Co to był za ksiądz

Każdego ranka pięć po szóstej siostry Jezusa Miłosiernego otwierają drzwi kaplicy przy ul. Poleskiej 42 w Białymstoku dla kilkudziesięciu tych, którzy znali osobiście ks. Sopoćkę. Dzięki nim żyje nadal w domu, w którym zmarł.

Patrząc na nich, można podbudować swoją wiarę – mówią s. Iwona i s. Marianna z opiekującego się domem Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego założonego przez ks. Sopoćkę. Najpierw witają panią Teresę Matysewicz, zawsze pierwszą mimo schorowanych nóg. Potem przychodzą pozostali, których do odmawiania koronki zachęcił ks. Sopoćko, kiedy w 1958 r. Kongregacja Nauki i Wiary wydała zakaz kultu Bożego Miłosierdzia. Wtedy każdy z nich obiecał sobie, że będzie się modlił indywidualnie, a od wielu lat robią to razem, czy pandemia, czy nie – najpierw Różaniec, Msza św., potem koronka.

– Ksiądz przyjmował ten zakaz w cichości – mówi Teresa Matysewicz, która z mężem Józefem od 1970 do 1975 r. znała go bardzo dobrze. – Ile on się nacierpiał, kiedy mu pokazywali kółka na głowie.

– Ostatnie zapiski księdza w dzienniku i listy były pełne zawierzenia Bożemu Miłosierdziu – podkreśla bp Henryk Ciereszko, znający każdy szczegół życiorysu ks. Sopoćki, autor „Positio” dokumentującego proces diecezjalny sługi Bożego, jego obszernej biografii i wielu książek o nim. – Wynika z nich, że chciał służyć Kościołowi swoim cierpieniem, nie odczuwał żalu i niespełnienia.

Czuję świętość

Rozmawiamy przed domem, w którym ostatnie lata, aż do śmierci w 1975 r., przeżył ks. Sopoćko. Mieszkały tu wtedy siostry Misjonarki Świętej Rodziny, które udostępniły mu pokój, kiedy już wymagał opieki. Dopiero w 1996 r. sprowadziły się tu siostry Jezusa Miłosiernego. – Te drzewa są świadkami, jak sobie tu chodził – wspomina Wojciech Zdrodowski. – Kiedy miał siły, codziennie odbywał drogę różańcową, której trasa prowadziła do miejsca, gdzie 9 marca 1989 r. wykoleiły się cztery cysterny wiozące ciekły chlor. Eksperci mówili, że gdyby pękły, to w promieniu 50 km zamarłoby życie. Tak się nie stało, a wszyscy są przekonani, że to zasługa błogosławionego. – W latach siedemdziesiątych niewiele się o nim mówiło, to był taki ksiądz staruszek, pochylony, nogi tylko przesuwał, więc młodzi nie zwracali na niego uwagi. Miałam wtedy trzydzieści lat i trzech małych synów – wspomina Aniela Mazur. – Cierpiał, ale ufność w Miłosierdzie go trzymała.

– Byłam wtedy po trzydziestce – jestem rocznik ’35 – i spowiadałam się u tego księdza – opowiada Jadwiga Keller. – Myślałam sobie, że jak jest w podeszłym wieku, to mnie nie usłyszy. Usłyszał, pouczył pięknie, wyszłam szczęśliwa od tej spowiedzi. Radził, żeby w każdej sytuacji powtarzać „Jezu, ufam Tobie”. To mi pomaga do dziś.

– Mój syn często służył do sprawowanej przez niego Mszy św. – wspomina Teresa Topolewicz. – Ksiądz modlił się cichutko i ze wschodnim zaśpiewem, ale jego kazania były piękne. Nawet nie wiedziałam, że jest znanym profesorem.

Józef Matysewicz opowiada, że ksiądz żył skromnie i niczego nie wyrzucał. „Pan Józef zreperuje” – mówił kapłan, patrząc na niego wymownie. Nieraz naprawiał księdzu starą maszynę do pisania, przyspawał łańcuch do krzyża, który ks. Sopoćko nosił jako kanonik kapituły katedralnej, wielokrotnie lutował oprawki okularów, a potem dopasowywał szkiełka – mocne i o różnych numerach. Podtrzymywał księdza podczas Mszy, kiedy czuł się słaby.

– Msze św. odprawiał z wielkim namaszczeniem, przy Przeistoczeniu podnosił trzęsące się ręce z Hostią i to robiło wrażenie – wspomina Teresa Matysewicz. – Kiedy ustawiono ołtarz przodem do wiernych, stawał tak, żeby tabernakulum nie znajdowało się całkiem za jego plecami. Byłam świadkiem, jak oddał swoje nowo kupione buty bezdomnemu, który przyszedł po prośbie z nogami owiniętymi szmatami. Kiedy jedna z sióstr zaczęła narzekać, ksiądz odpowiedział: „Ja mam buty, a on ich nie miał”.

Wojciech Zdrodowski zapamiętał ostatnią odprawianą przez niego Pasterkę, kiedy słabym głosem wspominał zasypane śniegiem drogi Wileńszczyzny. – Po śmierci leżał w trumnie w salce do religii przed kaplicą. Z żoną i trzyletnią córką modliliśmy się nad jego ciałem. Jestem mu wdzięczny za cud – w mojej rodzinie ustępuje poważna choroba.

Cecylia Jaromin też jest pewna, że za wstawiennictwem księdza wymodliła zdrowie męża. – Odkąd przeszłam na emeryturę, każdy dzień rozpoczynam tutaj – zwierza się Beata Malinowska. – Żałuję, że w młodości nie wiedziałam, co to był za ksiądz. Na starość czuję jego świętość wokół siebie, dlatego tu przychodzę. Miłosierdzie, które głosił, to pewność ogromnej miłości Boga do człowieka – że zgrzeszymy, ale jeśli będziemy żałować, Pan Bóg nam przebaczy – dodaje.

Fascynujący

Siostra Iwona Żurawska, od roku przełożona w tutejszym domu, pokazuje nam pokój księdza zmieniony w izbę pamięci. Ślady jego życia – parkiet, po którym chodził, biurko z wypaloną dziurą, bo grzał w metalowym kubku wodę, która się wygotowała, sutannę, pelerynę, ułożone w krzyż deski z domu rodzinnego w Juszewszczyźnie w powiecie oszmiańskim, gdzie urodził się 1 listopada 1888 r.

Siostra Iwona wstąpiła do założonego przez niego zgromadzenia 25 lat temu. Na początku wydawał jej się nudny, potem trudny, a na końcu przyszła fascynacja. Kiedy siadamy do herbaty, wylicza zadania, jakich się podejmował. Na pierwszej parafii w Taboryszkach katechizował dzieci i młodzież, założył chór i bibliotekę, a w odległych wsiach stworzył tymczasowe kaplice i kilkuklasowe szkoły polskie. Kiedy pojawiła się możliwość nauki po polsku, założył ponad 30 szkół polskich, w których sam katechizował 1000 dzieci, prowadził kursy nauczycielskie dla młodzieży wiejskiej. Gdy jechał na uniwersytet do Warszawy, wybuchła wojna polsko-bolszewicka, i od 1918 do 1939 pełnił funkcję kapelana Wojska Polskiego najpierw na Powązkach, potem na froncie – do czasu, kiedy zachorował na tyfus. Po wojnie polsko-bolszewickiej podjął studia teologiczne i pedagogiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę doktorską napisał o statusie rodziny w prawodawstwie polskim. W 1924 r. bp wileński Matulewicz poprosił go o powrót do dawnej diecezji. Animował tam pracę stowarzyszeń świeckich – Sodalicji, grup studenckich, św. Wincentego a Paulo, Katolickich Towarzystw Młodzieżowych; odbudował kościół garnizonowy. W 1928 r. rozpoczął wykłady z teologii pastoralnej na Uniwersytecie Wileńskim, był profesorem w tamtejszym seminarium, a po wojnie – w seminarium białostockim. Prowadził działalność antyalkoholową – w Białymstoku działał w społecznym komitecie antyalkoholowym, aż sprzedaż alkoholu spadła o 50 procent. Cały czas pozostawał spowiednikiem w domach zakonnych i podczas tej posługi poznał s. Faustynę. Poradził jej, by spisywała „Dzienniczek”, przyczynił się do namalowania obrazu Jezusa Miłosiernego. Z tzw. wileńskiej szóstki pań z tamtejszych stowarzyszeń katolickich powołał Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego, a potem świecki Instytut Miłosierdzia Bożego, rozpowszechniał Koronkę do Bożego Miłosierdzia, drukował litanie, obrazki, organizował konferencje i szerzył kult Bożego Miłosierdzia. Napisał czterotomowe dzieło „Miłosierdzie Boga w dziełach Jego”.

Bóg jest dobry

Biskup Henryk Ciereszko otrzymał od ks. Stanisława Strzeleckiego, ucznia ks. Sopoćki, propozycję napisania jego biografii. – Kiedy pracowałem na bazie 80 teczek tematycznych z jego dokumentami, pierwsze pytanie, które przyszło mi wtedy do głowy, brzmiało: jak tyle można uczynić w jednym życiu? – wspomina. Nie poznał go osobiście, ale przypuszcza, że może spotykał go, gdy jako licealista przychodził na katechezę do kościoła seminaryjnego przy Warszawskiej. Wstąpił do seminarium pół roku po jego śmierci, kiedy nie wspominano ks. Sopoćki, bo taka była linia od czasu abp. Jałbrzykowskiego, oparta na uprzedzeniach i niezrozumieniu. – Sprawa najcięższego napomnienia, jakie otrzymał z ust kard. Wyszyńskiego, nie została do końca wyjaśniona na bazie pozostałych dokumentów – mówi. Poszukiwanie następcy, starania o ustanowienie święta i budowę kościoła świadczą, że się nie załamał. Gdy rozpoczęto proces beatyfikacyjny, dziwiłem się jak to możliwe, że pośród nas w Białymstoku żył ktoś nie z tego świata.

Jest pewien, że ksiądz został błogosławionym nie dlatego, że był spowiednikiem s. Faustyny, ale ze względu na to, jakim był spowiednikiem, kapłanem i chrześcijaninem. – Pan Bóg go wybrał na jej spowiednika, bo żył Bogiem – uważa.

Ksiądz Sopoćko dojrzewał do tej roli przez lata. „O Boże, jakże ciężko” – zanotował na początku posługi w dzienniku prowadzonym przez całe życie. Po latach zapisał z przekonaniem: „Głosić Ewangelię to nie znaczy mówić, że ludzie mają być dobrzy, ale że Bóg jest dobry dla grzeszników”. Przez ostatni rok życia ks. Sopoćce pomagała 26-letnia s. Bogdana ze zgromadzenia Misjonarek Świętej Rodziny razem ze starszą s. Zenoną. Ścierała kurze, prała bieliznę, zamiatała. – W Środę Popielcową w lutym 1975 r. jeszcze posypywał wiernym głowę popiołem – opowiada. – W czwartek pan Władysław jak zwykle zaprowadził go na Mszę, ale nogi ugięły się pod księdzem i wrócił do łóżka. Wezwałyśmy lekarza, który stwierdził, że to początek agonii. Rano odwiedzili go kapłani z kurii, a wieczorem odprawili Mszę w kaplicy za jego lekką śmierć. Co jakiś czas tracił przytomność, oddychał ciężko, nawet krzyczał. Kazał sobie zakładać różaniec, potem znów medalik, prosił o pokropienie święconą wodą, jakby kogoś widział. Trzy dni trwała ta jego męka. Czuwałyśmy przy nim z gromnicami razem z s. Zenoną. W sobotę o trzeciej odwiedziły nas siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia i w ósemkę uklękłyśmy przy łóżku – wspomina siostra.

Zmarł za pięć ósma wieczorem 15 lutego 1975 r., w dzień imienin s. Faustyny, kiedy kończyły odmawiać tajemnicę chwalebną. – Już teraz radość sprawia mi myśl, że kiedyś wszyscy może spotkamy się w niebie – mówi bp Ciereszko.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9