A bywało różnie. Z reguły nie tak, jak dziś wydaje się niektórym zwolennikom „tradycji”.
Zacznijmy z przymrużeniem oka. Świętej pamięci ks. Ireneusz Pawlak, wybitny polski muzykolog i kompozytor, słynął między innymi z pasji wyszukiwania śladów muzyki świeckiej w utworach śpiewanych w kościołach. Tu znalazł reminiscencje z „Kesera”, gdzie indziej z „Ach, co to był za ślub”, w popularnej pieśni eucharystycznej ślady angielskiego hymnu. Pewnie zaraził wielu. Nie tylko muzyków kościelnych. W Polskim Radio był swego czasu cykl audycji, poświęconych zapożyczeniom w popularnych przebojach. Idąc jego tropem, aczkolwiek przypadkiem, odkryłem, że na melodię „My chcemy Boga” w Cascii śpiewana jest pieśń do Świętej Rity. Kto kogo kopiował, innymi słowy kto popełnił plagiat, dziś zapewne trudno dociec.
Wątek muzyczny w mojej refleksji pojawił się po ostatniej katechezie papieskiej, w której Ojciec święty, cytując Benedykta XIV, mówił o konieczności równowagi w liturgii między tym, co pochodzi z ustanowienia Bożego i tym, co podlega zmianom, przestrzegając, by nie przeciwstawiać tradycji postępowi, gdyż „w rzeczywistości obydwa pojęcia uzupełniają się: tradycja jest żywą rzeczywistością, toteż zawiera w sobie początek rozwoju, postępu”.
Kapitalnym przykładem przenikania starego z nowym jest muzyka liturgiczna.
Poza specjalistami mało kto zdaje sobie sprawę, że problem „jakości” wykonywanego podczas liturgii śpiewu nie jest nowy. Większość historyków pisze o latach jej rozwoju, ale i upadku. Oczywiście każdy kryzys stymuluje poszukiwania i procesy odnowy. Tak było – na przykład – w XIX wieku, gdy rodził się ruch cecyliański w Ratyzbonie, a w Solesmes prowadzono badania nad chorałem rzymskim. Trochę w opozycji do Ratyzbony, propagującej chorał medycejski. Nie tylko zresztą. Cecylianiści promowali także powrót do muzyki klasycznej renesansu i baroku. W Polsce robili to dosyć skutecznie, zakładając szkoły dla organistów, czasopisma specjalistyczne, publikując w prasie katolickiej repertuar do wykorzystania podczas uroczystych celebracji. Bywało, zjeżdżała śmietanka ze stolicy do małej parafii na prowincji, by podczas celebracji Wielkiego Tygodnia słuchać Palestriny i Mitterera.
Spór między Ratyzboną i Solesmes zakończył się w roku 1903. Wówczas Pius X uznał chorał rzymski za oficjalny śpiew Kościoła i nakazał publikację tego, co przez dziesięciolecia, do dziś zresztą, znane jest jako „Liber usualis”. Bazuje na nim wydane w 1987 roku „Ordo Cantus Missae” (Editio typica altera).
Nakreślony wyżej kontekst historyczny uświadamia, że w kwestii śpiewu „nie zawsze tak było”. O ile Pius X pisał: „trzeba się starać przywrócić śpiew gregoriański do użytku ludu, aby wierni, tak jak to dawniej bywało, znowu przyjęli udział bardziej czynny w nabożeństwach kościelnych”, to Pius XII okazał szacunek także „ludowej muzyce sakralnej” śpiewanej w językach narodowych, która jego zdaniem wprawdzie nie służy bezpośrednio świętej liturgii, ale jest wielką pomocą w apostolstwie. Dlatego nakazywał ją jak najstaranniej pielęgnować i szerzyć. W podobnym duchu wypowiedzieli się Ojcowie Soboru: „należy troskliwie pielęgnować religijny śpiew ludowy, tak aby głosy wiernych mogły rozbrzmiewać podczas nabożeństw, a nawet w czynnościach liturgicznych, stosownie do zasad i przepisów rubryk” (KL 118).
Przemawiając przed kilku laty do odpowiedzialnych za muzykę papież Franciszek przestrzegał, by z repertuaru liturgicznego nie zrobić z jednej strony skansenu, czcigodnego muzeum, z drugiej bronić się przed wpływem tego wszystkiego, co naznaczone jest wpływem popkultury.
Czytałem jego przemówienie i po raz kolejny przymrużyłem oko. W ramach Jubileuszu Nadziei zaproponowano przybywającym do Rzymu pielgrzymkę do siedmiu kościołów. Jej inicjatorem był wspominany w tym tygodniu Święty Filip Neri. Przejrzałem swego czasu przygotowane materiały i z wielkim zdumieniem odkryłem, że w drodze między świątyniami proponowany jest śpiew. Ani to chorał, ani echo wielkich mistrzów. Ot, muzyka z jakiegoś zaułka na Zatybrzu. Bardziej przypominająca podwórkową zabawę, niż mający towarzyszyć duchowym przeżyciom śpiew. A jednak ta melodia kształtowała i kształtuje do dziś duchowość idących śladami Świętego Filipa pielgrzymów. Oczywiście nikt nie proponuje tej pieśni/piosenki jako – na przykład – wstęp do liturgii.
Co wybrać? Myślę, że krokiem w dobrym kierunku byłaby publikacja, wzorowana na „Kompendium homiletycznym”. Czerpiąca ze wspomnianego wyżej „Ordo Cantus Missae”. Będąca drogowskazem dla przygotowujących śpiewy na parafialne celebracje. Dzięki niej można uniknąć tego, co liturgiści nazywają sałatką liturgiczną. Czyli doborem na zasadzie: to ludzie znają i zaśpiewają. Gdy tymczasem zasada, którą kieruje się „Ordo”, przypomniana w Liście Świętego Jana Pawła II „Vicesimus Quintus Annus” jest jedna: w liturgii wszystko, także śpiewy, mają być podporządkowane Słowu Bożemu i służyć czynnemu udziałowi wiernych w celebrowanych obrzędach.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Powrót do źródeł Kościoła bardzo nam służy. Ksiądz nie musi znać się na wszystkim.
Od wielkich organizacji katolickich po lokalne inicjatywy z Polski.
Doroczne zgromadzenie dyrektorów światowej sieci Papieskich Dzieł Misyjnych.
W dniu liturgicznego wspomnienia błogosławionego Prymasa publikujemy fragmenty tej korespondencji.