o miłości Bożej „w kinie, w Lublinie”, a nawet w Koszalinie. Ale gdy siedzę przy obiedzie rodzinnym, milczę jak grób, wstydzę się, zmieniam temat.


A gdybyś dowiedział się, że masz raka, a później doświadczyłbyś uzdrowienia, nie powiedziałbyś o tym najbliższym, sąsiadom? Jestem przekonany, że podekscytowany biegałbyś od drzwi do drzwi. Nasza relacja z Bogiem to musi być coś więcej niż „pay, pray & obey” (módl się, pracuj i słuchaj). To musi być modlitwa pełna mocy.


„Co wy możecie zrobić? Najwyżej się za mnie pomodlić” – słyszymy często. Brzmi to jak absolutny szczyt bezradności i… pachnie „paciorkiem”, a nie modlitwą zdolną uzdrowić z raka.


Modlitwa ma ogromną moc. To przelewająca się radość wynikająca z tego, że masz relację z Królem. Gdybyś znał jakiegoś miliardera, prosiłbyś go o pomoc, ale gdybyś wszedł z nim w bliską relację, przestałbyś jęczeć. Pan Bóg nie jest bankomatem. Wie, czego ci potrzeba.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5