Bez wątpienia

Wątpliwości są naturalne – nie ma wątpliwości dominikanin o. Tomasz Nowak.

Marcin Jakimowicz: Wie Ojciec, w którym momencie Jezus nabrał pewności, że w gronie apostołów byli Polacy?

Tomasz Nowak: Ha, ha! Uwielbiam takie pytania. Sam jestem ciekawy…

Dopuszczał taką myśl, widząc, że gdy ich nie przyjęto, odpowiedzieli krótko: „Spuśćmy ogień z nieba”, ale pewności nabrał, gdy w ostatniej mowie zwrócił się do nich: „Idźcie na cały świat”, a „niektórzy jednak wątpili”.

A jednak posłał tych, „którzy wątpili”! To dzięki nim jesteśmy. Nawet wątpiący Polacy mogą głosić Ewangelię! (śmiech) Jeżeli Tomasz z Akwinu zaznacza, że ważna jest wiara szukająca rozumienia, to oznacza, że w tych poszukiwaniach jest przestrzeń na wątpienie, stawianie pytań i szukanie odpowiedzi. Nie zwalniają nas one z szukania z całych sił prawdy, nawet takiej, która jest dla nas niewygodna.

Ci wątpiący rozesłani przez Jezusa nie byli ludźmi z ulicy, lecz duszpasterską elitą. Ile cudów widzieli! Jezus rozesłał ich na cały świat, a przecież mógł stwierdzić, że potrzeba im jeszcze dodatkowej formacji, powinien odłożyć wniebowstąpienie, bo tak niewiele rozumieją…

Bardzo im zaufał. To nierozumienie, wątpienie przewija się przez całą Ewangelię. Nie dowierzali, wątpili. Jezus wyrzucał im brak wiary: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”. W jaki sposób apostołowie zareagowali na opowieść Marii Magdaleny? Nie uwierzyli. Przybiegł Piotr z Janem? Nie uwierzyli. Uczniowie uciekający do Emaus? Nie uwierzyli. Tomasz też nie uwierzył, choć apostołowie opowiadali o spotkaniu Zmartwychwstałego. Nie przekonali go. Musiał dotknąć ran… Ta niewiara jest w nas pierwotna i ze względu na obciążenie grzechem pierworodnym wpisana w nasze DNA.

Kowalski czy Nowak słyszy w kościele: Kto powie tej górze: „Podnieś się i rzuć się w morze, a nie wątpi…”, i zaczyna się martwić. Bo czasem jednak wątpi, a góra jak stała, tak stoi…

Jezus mówiący te słowa doskonale znał naszą kondycję i nie chciał nas wpędzić w religijną nerwicę. Myślę, że dążenie do braku wątpliwości, do doskonałości jest bardzo ludzkie i może być pułapką. Coraz bardziej przekonuje mnie metafora drogi jako opowieści o życiu chrześcijańskim. Jesteśmy w drodze, która nie prowadzi cały czas z górki. I jak to w drodze – zdarzają się rzeczy nieprzewidywalne. Dążenie do zbudowania sterylnej, czystej, doskonałej wiary bez wątpliwości przypomina mi budowę wieży Babel i kończy się pomieszaniem języków, a w efekcie upadkiem. Pozór pobożności, budowania monolitu, bezpiecznej kryjówki Panu Bogu się nie podoba.

Czyli katolik czytający o tym, że „wiara jest poręką dóbr, których oczekujemy”, może pozwolić sobie na komfort wątpliwości?

Oczywiście! Przecież nie jesteśmy Panem Bogiem. A jedynie On ma pewność wiary. My, co przypomina święty Paweł, poznajemy jedynie „po części”, „widzimy niejasno, jak w zwierciadle”. Jak poznający „po części” człowiek ma nie mieć wątpliwości? Zbliżamy się do prawdy, szukamy jej. Obawiam się tych, którzy kategorycznie mówią: „Znam prawdę!”. Co innego: „Uwierzyłem, poszukuję, jestem w drodze”. Identycznie jest z miłością. Ktoś może powiedzieć: „Kocham dokładnie tak, jak powinienem”, ale ja bałbym się być tak kochanym. Uczymy się miłości, poznajemy ją. Zawsze możemy kochać bardziej. Miłość nie ma ograniczeń. „Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko” – przypomina Pieśń nad Pieśniami. Co to znaczy? Miłość jest niemierzalna. Nie da się jej skalkulować, oszacować, wycenić.

Kiedy Ojca dopadły największe wątpliwości?

Było kilka takich sytuacji. Miałem doświadczenie leżenia w grobie, gdy zostałem wydany, osadzony, poniżony, wykluczony, odsunięty, niesłusznie oskarżony. Najboleśniejsza w tym stanie była niewiara w to, że jest nowe życie. Że coś się jeszcze stanie. Gorsza jednak okazała się ciemność nie przychodząca z zewnątrz, ale moja, „na swój własny temat”. Myślenie, że jestem nic niewart, że „nie jestem w stanie” to również… pycha. Tak! Myślenie o sobie źle, skupianie się na niedociągnięciach jest pychą! Pokora nie polega bowiem na wyszukiwaniu w sobie negatywnych przestrzeni. Pychą jest to, gdy człowiek mówi: „Dla mnie już nie ma ratunku, nie ma odpuszczenia grzechów, nie ma wybawienia. Jestem całkowicie przegrany”. Pycha może pchać cię do sterylnej doskonałości, ale także okrutnie poniżać i sponiewierać. To dwie strony tego samego medalu…

Czyli wątpliwości są naturalnym stanem duszy, ale stają się groźne, gdy się na nich skupimy, zafiksujemy i wejdziemy w mantrę samooskarżenia?

Tak! Lekarstwem jest przyjmowanie z wiarą: „A jednak Pan Bóg mnie kocha”, „Jezus zmarł za moje grzechy”, „Jestem zbawiony, uratowany”. Takie myślenie jest jedyną nadzieją. Podnosi cię, wyciąga w górę. Oczywiście, że w chwili, gdy wątpimy, nie wypowiadamy takich zdań, fruwając, pełni entuzjazmu, lecz na chłodno.

Przed laty zacytował Ojciec Tomasza z Akwinu: „Jeśli nie masz wiary, wypowiadaj słowa, a serce pójdzie za nimi”. Bardzo mi to pomaga…

Słowa mają moc, wierzę w to! Ale wrócę jeszcze do pytania o wątpliwości dotyczące mojego kapłaństwa. Ocaliła mnie przed laty siostra Briege McKenna, do której pojechałem na swe pierwsze rekolekcje kapłańskie. Usłyszałem wówczas najprostsze zdanie, jakie można powiedzieć à propos kapłaństwa, które mnie karmi i podnosi do dziś: „Pan Bóg kocha swoich kapłanów”. I tyle. Pan Bóg kocha i wszystko opiera się na Jego miłości do nas. Potrafi pójść za jedną zagubioną owcą ze stada. Nieustannie ma tę samą mądrość, tę samą prawdę. Nie jest zmienny. Dotyczy to nie tylko kapłaństwa, lecz także małżeństwa! Bóg jest wierny: wtedy, gdy kwitnie wasza miłość i wówczas, gdy jesteście pełni wątpliwości, gdy wasze głowy rozsadzają myśli: czy nadaję się na męża, na rodzica?

Słyszałem konferencję, w której kaznodzieja przekonywał, że chrześcijanie powinni nieustannie świecić i płonąć…

Wszystko zależy od tego, co (a właściwie kto!) jest źródłem tego światła i ognia. Jeśli starasz się płonąć sam z siebie, szybko się wypalisz. Płoniemy mocą Ducha Świętego, a sposoby na to mogą być różne. Ktoś może płonąć jak pochodnia, a inny będzie podtrzymywał ognisko domowe. Czy to nie to samo? Nie musisz być żagwią. Badeni mówił krótko: „Duch Święty? Płomień, ogień, żar”. Pisał, że przeciwstawieństwem tego symbolu jest… kaloryfer, od którego nic się nie zapali. To stan, gdy we wspólnotach jest miło, ciepło i przytulnie, ale dawno o nic już nie chodzi… Nikt nie zapłonie, wchodząc na spotkanie takiej wspólnoty. Mamy płonąć, ale nie oznacza to nieustannej, sztucznie podtrzymywanej euforii.

Mamy świecić jak księżyc? Gdy patrzymy na niego z bliska, widzimy jedynie dziury i kratery. Pumeks. Ale gdy spojrzymy z daleka, zachwycamy się jego pięknem. Nie świeci swym światłem, lecz odbija światło słońca!

Sam z siebie nie jestem w stanie świecić, ale mogę przyjąć światło Boga i je odbijać. Nawet w chwili ciemności, zwątpienia, bo przecież to nie ja jestem źródłem światła… Czy płaczący nad Jerozolimą, zamknięty w ciemnicy lub pocący się krwią Jezus nie miał w sobie ognia Ducha Świętego? Chcę mocno podkreślić jedno: jeśli przychodzi zwątpienie, domaga się ono naszej odpowiedzi, kroku wiary.

Karol Sobczyk napisał genialną rzecz: „Wolę się pomylić w wierze niż w niewierze”. W okopach nie wygrywa się przecież wojen.

Tak jest! Powiem inaczej: wolę się pomylić, kochając, niż nie kochając. Najgorsze, co możemy zrobić, to pozbawić kogoś miłości, odmówić mu jej. Warto zaryzykować i kochać. Iluż świętych miało takie doświadczenie i mówiło podobne rzeczy! Na przykład w kontekście pomocy ubogim. Święty dominikanin Marcin de Porrès mawiał, że woli pomylić się i dać wsparcie komuś, kto go oszukuje, niż nie pomóc w ogóle. Warto ryzykować w miłości. Bóg wierzy w nas bardziej niż my w Niego i pokłada w nas nadzieję bardziej niż my w Nim. To uwalniające.

Bóg jest wolny i bardzo chce nas tej wolności nauczyć. Jakże inaczej patrzy się wówczas na wątpliwości. Jestem wolny, niesformatowany i mogę się pomylić! Myślę, że najgłębszym źródłem naszych wątpliwości jest lęk przed utratą obecności Boga. A On jest. I nikt i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nawet jeśli opuszczamy po grzechu raj, to Bóg nas nigdy nie opuszcza… Nasz piąty generał bł. Humbert (żył w XIII wieku, 50 lat po śmierci św. Dominika) zastanawiał się, dlaczego bracia przestają głosić Ewangelię. I odpowiedział sobie: bo wpadają w pokusę, że są ciągle niegotowi, że zgrzeszą. Fakt, że kaznodzieja zgrzeszy, jest pewny. Pokusą jest, że myśl ta może sparaliżować go do tego stopnia, iż… przestanie głosić. Humbert wskazywał: żeby coś robić dobrze, najpierw trzeba robić to źle. Czy to nie uwalniające?•

Tomasz nowak

dominikanin, rekolekcjonista, autor ewangelizacyjnych vlogów Strefa Wodza i Mocno Stronniczy. Mieszka w Łodzi.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8