Esemesy w keczua

Szymon Babuchowski

GN 21/2013 |

publikacja 23.05.2013 00:15

O roztańczonych procesjach, nośnikach Dobrej Nowiny i wpływie klimatu na ewangelizację z o. Dariuszem Robertem Mazurkiem, franciszkaninem

O. Dariusz Mazurek OFMConv autor książki „Bóg o indiańskim obliczu”. Misjolog i misjonarz w Ameryce Południowej. Pracował w Boliwii (10 lat) i w Peru (3 lata). Obecnie posługuje w parafii Matki Bożej Miłosierdzia w Limie roman koszowski O. Dariusz Mazurek OFMConv autor książki „Bóg o indiańskim obliczu”. Misjolog i misjonarz w Ameryce Południowej. Pracował w Boliwii (10 lat) i w Peru (3 lata). Obecnie posługuje w parafii Matki Bożej Miłosierdzia w Limie

Szymon Babuchowski: Mieszkańcy Ameryki Południowej przywiązują wielką wagę do zewnętrznych oznak religijności: procesji z figurami, pokropienia wodą, uczt urządzanych na cmentarzach. Ile w tym katolicyzmu, a ile dawnych wierzeń?

O. Dariusz Robert Mazurek: – Trzeba pamiętać, że Kolumb i Pizarro przybyli na kontynent, na którym ludzie mieli już swoje wierzenia i swoją religijność. Konkwistadorzy nie posługiwali się słowem „inkulturacja”, nie zabierali ze sobą ekipy misjologów, nie byli nastawieni na dialog. Kongregacja ds. Ewangelizacji Narodów powstała dużo później. W XVI wieku misje organizowali królowie, którym chodziło głównie o to, żeby dla Królestwa Hiszpanii i Portugalii zdobyć nowe ziemie. W tym celu używali siły. Czyli na dzień dobry mamy przemoc, niezrozumienie, brak prób poznania tamtejszej kultury. I nagle misjonarze trafiają w Andy, do Indian, którym góry zasłaniają świat. Takich ludzi bardzo trudno zmienić.

Dlaczego?

Jest tam zimniej, więc domy mają małe okienka. Panny ubierają się od stóp po szyję, szczelnie zakrywają swoje piękno. Ludzie są małomówni, przyglądają ci się bacznie. Potrzebujesz lat, żeby zdobyć ich sympatię. Więc jeżeli oni mają już swoją religię, to możesz im mówić o Panu Bogu, krzyżu, a oni tego łatwo nie przyjmą. Owszem, robili to pod wpływem siły, ale często pod powłoką chrześcijaństwa zostały ich rodzime wierzenia. I doszło do zjawiska synkretyzmu – z upływem lat te dwie rzeczywistości, religia autochtoniczna i ta, którą przywieźli misjonarze, zaczęły się przenikać i wzajemnie na siebie oddziaływać.

W dżungli było inaczej?

Tak! Tam, gdzie domy są na palach i nie mają ścian, gdzie Indianie ubierają się bardziej skąpo – ludzie z reguły są bardziej otwarci. Tam chrześcijaństwo udało się narzucić prawie w takiej wersji, jaką zaproponowano. Mówię tu o Peru i Boliwii – krajach, w których mieszkałem. Okazuje się, że warunki geograficzne miały wpływ na przyjęcie Ewangelii. Bo geografia kształtowała charaktery mieszkańców.

To jak misjonarze sobie z tym radzili?

Zapoznawali się z kulturą, wierzeniami, tworzyli słowniki. Stawiali krzyże na szczytach gór – tam, gdzie wcześniej Indianie czcili swoje bóstwa, których celem było ochranianie wioski, pól, zwierząt. Ale wtedy krzyż stawał się bardziej „piorunochronem” niż symbolem zbawienia i życia nadprzyrodzonego w duszy. Miał chronić i pomnażać życie fizyczne. Podam przykład: w okolicach Cochabamby w Boliwii jest sanktuarium Świętego Krzyża. Przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego pali się suche krowie odchody, a popiół rozsypuje się potem w miejscach, gdzie zwierzęta się rozmnażają albo gdzie są uprawy. Co więcej, dochodzi do aktów prokreacji w okolicach sanktuarium. A wszystko po to, żeby Chrystus pomnożył życie fizyczne. Kobiety, które nie chcą już mieć dzieci, kupują laleczkę i niosą ją do Chrystusa, mówiąc: zamknij moje łono. Ale obok stoją inne kobiety, które nie mogą mieć dzieci, i czekają, żeby taką laleczkę zabrać i pójść do księdza, by ją pobłogosławił. Bo liczą na to, że zapewni im płodność.

Czy to po prostu symbol, czy już bałwochwalstwo?

Trzeba by spytać, ilu ludzi z tych tłumów idzie do spowiedzi, do Komunii; dla ilu osób Chrystus stał się symbolem życia nadprzyrodzonego. Oczywiście, że są tacy, którzy się wyspowiadają i przyjmą Pana Jezusa w sercu, ale będą oni raczej w mniejszości. I teraz misjonarz musi sobie odpowiedzieć na kolejne pytanie: czy być rygorystą i nie zajmować się tymi pozostałymi, czy też może wykorzystać okazję, że są w kościele?

Ba, ale jak ją wykorzystać?

Czytałem kiedyś tekst, który miał być wprowadzeniem do duszpasterstwa Indian w Boliwii. Autor martwił się w nim, że zdobycze techniki niszczą rodzime kultury. Zdenerwowałem się: chłopie, ty kijem żadnej rzeki nie zawrócisz. Zamiast pozbawiać jakąś Indiankę telefonu komórkowego i umieszczać ją w skansenie, pomyśl, co zrobić, żeby wysłać jej SMS-em w języku keczua niedzielną Ewangelię. Skoro ci ludzie przychodzą do kościoła przy okazji różnych swoich wierzeń, to wolę mieć ich z tą ludową, na pograniczu magii, religijnością, niż mieć pusty kościół. Bo w sterylnych warunkach nie rozwija się żadne życie.

Nie martwi się Ojciec tym, że możecie się nigdy nie zrozumieć?

Nie! Dla mnie religijność ludowa jest wyzwaniem. W Polsce chrześcijaństwo ma tysiąc lat, w Ameryce Południowej – pięćset. Tutaj dokonała się chrystianizacja, ale nie została dokończona ewangelizacja. I teraz misjonarz musi zadać sobie pytanie: jak mówić o Panu Bogu, żeby mnie nie wywieźli z wioski. Bo mogę powiedzieć na wejściu, że kult Matki Ziemi to pogaństwo, tylko że wtedy nie mam czego u nich szukać. Ale mogę też spojrzeć na to inaczej. Przypomnijmy sobie: przyjeżdża do Polski papież Jan Paweł II. I co robi? Całuje ziemię. Ktoś mógłby powiedzieć: bałwochwalczy kult! Matkę Ziemię czci! Czemu nikt tak nie pomyślał? Bo wszyscy wiedzieli, że papież jest księdzem, więc nie wypada tak myśleć. A papież w pierwszej katechezie porównuje gest ucałowania ziemi do ucałowania matczynych rąk. Przecież w Polsce też mamy dożynki, też cieszymy się z tego, że ziemia rodzi! Może zamiast mówić Latynosowi, że jest bałwochwalcą, warto ten zwyczaj ochrzcić? Może warto mu powiedzieć, że w hierarchii bytów nad wszystkim jest Pan Bóg i to On stworzył ziemię?

Tyle że dla tego człowieka ziemia jest bytem osobowym…

No tak, ale żeby wejść z parteru na górę, muszę przejść przez półpiętro. Jeżeli ewangelizację potraktuję jako punkt w historii: dziś się nawracam i już jestem zmieniony – to nie znajdę zrozumienia. Ale jeżeli potraktuję ją jako proces, to muszę przyjąć do wiadomości, że ci ludzie, by dojść do Ewangelii wyrażonej w ich kulturze, muszą przejść przez to, co często nazywa się synkretyzmem. Żeby było jasne: nie akceptuję synkretyzmu jako czegoś, co otwierałoby furtkę na inne bóstwa. Ale nie mogę być ślepy na rzeczywistość, która tych ludzi charakteryzuje. Albo ich potępię, spalę, albo będę próbował poszukać takich form ewangelizacji, żeby tego synkretyzmu było jak najmniej.

Na czym polega dobrze przeprowadzona inkulturacja?

Idealnie jest, kiedy nośnikami inkulturacji stają się miejscowi. Gdy mówią o Panu Bogu swoim językiem. Bo ja zawsze będę mówić z perspektywy kogoś, kto tu przyjechał. Nie będę w stanie do końca zrozumieć tego, co ci ludzie chwytają w swojej mentalności. Mogę tylko próbować to wyczuć intuicyjnie. Natomiast ktoś miejscowy z pewnością umiałby powiedzieć to, o czym ja powinienem zamilknąć.

Ale czy misjonarz nie powinien stać się jednym z tych, do których został posłany?

Kiedyś założyłem sobie chullo, peruwiańską czapkę, i ktoś powiedział: o, jaka inkulturacja! Żadna inkulturacja – po prostu jestem łysy, jest zimno, a ta czapka dobrze grzeje. Nigdy nie będę Peruwiańczykiem. Ale mogę starać się tych ludzi zrozumieć, nie osądzać ich, posłuchać ich muzyki, jeść ich jedzenie. Służyć im. Mogę spróbować im opowiedzieć o Panu Bogu tak, żeby oni zrozumieli, z wyczuciem duszpasterskim. Jeżeli przyjeżdża misjonarz z bagażem teologii, nauk społecznych, antropologii, a nie umie się spotkać z tymi ludźmi, to sprawa leży już na dzień dobry. Lepiej żeby przyjechał prostaczek, który umie nawiązać z nimi kontakt. Przykład antyinkulturacji? Ksiądz, który w Peru zrobił tak małe drzwi do kościoła, żeby ludzie nie zmieścili się z figurą i żeby nie było procesji. Przykład inkulturacji? Mój proboszcz z Cochabamby, franciszkanin. Idzie w procesji i tańczy ku czci Matki Bożej. Ja idę obok i błogosławię. Obaj jesteśmy blisko ludzi jako wspólnota franciszkańska. Ktoś powie: to nie wypada! Ale teraz, kiedy ci ludzie mają jakiś problem, to wiedzą, że jest proboszcz, do którego śmielej mogą się zbliżyć. Stał się dla nich punktem odniesienia.

Wystarczy tańczyć, żeby zdobyć ich zaufanie?

Przede wszystkim musisz mieć dla nich czas. A już na pewno w kluczowych momentach: kiedy ktoś im umrze albo kiedy przeżywają jakąś trudną sytuację. Oni przebaczą ci wszystko, tylko nie to, że będziesz ich lekceważył albo nimi gardził. Osobiście staram się nie marnować okazji do przepowiadania. Jak widzę w kościele ludzi, którzy przychodzą raz na rok, to staram się choć przez trzy minuty coś im powiedzieć. Sieję po prostu. I staram się być serdeczny. Jak się do nich nie uśmiechniesz, nie przystaniesz, żeby zapytać, jak się czują, to zapomnij o inkulturacji!