Chrześcijanin brzmi dumnie!

W Indiach masowo prześladowani są chrześcijanie. Ale jest miejsce, w którym na każdym kroku stoi (pełen wiernych) kościół, a zakonnicę nazywa się „Mamą”. „Ojcze nasz” można odmawiać na ulicy, tuż przy zadziwionej tym stanem „świętej” krowie.

Niewielka terytorialnie prowincja na zachodzie Indii, Goa. Liczba mieszkańców – blisko półtora miliona. Miejscowi trudnią się rybołówstwem, ale przede wszystkim żyją z turystyki. Bo przepiękne, dzikie plaże, soczysta zieleń i kolorowe kwiaty to wabik na żądnych przygód, bogatych mieszkańców Europy. Bo w Europie w marcu szaro i zimno jeszcze, a tu cudowny upał. Kilkanaście godzin w samolocie i już można zaznać niemal raju na ziemi, gdzie piasek pod stopami jest miękki i delikatny jak popiół, a jedzenie ostre, wykwintne i pachnące wszelkimi indyjskimi przyprawami. W dodatku za śmieszne pieniądze. Wynajęcie domku na plaży kosztuje 30 zł.

Andreasa podróż życia

Niebieskooki i blondwłosy Andreas z Niemiec jest w Goi po raz pierwszy. Najpierw samolot, potem, z Bombaju, pociąg. Niezbyt udana podróż, nie dość, że niewygodnie, to zaczepiają… transwestyci. Oblegają pociąg: napraszają się i szantażują. Albo dasz parę rupii, albo pokażemy ci… to i owo. Andreas wolał grzecznie zapłacić i niczego nie oglądać. Osiem godzin podróży i Palolem Beach. Ludzi jak mrówek: biegną w swoją stronę. Ten do rikszy, ten piechotą, bogatszego stać na taksówkę. Andreas również zasiada w aucie. Stać go. Wiezie go pan Deepak, który będzie go potem wielokrotnie woził. I stanie się niemal przewodnikiem po Goi. Tymczasem dojeżdżają do jednego z kempingów, tuż przy plaży. Ustawione jeden za drugim bungalowy to częste schronienie europejskich młodych turystów. Domki są prawie jak papierowe, z czegoś cienkiego, w rodzaju dykty.

Ale w środku przyzwoicie i względnie czysto. Czego chcieć więcej, gdy na zewnątrz temperatura w dzień 35 stopni, a w nocy ponad 20? Andreas wraz z kolegami (z całej chyba Europy) rozpakowuje się szybko. Trzeba się zbierać, coś zwiedzić. Najpierw taksówką. Pan Deepak chętnie opowiada o Goi. Że tu bezpiecznie i dobrze wszystkim ludziom z całego świata. Że w ich „kraju” (!) jest pokój. Bo Pan Bóg dał wszystkim ludziom pokój. Andreas myśli sobie po cichu: „A o jakim ty bogu mówisz, człowieku? O tych waszych wieloramiennych bóstewkach?”. Taskówka zatrzymuje się gdzieś na ulicy. Andreas wychodzi. Pierwsze, co widzi, to biała kapliczka i kilkoro rozmodlonych ludzi. Kapliczka wygląda nawet jakoś znajomo. Andreas słyszy po angielsku: „Ojcze nasz”. Zaczyna mu świtać, co przeczytał małą czcionką, przed wyjazdem, w jakimś przewodniku: „Goa jest chrześcijańskie”. Ale żeby aż tak? Dziesięć metrów od kapliczki beztrosko położyły się, wprost na ulicy, cztery klasyczne, indyjskie „święte” krowy.

Przewodnik Deepak

Wyjaśnia uczynny Deepak: – Bo w Goi chrześcijanie rządzą! My się tu możemy modlić na ulicach. My się wiary nie wstydzimy. – A prześladowania? – pyta zadziwiony mocno Andreas. – Spróbowaliby nas gnębić. – Deepak zaciska dłoń w dość zaczepny sposób.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11