Miasto pełne Boga

O ewangelizacji w dużych miastach, modlitwie w metrze i jedzeniu z ręki Boga mówi o. Remigiusz Recław SJ.

Jacek Dziedzina: „Odpoczniesz od miejskiego zgiełku” – to hasło często pojawia się w ofertach sprzedaży domów czy wyjazdów turystycznych. Bywa, że podobnie jest z propozycjami rekolekcji: za miastem i na łonie natury. Z miasta trzeba uciekać, żeby spotkać Boga?

O. Remigiusz Recław SJ: Nie można z miasta uciekać, żeby spotkać Boga. Trzeba się nauczyć spotykać Go również w mieście.

Papież Franciszek pisze, że „współczesne miasta stanowią uprzywilejowane miejsce dla nowej ewangelizacji”. Jedni tłumaczą to tym, że ludzie z natury chętniej tam słuchają. Inni – że spustoszone duchowo miejsca łatwiej chłoną wszystko, co ma w sobie życie.

Uprzywilejowanie rozumiem nie jako coś lepszego – np. od małych miejscowości i wsi – tylko że w miastach jest większa potrzeba. Wynika ona z tego, że życie biegnie tam szybciej. Nie chodzi o zgiełk, tylko o tempo życia. A tam, gdzie jest duże tempo, bardzo łatwo jest przestać myśleć o Bogu. W tym sensie miasto jest miejscem uprzywilejowanym dla ewangelizacji, ponieważ jest problem z zatrzymaniem się. Nie chodzi o położenie, lecz o styl życia sprzyjający temu, że przestajemy myśleć o Bogu, o relacjach.

Mówi się, że miasto jest duchową pustynią. Mam jednak wrażenie, że obrzeża miast, małe miejscowości i wsie stają się pustynią duchową, gdzie ludzie żyją tylko w obrębie najbliższego sąsiedztwa. W dużym mieście człowiek może przebierać w całej gamie oferty duchowej.

To prawda, że w mieście istnieje „duchowy market”, który ma bardzo dużo „towarów”, że jest większa możliwość posłuchania ciekawego kazania, wyboru miejsca, które odpowiada mojej duchowości. Ale to nie znaczy, że ludzie do tego „marketu” zawsze wchodzą, że korzystają z bogactwa wyboru, zatrzymują się na chwilę. Wolniejszy tryb życia na wsi, spokój i brak pośpiechu bardziej w tym pomagają.

Pierre-Marie Delfieux, założyciel Wspólnot Jerozolimskich, pisał, że największym paryskim kościołem jest dla niego… paryskie metro. Widział, jak ludzie znajdują tam czas na modlitwę na różańcu czy lekturę Biblii.

Umiejętność karmienia się atmosferą miasta w sposób duchowy, jak w tym przypadku, to wyższy poziom duchowości. Bez wątpienia Bóg mówi do nas także w taki sposób. Mamy dawać się karmić w każdej sytuacji, bo On tego chce. On umacnia nas również wtedy, gdy w panującym pośpiechu widzimy modlącą się spokojnie osobę. Tak jak w paryskim metrze. Musimy się nauczyć jeść w mieście z ręki Boga. Potrzebujemy odskoczni, dlatego jeździmy na wakacje. Duchowo też potrzebujemy odskoczni. Ale człowiek, który umie odpoczywać tylko w oderwaniu od swojej codzienności, będzie cierpiał całe życie. Naszym zadaniem jest nauczyć się karmić Bogiem w życiu, które mamy na co dzień, także w wielkim mieście. Trzeba umieć znajdować sobie pustynię w mieście, miejsce spotkania z Bogiem. Podobnie jak osoba, która żyje w małżeństwie, musi nauczyć się spotykać Boga właśnie w tej relacji. Bez tego małżeństwo będzie poza Bogiem, stanie się duchowym cierpieniem.

Zbliżający się VI Ogólnopolski Kongres Nowej Ewangelizacji pod hasłem „Miasto – rewitalizacja” nieprzypadkowo organizowany jest w Łodzi. To rzeczywiście „najtrudniejszy teren duszpasterski” w Polsce?

Łódź na tle innych miast polskich jest wyjątkowa. Ludzie pozdrawiają mnie na ulicy słowami „Szczęść Boże”. Bardzo rzadko chodzę na spacer w sutannie, a jednak rozpoznają mnie i pozdrawiają. A gdy wyjdę w sutannie, pozdrawiają mnie jeszcze częściej. Moi współbracia mówią, że nie widzą tego w Gdańsku, w Krakowie czy w Warszawie.

„Trudny teren” jest zatem mitem?

Niezupełnie. Ilość osób chodzących tam do kościoła stanowi jeden z najniższych wyników w Polsce. Równocześnie duża część tych, którzy są na niedzielnej Mszy, przystępuje do Komunii św. To oznacza, że osoby uczestniczące w Eucharystii mają ugruntowaną wiarę i świadomość obecności Boga. Łódź z pewnością jest miastem, które potrzebuje rewitalizacji, odnowienia w wymiarze duchowym. Tempo życia sprawia, że nie mamy czasu zjeść, czasem nie pamiętamy, że jesteśmy głodni. Tak samo jest ze sprawami duchowymi. Życie miejskie sprawia, że zapominamy o głodzie duchowym, aż w końcu wypełniamy go czymś innym. Trzeba go jednak wydobyć. Rewitalizacja to najpierw uzmysłowienie głodu Boga, sprawienie, że ludzie zechcą o Nim myśleć, zaczną pytać. Będzie to powrót do pytań, których nie słychać, bo przytłumiło je szybkie życie.

Od jednego z biskupów usłyszałem kiedyś: „Zamiast organizować nowe konferencje i sympozja o ewangelizacji zacznijmy w końcu ewangelizować”. Co nowego mają wnieść kolejne kongresy ewangelizacyjne?

Mają one również wymiar ewangelizacyjny. Ważne jest także to, że ewangelizatorzy, którzy na co dzień prowadzą różną działalność ewangelizacyjną, otrzymują przestrzeń do wzmocnienia, odnowienia, poczucia, że to, co robią, ma sens i jest dobre. Życie potrafi każdego zmiażdżyć. Raz, drugi, trzeci proponowali komuś przyjście do kościoła, może dostali za to po głowie. I żeby się nie zniechęcać tą sytuacją, potrzebne są kongresy – by mieć siłę spróbować po raz czwarty, piąty… Ewangelizatorzy mają potem siłę dawać świadectwo w miejscach pracy. Świeccy też przecież zbierają baty, czasem silniejsze niż księża i biskupi.

Jak ewangelizować miasto, w którym statystycznie jest więcej osób, dla których nie tylko Kościół, ale sam „problem Boga” nie istnieje?

Jako proboszcz znam masę osób świeckich, współpracuję z nimi i widzę, że najskuteczniejsza ewangelizacja polega na tym, że świeccy mają dokąd odesłać znajomych znajdujących się na pograniczu lub poza Kościołem. Ktoś odczuwa potrzebę pójścia do kościoła i świecki może wskazać miejsca spowiedzi, gdzie osoba ta się nie zrazi, nie zostanie skrzywdzona. Ludzie mają różne doświadczenia. Ważne jest też to, że mają świadomość, że będą po ludzku potraktowani w kancelarii. Te tysiące osób, które działają we wspólnotach przy naszym kościele, mogą przyprowadzać do grupy, na modlitwę wstawienniczą, do spowiedzi, na Mszę… To uważni obserwatorzy – reagują, gdy coś się u kogoś dzieje. To jest najskuteczniejsza ewangelizacja. Trzeba formować ludzi, którzy już są przy kościele, ale w taki sposób, by oni przyprowadzali innych. W mieście jest to łatwiejsze ze względu na większy wybór.

Na pustyni nie ma nikogo, kto by nas słuchał. Jeśli więc miasta są pustyniami, to jak ewangelizować, gdy nikt nie słucha?

Ludzie jednak to robią. Żeby kogoś słuchać, trzeba mieć czas i odciąć bodźce, które przeszkadzają. Jeśli mąż chce posłuchać żony, wyłącza telewizor, odkłada komórkę. Żona podobnie. Trzeba sobie zrobić dokoła pustynię, ale w innym rozumieniu. Nie jedziemy na pustynię dlatego, że jest to fajne miejsce, lecz żeby odciąć się i zatrzymać. Wówczas po powrocie do miasta wiemy, czego szukać. Kiedy mąż rozmawia z żoną przy stole i urządzenia są wyłączone, żeby nawzajem się słyszeć i widzieć, to gdy później ta para jest w restauracji lub jedzie gdzieś z dziećmi, nadal się odnajduje, ponieważ miała czas, gdy była sama. Oni się odnajdują w tym zgiełku, bo są w relacji. Na tym polega pustynia w mieście. Umiem słuchać w mieście, bo Bóg mówi do mnie. Na pewno. On nie chce, żebyśmy choć przez chwilę pozostawali bez Jego prowadzenia. Na rekolekcje w ciszy jadę po to, by to, co tam usłyszę, realizować w zabieganiu w mieście.

Papież mówi, że miasta nie ewangelizuje się w taki sposób, że przynosi się Jezusa z zewnątrz, ale przez odkrywanie Jezusa, który jest w mieście. Wspomniany już Delfieux przekonuje, że miasto jest święte, bo Bóg w nim mieszka. To pobożne życzenia czy faktyczna duchowość tego miejsca?

Gdyby spojrzeć na to od strony sakramentalnej, to widzimy, że kościołów jest więcej w mieście niż poza nim, a zatem odprawia się tam więcej Mszy św. Co oznacza, że częściej dochodzi do zstąpienia Ducha Świętego, który zamienia chleb w Ciało i wino w Krew Jezusa. Jeśli wierzymy w realną obecność Jezusa w Eucharystii, to tą obecnością bardziej wypełnione są miasta. Wysłuchanych spowiedzi i udzielonych rozgrzeszeń również będzie więcej w mieście. Nawet jeśli na wsi bardzo dużo ludzi chodzi do kościoła, to liczebnie i tak więcej będzie ich w mieście. Tych serc niosących Jezusa jest tam więcej. Proporcjonalnie do liczby mieszkańców – mniej, ale nominalnie – więcej. To, czy zdajemy sobie z tego sprawę, pokazuje, czy i jak mocno wierzymy w realną obecność Boga. Gdyby spojrzeć na to w taki sposób, to można śmiało powiedzieć, że Bóg mieszka w mieście. Ale nie znaczy to wcale, że łatwo jest znaleźć Jego obecność. Powodem jest pośpiech. Obecność Boża w mieście niewątpliwie jest, ale znajdowanie Go w mieście jest trudniejsze. Wszystko psuje pośpiech. Serce, które się spieszy, ma trudność w odkrywaniu Boga. Nie spowolnimy tego pośpiechu, bo miasto ma inne tempo. Ale można i trzeba uczyć się zatrzymywać w mieście.•

o. Remigiusz Recław SJ

proboszcz parafii oo. jezuitów pw. Najświętszego Imienia Jezus w Łodzi, znany rekolekcjonista i duszpasterz wspólnot charyzmatycznych, m.in. Mocnych w Duchu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8