Esemesy w keczua

O roztańczonych procesjach, nośnikach Dobrej Nowiny i wpływie klimatu na ewangelizację z o. Dariuszem Robertem Mazurkiem, franciszkaninem

Ba, ale jak ją wykorzystać?

Czytałem kiedyś tekst, który miał być wprowadzeniem do duszpasterstwa Indian w Boliwii. Autor martwił się w nim, że zdobycze techniki niszczą rodzime kultury. Zdenerwowałem się: chłopie, ty kijem żadnej rzeki nie zawrócisz. Zamiast pozbawiać jakąś Indiankę telefonu komórkowego i umieszczać ją w skansenie, pomyśl, co zrobić, żeby wysłać jej SMS-em w języku keczua niedzielną Ewangelię. Skoro ci ludzie przychodzą do kościoła przy okazji różnych swoich wierzeń, to wolę mieć ich z tą ludową, na pograniczu magii, religijnością, niż mieć pusty kościół. Bo w sterylnych warunkach nie rozwija się żadne życie.

Nie martwi się Ojciec tym, że możecie się nigdy nie zrozumieć?

Nie! Dla mnie religijność ludowa jest wyzwaniem. W Polsce chrześcijaństwo ma tysiąc lat, w Ameryce Południowej – pięćset. Tutaj dokonała się chrystianizacja, ale nie została dokończona ewangelizacja. I teraz misjonarz musi zadać sobie pytanie: jak mówić o Panu Bogu, żeby mnie nie wywieźli z wioski. Bo mogę powiedzieć na wejściu, że kult Matki Ziemi to pogaństwo, tylko że wtedy nie mam czego u nich szukać. Ale mogę też spojrzeć na to inaczej. Przypomnijmy sobie: przyjeżdża do Polski papież Jan Paweł II. I co robi? Całuje ziemię. Ktoś mógłby powiedzieć: bałwochwalczy kult! Matkę Ziemię czci! Czemu nikt tak nie pomyślał? Bo wszyscy wiedzieli, że papież jest księdzem, więc nie wypada tak myśleć. A papież w pierwszej katechezie porównuje gest ucałowania ziemi do ucałowania matczynych rąk. Przecież w Polsce też mamy dożynki, też cieszymy się z tego, że ziemia rodzi! Może zamiast mówić Latynosowi, że jest bałwochwalcą, warto ten zwyczaj ochrzcić? Może warto mu powiedzieć, że w hierarchii bytów nad wszystkim jest Pan Bóg i to On stworzył ziemię?

Tyle że dla tego człowieka ziemia jest bytem osobowym…

No tak, ale żeby wejść z parteru na górę, muszę przejść przez półpiętro. Jeżeli ewangelizację potraktuję jako punkt w historii: dziś się nawracam i już jestem zmieniony – to nie znajdę zrozumienia. Ale jeżeli potraktuję ją jako proces, to muszę przyjąć do wiadomości, że ci ludzie, by dojść do Ewangelii wyrażonej w ich kulturze, muszą przejść przez to, co często nazywa się synkretyzmem. Żeby było jasne: nie akceptuję synkretyzmu jako czegoś, co otwierałoby furtkę na inne bóstwa. Ale nie mogę być ślepy na rzeczywistość, która tych ludzi charakteryzuje. Albo ich potępię, spalę, albo będę próbował poszukać takich form ewangelizacji, żeby tego synkretyzmu było jak najmniej.

Na czym polega dobrze przeprowadzona inkulturacja?

Idealnie jest, kiedy nośnikami inkulturacji stają się miejscowi. Gdy mówią o Panu Bogu swoim językiem. Bo ja zawsze będę mówić z perspektywy kogoś, kto tu przyjechał. Nie będę w stanie do końca zrozumieć tego, co ci ludzie chwytają w swojej mentalności. Mogę tylko próbować to wyczuć intuicyjnie. Natomiast ktoś miejscowy z pewnością umiałby powiedzieć to, o czym ja powinienem zamilknąć.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6