Jak tu nie kochać tej odrobiny anarchii czy jak kto woli warcholstwa, która pozwala przygotować się na najgorsze?
„Dostałaś już tę książeczkę? Do mnie dopiero teraz przyszła. A w Holandii już dawno rozsyłali” – moja koleżanka Maryla wie, o czym mówi. W Holandii mieszkają jej córki. Chodzi oczywiście o „Poradnik bezpieczeństwa.” „Dobrze, że wreszcie pomyśleli” – uważa Maryla. Dzwoni do mnie ktoś z rodziny: „Dostałaś już? Przeczytałam uważnie. Chyba muszę sobie kupić powerbanka.” Jeszcze jeden telefon. „3 litry wody na osobę. Szkoda, że nie piszą, co zrobić jak się skończą te trzy.” Mówię, że jakiś czas temu w „Naszym Dzienniku” ukazał się cykl artykułów z bardziej szczegółowymi informacjami odnośnie np. zaopatrzenia, ewakuacji, odnajdowania w nocy drogi w lesie itp. Chwila milczenia. Cóż, zapomniałam, że rozmawiam z osobą z innej bańki informacyjnej.
Czytam poradnik i już wiem, gdzie się schować – z dala od okien, w pobliżu ściany nośnej. Najbezpieczniej chyba w łazience. Na piwnicę nikt mnie nie namówi. To przy mojej klaustrofobii jeszcze gorsze niż zwiedzanie jaskini z tłumkiem turystów.
Przez chwilę myślę, że jeszcze nie mam plecaka ewakuacyjnego. Momencik… Jak słusznie zauważył pewien publicysta, jeśli mamy szykować plecaki ewakuacyjne, to nie po to, żeby je sobie na plecy założyć i w domu posiedzieć. Ich nazwa wskazuje, iż są one potrzebne przy ewakuacji. A zatem spece od bezpieczeństwa przewidują, że w razie – nie daj Boże – jakiejś obcej inwazji może dojść do masowej ewakuacji, migracji wewnętrznej. Na jaką skalę? I jak sobie z tym poradzimy? Tak, jak wtedy, kiedy przybywali do nas uchodźcy z Ukrainy - mogłaby brzmieć odpowiedź. Jednak liczba bezpiecznych przystani może się nam zmniejszyć. Dlatego, że – o czym już pisałam – stare domy, które stanowią znaczną część naszych zasobów, mogą być niebawem skazane na rozbiórkę.
Ot, mieszka sobie niemłode małżeństwo w starym domu, który - technicznie rzecz biorąc - mógłby sobie postać kilka, kilkanaście lat, a może nawet – o cudzie! - przeżyć położony w pobliżu blok z wielkiej płyty. Jego przystosowanie do zielonoładowych standardów jest jednak nieopłacalne. Cóż, starsi ludzie przeniosą się do swoich dzieci albo do domu opieki elegancko zwanego domem seniora, a starego domu nie kupi żaden przytomny człowiek, cóż dopiero deweloper. Może sąsiad, po cenie gruntu, żeby po wyburzeniu chałupy cieszyć się większym terenem rekreacyjnym. A przecież – w razie masowej wewnętrznej migracji - mieszkający tu starsi ludzie mogliby w swoim domu podjąć jakąś rodzinę potrzebującą bezpiecznego miejsca pobytu na krótko lub na dłużej. Stać nas na pozbywanie się domów, niechby i starych? Czy jest to roztropne wobec przewidywanych zagrożeń?
Siedzę sobie spokojnie przy laptopie, w umiarkowanym ciepełku, ale na dworze mróz. A od czasu do czasu straszą mrozem jeszcze większym. W razie jakiegokolwiek konfliktu wojennego nastąpi uderzenie w infrastrukturę. Może w ciepłownię. Może zabraknie prądu. W poradniku radzą, żeby rozważyć zaopatrzenie się w agregat prądotwórczy. Cóż, agregat perpetuum mobile nie jest, bez paliwa nie ruszy. A właśnie zafundowaliśmy sobie wymianę źródeł ciepła na zależne od prądu. Z likwidacją tych, które zależne nie są.
Jak to wygląda w mieście? Po wzięciu mieszkania komunalnego do remontu punkt numer jeden – wyburzyć stary piec kaflowy albo i kominek. A w razie długotrwałego braku prądu, kiedy tradycyjny piec mógłby być zapasowym źródłem ciepła? Poradnik na stronie 29 podpowie: „Oszczędzaj ciepło, zbierz domowników w jednym pokoju.”
A na wsi? O ile mi wiadomo, wśród górali, a także w różnych „Republikach Królowego Mostu” w niejednym domu właściciel zrezygnował z upragnionej dotacji, byle mu nikt po piwnicy nie myszkował i nie odkrył, że obok obowiązkowego nowoczesnego pieca stoi poczciwy, stary kopciuch. Może jeszcze działa, a może czeka spokojnie, żeby w razie czego jednak domowników w jednym pokoju nie trzeba było gromadzić.
A my, mieszczuchy, w dodatku z ziem zaboru pruskiego? W naszym wiejskim domku mamy piec na pellet, prądozależny oczywiście. Taka mentalność. Jak kazali wymienić, to się wymienia i nie kombinuje. Jak napisane… Całkiem jak w tym prastarym kawale o chłopcu, który w czasach, kiedy nauczyciele w pruskich szkołach bili uczniów trzcinką albo (według księdza Bończyka) witką z leszczyny po gołym siedzeniu, dzięki oryginalnemu pomysłowi uniknął tej kary. Nauczyciel co prawda kazał zdjąć mu spodnie, nagle jednak zbladł i z wymierzenia kary zrezygnował. Kiedy inni uczniowie zapytali chłopaka, co się właściwie stało, ten przyznał się, że tam, gdzie plecy nazwę swą szlachetną tracą, umieścił napis: „Bicie po rzici surowo zabronione.”
No, jak kopciuchy surowo zabronione to trudno… I jak tu nie kochać tej odrobiny anarchii czy jak kto woli warcholstwa, która pozwala przygotować się na najgorsze? Choć z drugiej strony – czy nie byłoby jeszcze lepiej, gdyby na najgorsze pomogły się nam przygotować rozsądne, życiowe przepisy? A przynajmniej w tym nie przeszkadzały.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat.
Instytucja ta zajmuje się propagowaniem wiedzy O Maryi i jej kultu.
Każda rana, nawet głęboka, zagoi się, jeżeli przyjmiemy słowo Błogosławieństw.
1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat.
Leon XIV po raz pierwszy spotkał się z Trybunałem Roty Rzymskiej z okazji inauguracji roku sądowego.