Prawie wszystkie drogi siostry Estery

Dlaczego w Afryce zakładamy dzieciom czapki? Bo mamy tu osiem stopni ciepła!

Gdy s. Estera Strus była jeszcze Tereską Strus, mieszkała wraz z rodzicami i rodzeństwem w niewielkiej miejscowości niedaleko Zamościa. Mama i tata – kochające się i głęboko wierzące małżeństwo – wychowywali dzieci w wierze. Nie przypuszczali zapewne, że Tereska w przyszłości będzie obieżyświatem, pielęgniarką, a to wszystko w benedyktyńskim habicie. A i sama dziewczynka mogłaby być bardzo zdziwiona, gdyby usłyszała: „Wyjedziesz do Libii, USA i Kenii. Zostaniesz mamą czterdzieściorga dzieci, a w Afryce będziesz… marznąć”.

Pielęgniarka

Drogi do odkrycia powołania bywają różne. Czasem wystarczy dobra, inspirująca lektura, by zafascynować i ukierunkować na całe życie. – Jeszcze w szkole podstawowej przeczytałam książkę o niezwykłej postaci, o. Janie Beyzymie, polskim jezuicie, misjonarzu, który pod koniec XIX wieku wyjechał na Madagaskar i służył tam chorym na trąd. Jego ofiarna praca i postawa zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Wtedy też zaczęłam myśleć o wyjeździe na misje – opowiada siostra.

Po ukończeniu podstawówki nastoletnia Teresa wybrała szkołę pielęgniarską. Uczyła się chętnie, praca wśród chorych i starszych była jej marzeniem. – O zakonie absolutnie nie myślałam. Jednak w pewnym momencie do Biłgoraja, w którym się uczyłam, przyjechały siostry benedyktynki misjonarki. Założyły tam placówkę i zaczęły pracować z młodzieżą, szczególnie z dziewczętami. Przylgnęłam do nich, gdyż ich dom stał się świetną przystanią duchową dla nas, młodych. Przychodziliśmy do klasztoru, by się spotkać, modlić i dzielić radość. Siostry otaczały nas wielką życzliwością.

Jednak dopiero późniejsze rekolekcje dla dziewcząt zasiały w niej ziarenko zakonnego powołania. Ziarenko, które zaczęło kiełkować. – Po zakończeniu szkoły medycznej, po otrzymaniu dyplomu, słyszałam coraz głośniej w sercu głos Pana Boga. Nurtowały mnie myśli o przyszłości, zaczęłam zastanawiać się nad wstąpieniem do klasztoru – opowiada s. Estera.

W końcu była pewna: zostanie benedyktynką misjonarką. Powiedziała o tym rodzicom, co stało się dla nich wielką radością. – Do postulatu wstąpiłam w 1986 roku. Przeszłam nowicjat, a w junioracie w Kwidzynie pracowałam jako pielęgniarka środowiskowa. To była piękna praca: odwiedzałyśmy chorych, świadcząc im różne zabiegi pielęgniarskie. Lekarze często do nas dzwonili i prosili o zaopiekowanie się starszymi i schorowanymi, nierzadko samotnymi ludźmi. Myślę, że to była taka wstępna droga, która prowadziła mnie do kolejnych: ciągłe przebywanie z różnymi ludźmi, poznawanie różnych środowisk, odbywanie wielu trudnych i pięknych rozmów. To wszystko przydało się później.

Stany i Libia…

Po pewnym czasie s. Estera pojechała do Londynu uczyć się języka angielskiego. – Przygotowywałam się w ten sposób do wyjazdu do Libii, gdzie faktycznie poleciałam na pięć lat. My, benedyktynki, pracowałyśmy w szpitalu rządowym. To była nasza „misja milczenia”. Nie mogłyśmy oficjalnie nawracać i mówić o Jezusie, bo – jak wiadomo – wyznawana jest tam religia islamska. Jednak starałyśmy się działać zgodnie z zaleceniami Ojca Świętego Pawła VI dotyczącymi takich miejsc: świadczyć o Bogu życiem, postawą, a w ten sposób ukazywać wiarę.

Zakonnice pracowały na oddziałach dziecięcym, położniczym i noworodkowym. Siostra Estera zdobywała więc kolejne umiejętności. – Wspominam ten czas bardzo dobrze. Pracowałyśmy w białych habitach. Jednak nie nosiłyśmy w szpitalu naszych krzyżyków ze względu na zdarzające się przypadki znieważenia.

Kiedy jednak coraz mocniej komplikowała się w Libii sytuacja polityczna, władza dyktatorska Kaddafiego zaczęła uniemożliwiać spokojną pracę, a znajome siostry – Włoszki, które prowadziły ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci – zostały porwane i bestialsko potraktowane, matka generalna benedyktynek zdecydowała o zamknięciu misji. Uznała, że bezpieczeństwo sióstr jest najważniejsze.

Siostra Estera wróciła więc do Polski i znów pracowała jako pielęgniarka. Nie zagrzała jednak miejsca w kraju. – W 2001 roku otrzymałyśmy propozycję od benedyktynek z Oak Forest (Chicago), by je wesprzeć. Nie miały powołań, a bardzo nie chciały, by klasztor został zamknięty. Wraz z trzema siostrami zostałam więc posłana do USA, by tam modlić się, pracować i służyć Bogu w drugim człowieku. Otworzyłyśmy przedszkole. Nasz klasztor stał się także przystanią, w której można było organizować modlitewne spotkania i rekolekcje. Ciekawe to były zadania i twórcze. Do dzisiaj dzieła te są prowadzone.

Po czterech latach pracy w USA s. Estera wróciła do kraju.

Do Afryki!

Kilka lat temu benedyktynki misjonarki zaczęły myśleć o założeniu placówki misyjnej w Afryce. Nie miały jednak wybranego miejsca ani sprecyzowanego pomysłu, gdzie miałyby pracować. Jednak gdy powierza się sprawy Panu Bogu, On sam decyduje.

– Okazało się, że franciszkanie konwentualni z Kenii potrzebują pomocy w prowadzeniu domu dziecka. Ojcom zależało, by sieroty miały dobrą opiekę, czuły się bezpieczne i ważne. Matka generalna zaufała nam i zostałyśmy posłane do Kenii we trzy: s. Inga, s. Dawida i ja. Franciszkanie przygotowali nam oddzielny domek. Mamy miejsce do modlitwy i odpoczynku.

Siostry posługują w Limuru niedaleko Nairobi (stolicy Kenii) już ponad rok. Limuru to teren bardzo górzysty, położony ponad 2 tys. metrów nad poziomem morza. Jest to najzimniejsze miejsce w Kenii. – Tu w lipcu i sierpniu mamy po 8–9 stopni Celsjusza, więc dzieci chodzą w czapkach i kurtkach. Zabawne, że gdy wrzucamy filmiki na nasz profil na portalu społecznościowym, ludzie piszą: „Ale dlaczego dzieciom w Afryce zakładacie czapki?”. Więc cierpliwie tłumaczymy, że bywa naprawdę bardzo zimno. Jak to w górach.

Tutejsi mieszkańcy żyją z uprawy herbaty, której plantacje rozciągnięte są na okolicznych wzgórzach. Większość żyje skromnie, spora część w nędzy. – Rodziny są liczne. Jeśli nie są dotknięte nałogami, to chociaż biednie, ale jakoś sobie radzą. Jednak dużo tu także nędzy moralnej. Wówczas cierpią najsłabsi, najbardziej bezbronni, a więc dzieci.

Bywa, że trafiają do domu dziecka. Czasem przywozi je policja, innym razem podrzuca ktoś z rodziny. Czasem siostry znajdują je wprost na ulicy. Pochodzą z różnych szczepów i plemion. Mówią różnymi narzeczami, chociaż zwykle znają też obowiązujący suahili; w szkole wszyscy uczą się języka angielskiego. – Nasze dziewczynki są z różnych wiosek, w niemal każdej panują osobne tradycje i wierzenia. Dlatego w grupie muszą nauczyć się szanować i dostosowywać do zasad. To dzieci mocno straumatyzowane, które potrzebują morza cierpliwości i miłości…

Bywa, że pod bramę sierocińca przychodzi mama czy babcia z małą dziewczynką, po prostu zostawia ją i odchodzi. I nie robi tego dlatego, że jest „wyrodna”. Musi to zrobić, bo w chacie panuje głód, więc stara się dziecku zapewnić lepszą przyszłość. Jednak dla pozostawionego malucha jest to zawsze szok. – Mamy u nas półsieroty i sieroty, a także sieroty społeczne z domów niewydolnych wychowawczo. Obecnie opiekujemy się 42 dziewczętami w wieku od 2 do 20 lat. Są u nas aż do ukończenia szkoły i zdobycia zawodu. Tutaj edukacja jest płatna, a szkoła to dla nich przepustka do nieco lepszej przyszłości.

Gdy dzieci się uczą, siostry pozostają w domu: wykonują zwykłe prace, pomagają w kuchni, piorą, sprzątają, modlą się. Starają się też, by dom dziecka przypominał po prostu dom. Do tego potrzebne są schludny wygląd i godne warunki życia. – Remonty udają się wyłącznie dzięki pomocy z Polski. Polacy są hojni i wspierają nasze dzieci. Udało się wyremontować łazienki, te stare nazywałyśmy „na Małysza”, młodsze dziewczynki bały się z nich korzystać. Kupiłyśmy ciepłe kołdry (noce bywają okropnie zimne), staramy się, by dzieci miały skromne zabawki i po prostu coś swojego. Ubieramy je czysto i schludnie. Dla wielu z nich dopiero pobyt w sierocińcu to możliwość założenia czystej i niepotarganej sukieneczki, ciepłego sweterka i prawdziwych, wygodnych butów.

Dzięki pomocy ambasady polskiej w Nairobi udało się też zdobyć fundusze na remont kuchni w domu dziecka. Poprzednie pomieszczenie było siermiężne, zadymione, jedzenie gotowano w kotłach – ciężkich, zużytych, proszących się o wymianę.

Siostry dbają również o prawidłowe żywienie dzieci, chociaż nie jest to łatwe, bo jedzenie jest bardzo drogie. Na śniadanie wychowankom muszą wystarczyć dwie kromki chleba oraz herbata z mlekiem i cukrem. W szkole dostają coś ciepłego, a dopiero wieczorem jedzą porządny ciepły posiłek. Zwykle jest to ugali – danie ze specjalnej mąki połączonej z warzywem o nazwie sukumawki, lub githeri – składające się z kukurydzy, grochu i kapusty. – Staramy się o owoce, o trochę słodyczy. Te ostatnie cieszą dzieci najbardziej – śmieje się s. Estera. Bo czym byłoby dzieciństwo bez czegoś słodkiego od czasu do czasu?

Mamooo!

– Dla nas jest ogromnie ważne religijne wychowanie dzieci. Nie jest to proste, bo jak wspominałam, pochodzą one z różnych środowisk, a ich rodzice sami czasem nie wiedzą, w co wierzą. Uczymy je religii, przygotowujemy do sakramentów, ostatnio zostałyśmy matkami chrzestnymi czterech dziewczynek. Codziennie przed kolacją odmawiamy wraz z dziećmi modlitwę różańcową, rozważamy słowo Boże. Bywa, że gdy dzieci odwiedzają potem swe rodziny – uczą je modlitwy.

Benedyktynki zatrudniły też psychologa, by wspierać te dziewczynki, którym trudno otworzyć się, uspokoić, zwyczajnie żyć po tym, czego doświadczyły… – Czasem przebijamy się przez pancerz zranień, traum, bicia, wykorzystywania seksualnego. I musimy dziecku pomóc. Musimy też mądrze reagować, gdy np. rodzina biologiczna konieczne chce dziecko „gościć” i zaprasza „w odwiedziny”, a my wiemy, że w domu panuje przemoc i ono jest zagrożone. To nie są łatwe sprawy, by umożliwiać kontakt z rodzicami, a jednocześnie nie narażać na kolejny dramat. Musimy uniknąć sytuacji, w której dziecko wraca po „odwiedzinach” jeszcze bardziej nieszczęśliwe niż przed nimi…

Dzieci u sióstr czują się bezpiecznie. Szczególnie maluszki – kochane i szczęśliwe, chcą mówić do sióstr „mamo”. Po szkole przybiegają z piskiem: „Maaamooo, maaamooo! Już jesteśmy!”. – Oczywiście pozwalamy im na to. One tego potrzebują. Przybiegają, przytulają się. Czujemy, że nam ufają, że odzyskują poczucie bezpieczeństwa. To są dzieci bardzo wdzięczne, cieszą się z drobnych rzeczy, uszczęśliwia je nawet najmniejszy pluszak czy piłka. Myślę, że możemy się od nich wiele uczyć: dzielności, wytrwałości, wdzięczności za każde dobro.

Siostra Estera mówi, że afrykańskie drogi nauczyły ją najważniejszego: nie potrzebować więcej niż to absolutnie konieczne.

– Europejczyk… posiada. Posiada mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, które wciąż i wciąż kupuje i składuje. Po co? Czy jest dzięki temu naprawdę szczęśliwy? Afryka uczy, że do życia potrzebne są modlitwa, radość i Bóg. To Pan zadba o pożywną i smaczną miskę ryżu z warzywami dla swojego dziecka – zapewnia. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7