Misja specjalna

Od ponad 60 lat pracuje w Zambii, opiekując się dziećmi w sierocińcu Kasisi. Jej uśmiech i dobre rady sprawiają, że najstarsi i najbardziej zbuntowani chłopcy lgną do niej jak do mamy i babci.

 - Kiedyś byłam w Piekarach Śląskich na spotkaniu misjonarzy i misjonarek. Każdy opowiadał, jak rodziło się jego misyjne powołanie. Jedni mówili, że czytali gazety misyjne, inni oglądali filmy, a ja nie miałam takiej pobożnej opowieści i gdy przyszła na mnie pora, powiedziałam, że moje powołanie zawdzięczam Stalinowi – wspomina s. Jolanta pracująca w sierocińcu w Kasisi, w Zambii. Jest najstarszą z sióstr służebniczek starowiejskich pracujących tym miejscu. Na spotkanie przychodzi w asyście kilkunastoletnich chłopców. Prowadzi ich pod rękę i coś tłumaczy. – Miałam 19 lat, gdy zaczęłam pracować w sierocińcu. Wtedy nie wiedziałam nawet, jak przygotować mleko dla niemowlaków. Jeśli ktoś myśli, że w sierocińcu nie ma miejsca na radość i uśmiech, grubo się myli. Tu każdy dzień jest wielkim sukcesem, a smutnych chwil nawet nie staram się pamiętać, bo po co – mówi s. Jolanta.

Z łagru na misję

70 lat temu wraz z mamą i rodzeństwem przybyła do Afryki na tereny kolonii brytyjskich, gdzie ulokowano rodziny żołnierzy gen. Andersa, które wypuszczono z sowieckich łagrów. – Na początku 1940 r. deportowano nas z całą rodziną spod Tarnopola na Sybir. Trafiliśmy do łagru, gdzie przeżyliśmy wielką gehennę z głodu i zimna. Po podpisaniu układu o tworzeniu polskiej armii zwalniano nas i przez Azję Wschodnią trafiliśmy do Tanzanii, do obozu przejściowego w Tangerze. Było tam około 5 tys. Polaków. Tutaj spotkałam się z siostrami ze Śląska i patrząc na ich pracę, zastanawiałam się, czy i ja nie mogłabym być zakonnicą. O dziwo siostry nie poleciły mi swojego zgromadzenia, tylko wskazały na siostry służebniczki, które pracowały w Rodezji Południowej (obecne tereny Zambii). Napisałam list i otrzymałam zaproszenie. Tak trafiłam do Kasisi – opowiada s. Jolanta. W tej misyjnej wiosce, założonej ponad 100 lat temu przez jezuitów, dziś funkcjonuje dom dziecka, w którym siostry opiekują się ok. 250 sierotami. Jest też centrum formacyjne, szkoły dla chłopców i dziewcząt oraz misyjna parafia prowadząca rozległą farmę rolną. – Gdy wojna dobiegła końca, zaczęto likwidować polskie obozy. Mama wraz z rodzeństwem wracała do kraju i chciała, abym wróciła i ja, jednak moja przełożona stwierdziła, że nowicjuszki zostają. Sióstr było mało, a tu cały sierociniec i praca na wioskach w buszu jako pomoc misjonarzom. Do dziś pamiętam jeden z takich wyjazdów do jednej z wiosek. Pojechałam rowerem i na obrzeżach wioski spotkałam starca. Był chory. Dałam mu aspirynę i zaczynam rozmowę, czy nie chciałby się ochrzcić. On na to, że chętnie. Więc wzięłam wodę i go ochrzciłam. Dumna z ewangelizacyjnego sukcesu, wróciłam do misji i pochwaliłam się o. Adamowi Kozłowieckiemu SJ, który wtedy posługiwał w Kasisi. A on poklepał mnie po ramieniu, uśmiechnął się i mówi: „Gratuluję, jest siostra czwartą osobą, która go ochrzciła. On na chrzest zgadza się zawsze, gdy czegoś potrzebuje” – opowiada zakonnica. Dziś prawie każdy w okolicach stolicy Lusaki rozpoznaje „niebieskie siostry”, które kojarzone są przede wszystkim z prowadzonym domem dziecka. Sierociniec w Kasisi to jedna z największych tego typu placówek w Zambii. – Gdy zaczynałam pracę, był to skromny domek, mieliśmy tylko kilka pokoi dla dzieci, a one spały na kartonowych pudełkach. Może nie było dla nich komfortowych warunków, ale była wielka miłość sióstr i gotowość, by walczyć o życie każdego dziecka – dodaje.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5