Dom od Matki

Matka nie zapomni o swoich dzieciach. Nawet tych najtrudniejszych. One najbardziej potrzebują Jej pomocy.

Ksiądz Michał Sabada, salezjanin. Rodem z Dolnego Śląska, w zakonie od 2000 roku. Od zawsze pracował z młodzieżą: był katechetą, uczył w salezjańskich szkołach, poznawał młodzież zbuntowaną i potrzebującą pomocy. – Coraz częściej odbijałem się od sytuacji, w której młody człowiek nie znajduje swojego miejsca na ziemi, próbuje zacząć od nowa, ale stara, zła przestrzeń go niszczy – opowiada ks. Michał. – Chociażby ludzie po terapiach antynarkotykowych: nie wiedzieli co dalej, a powrót do starego środowiska gwarantował powrót do ćpania. Coraz częściej myślałem, żeby stworzyć przestrzeń, w której będą się dokonywały przemiany serc i życia.

Maryjo, buduj dom!

Ksiądz Michał pojechał w końcu do Medjugorja. Zobaczył tam tysiące młodych ludzi, rozmawiał, modlił się. Tam jego myśl o budowie „czegoś” dla młodzieży powoli dojrzewała. – Modliłem się do Maryi: „Matko, jeśli chcesz tego domu dla swoich dzieci, to działaj. Ja bez Ciebie nie dam przecież rady...”.

Po powrocie do Polski ksiądz Michał spotkał w Krakowie kolegę. – Wyglądałem chyba na przybitego, bo usłyszałem: „Dlaczego jesteś smutny?”. A ja byłem po prostu zamyślony. I tu pierwszy raz zwerbalizowałem swój plan – powiedziałem, że myślę nad budową domu dla młodzieży.

Kolega zapytał wówczas: „To w czym jest problem?”. A ksiądz odpowiedział: „No przecież w pieniądzach. Czy raczej ich braku”. Znajomy stwierdził, że to nie jest problem. Obiecał, że załatwi półtora miliona.

– I to było przedziwne doświadczenie. Ja, zakonnik, który miesięcznie otrzymuje 200 zł kieszonkowego, mam obracać wielkimi cudzymi pieniędzmi i budować dom. Poszedłem więc z moim planem do przełożonych. O dziwo, zgodzili się wstępnie. A ja z upływem czasu zacząłem coraz mocniej czuć opiekę Maryi i to, że nie ja buduję ten ośrodek, lecz Matka dla swoich dzieci.

Ksiądz Michał jeździł i prosił o wsparcie. Zgłaszali się kolejni ludzie, którzy obiecywali pomoc. Zaczyna więc szukać miejsca na ośrodek. Przełożeni polecają mu Lubrzę pod Świebodzinem – mocno zniszczony salezjański budynek, który wymaga generalnego remontu. Propozycja nie podobała się księdzu Michałowi. – Jak ja kręciłem na Lubrzę nosem – uśmiecha się. – Ani miejsce turystyczne (jak mi się wydawało), ani ładne, a wymagające ogromu pracy i nakładów. Budynek musiał mieć przeniesione ściany nośne, na nowo zbudowane klatki komunikacyjne. Jednak w końcu zdecydowałem się, że zaczynam w tej Lubrzy działać.

W ciągu półtora roku powstał przepiękny ośrodek. Z dużą kuchnią i jadalnią, świetlicą, wygodnymi pokojami. I kaplicą, w której modlą się młodzi ludzie z całej Polski.

Dom Maryi

Powstał dom otwarty dla młodych pełnoletnich, trzeźwych (chociaż często po terapiach i wychodzących z nałogów), którzy w różny sposób się pogubili i szukają spokoju i pokoju. Albo też po prostu nie chcą się zagubić. Dom, w którym przebywają bez „papierologii” i bez opłat.

– Naszą podstawową zasadą jest ora et labora. Modlitwy jest więc u nas dużo: rano Msza św., modlitwy poranne, potem Anioł Pański, Koronka do Bożego Miłosierdzia o godzinie piętnastej, później adoracja Najświętszego Sakramentu – wylicza ks. Michał. – Pomiędzy modlitwami jest czas na pracę, posiłki i odpoczynek.

I to działa. Działa jak odwyk nie tylko od nałogów, ale od złego życia, pustki duchowej, wszechogarniającego stresu. – Mamy tu profesjonalną pomoc psychologiczną, współpracujemy ze szpitalami, oddziałami odwykowymi. To jest wszystko potrzebne, owszem, ale pierwszym lekarzem jest u nas Pan Bóg. A pierwszą opiekunką tych młodych – Maryja.

Skąd młodzi biorą się w domu? Sami się dowiadują. Od kumpli, od przyjaciół, pocztą pantoflową. Dzwonią. Przyjeżdżają. Reklamy nie trzeba.

Andrzej ma trzydzieści lat. Pochodzi z małej wioski z Zachodniopomorskiego. – Przywiózł mnie tu kolega półtora roku temu. Wcześniej miałem życie pełne... hm, wybojów. Mieszkałem w Holandii, brałem narkotyki, imprezowałem. W końcu musiałem wrócić do Polski i trafiłem tutaj – opowiada Andrzej. – Nie miałem nigdy w domu atmosfery normalności, szacunku. Tutaj mam. Nie miałem obowiązków, ram, zasad. Tutaj mam. I chociaż, jak w każdym domu, i tutaj bywają zgrzyty, jest mi tu dobrze.

Początki były trudne. Rytm dnia: kaplica, praca, kaplica. Trzeba było się wdrożyć w obowiązki, rozsądną dyscyplinę, ogarnąć relacje z innymi mieszkańcami. – I udało się to mnie, chłopakowi, który wcześniej ćpał, chlał i balował – mówi rozbrajająco szczerze Andrzej. – Owszem, czasem nerwy puszczają, a Zły chce mnie stąd usunąć. Ale coś mnie tu jednak przytrzymuje i wracam do rozumu. Coś albo ktoś? Może Matka Boża albo moja matka dawno nieżyjąca?

Ale w „ogarnięciu się” pomagają Andrzejowi i zwierzaki. W szczególności kozy, którymi się codziennie opiekuje. I pomaga mu Józef. Święty Józef i jego miejsce.

Józefówka

Andrzej kozy lubi, a kozy lubią jego. Dogląda, karmi, poi, doi dorodne stadko składające się z kilku ras. – Wyhodowałem je od małego – mówi z dumą, przedstawiając rogatych podopiecznych. – Trzeba codziennie sprawdzać, czy nie są chore. Doimy je z księdzem na zmianę. Dojarką elektryczną. Ale dokończyć trzeba ręcznie. Inaczej mleko zostaje i mogą zachorować.

Andrzej o swojej rogaciźnie może opowiadać bez końca. O brązowym koziołku Olbrzymie, który z miłości pogryza. I o delikatnej jasnej Przytulance, która, jak sama nazwa wskazuje, lubi się tulić. I w tej swojej kozoterapii jest lepsza niż wszyscy terapeuci świata. I o swojej ulubienicy, kozie Wariatce. – Ona jest taka sama jak ja. Ma mój charakter – uśmiecha się szeroko Andrzej. – Uparta jak osioł, a swoje wie.

Józefówka to gospodarstwo rolne, w którym ksiądz i młodzi pracują. Ramię w ramię, ręka w rękę, łopata w łopatę. Oddalone o kilka kilometrów od Domu Maryi jest miejscem szczególnym. Bo właśnie prezentem od Niej. – Od początku chciałem, by w domu były zwierzęta, by młodzież mogła się nimi opiekować – opowiada ks. Michał. – Ale w Lubrzy nie ma odpowiedniej przestrzeni. Ot, z tyłu mamy kurnik. Więcej miejsca na zwierzaki nie ma. Tymczasem młodzieży przybywało, a gdy miałem już dziesięciu chłopaków, którzy muszą mieć zajęcie, by po prostu dobrze funkcjonować, modliłem się: „Matko, trzeba coś zorganizować. Proponuję jakąś gospodarkę dla nich”. A jak gospodarkę, to i ziemię.

Ks. Michał szukał odpowiedniego miejsca. – Objeżdżałem okolicę. Tu są przepiękne lasy, tereny pagórkowate, czyste jeziora połączone kanałami, między którymi można pływać kajakami. Miejscowości tak piękne, jak... drogie. Ziemia ma tu swoją wartość. Martwiło mnie to, bo skąd wezmę duże pieniądze na dużą działkę? – opowiada ks. Michał.

W końcu dotarł do przecudnego zakątka. Niedaleko jeziora, na uboczu, jednocześnie blisko miejscowości, mediów i drogi. Z uroczymi łąkami i zagajnikami. Miejsce idealne, ale drogie i nierealne. – Zakopałem w tym miejscu medalik z Matką Bożą – tak robiła matka Teresa z Kalkuty, gdy chciała, by jakieś miejsce poświęcone zostało Bogu i jej podopiecznym. Wiedziałem jednak, że nie ma szans, by to miejsce stało się nasze, więc szukałem dalej. Zapomniałem niemalże o tej ziemi.

Ks. Michał szukał zarówno miejsca, jak i pieniędzy. – Znalazł się człowiek, który postanowił przekazać 200 tys. na dzieło poświęcone Niepokalanej. Spytałem, czy bierze pod uwagę również Józefa, i czy zgodzi się, by przez Maryję powstało miejsce poświęcone cieśli z Nazaretu. Zgodził się. Więc pieniądze na Józefówkę już były. Terenu nie było nadal.

Najwyraźniej jednak Matka Boża zamierzała dzieło doprowadzić do końca. Ksiądz Michał poznał małżeństwo z Warszawy, które posiadało w niedalekiej odległości od Domu Maryi ziemię. W liście mażonkowie opisali tę ziemię. – Ze zdziwieniem odkryłem, że plus minus jest to miejsce, w którym jakiś czas wcześniej zakopałem medalik – uśmiecha się ks. Michał. – Małżeństwo odsprzedało nam działkę za taką sumę, jaką mieliśmy. Mimo że materialnie tracili wiele – była warta ponad dwa razy więcej.

Ale Maryja i o nich się zatroszczyła. Małżeństwo, niepłodne przez 10 lat, niecały rok po sprzedaniu ziemi doczekało się dziecka. Ochrzcił je ks. Michał.

Kozy, owce i podhalany

Dziś w Józefówce mieszka stado kóz, owiec, krowa, króliki, daniele. I psy – podhalany, szczególnie ulubione przez ks. Michała.

– Zaczęliśmy od karczowania, ciężkiej pracy, by teren pokryty tarniną, pagórkowaty, oddać do użytku. Prócz zakupionej ziemi wydzierżawiliśmy spory teren wokół od Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR). Chcielibyśmy ziemi dokupić, bo potrzebujemy terenu, by gospodarstwo mogło przetrwać, rozwijać się. Mamy jednak tylko dzierżawę na trzy lata. Ziemi KOWR nie chce nam sprzedać. Więc co potem? Młodzi potrzebują tego miejsca...

I potrzebują Józefówki zwierzęta. – Pierwszy przybył tu podhalan Fifi, ale że był samotny, dołączyła do niego Bela. Potem kozy anglonubijskie, bo dają świetne mleko. Dołączały kolejne zwierzaki: krowa, koń, daniele – opowiada ks. Michał. – Te zwierzęta uczą młodych odpowiedzialności, empatii, prawdziwego życia. Mamy też warzywniki, a więc i swojskie marchewki, buraki, fasolkę szparagową. Pomidory lada dzień dojrzeją i będziemy mieli świetne warzywa do sałatki greckiej. Sałatki na bazie własnego sera typu feta z Lubrzy.

Feta z Lubrzy to idealne połączenie greckich smaków i tradycji z polskimi gustami, czyli nie za słona, nie za twarda. Przepyszna. W połączeniu z polskimi warzywami i oliwą – wręcz danie pięciogwiazdkowe. Smakuje tym, którzy z całego kraju przyjeżdżają do Lubrzy na wakacje. Bo takich nie brakuje.

Dziewczyny: Ola (najczęściej i najchętniej), Gabi, Ania – zajmują się i tymi warzywami, i serami. Wraz z księdzem, miesiąc po miesiącu, uczyły się produkcji serów. Owczych, kozich, krowich – dojrzewających albo słodkich. Z przyprawami lub bez. Dziurawych albo gładkich. Pysznych, bo robionych z najlepszych składników.

Anka, 20-latka z Małopolski: – Studiowałam logopedię. Przyszła pandemia. Przyjechałam tu na dwa tygodnie wraz z koleżanką. I najpierw od razu chciałam wracać. Jednak z biegiem czasu to miejsce stało się mi bliskie. I ta praca – ważną pracą. Nie chcę wyjeżdżać, mieszkam już pół roku. Modlitwa nie męczy, a w przyszłość patrzę ufniej. I zaraziłam się tymi kozami – szczególnie lubię Zębuszkę, która była po urodzeniu strasznie słaba i trzeba było ją mocno wspierać. Nauczyłam się robić sery, co daje też sporą satysfakcję. Bo kto teraz umie robić dobre sery?

Anka dodaje, że w Domu Maryi po prostu odnalazła siebie. I nauczyła się życia. Uczy się nadal...

Główną metodą pracy przyjętą przez ks. Michała jest triada wychowawcza, której podwaliny stworzył założyciel salezjanów, św. Jan Bosko: rozum, miłość, asystencja. A więc działanie uporządkowane, przemyślane, rozumowe. Oparte na konkretach i racjonalnych przesłankach, a jednocześnie na miłości względem zagubionych, młodych, poszukujących. I asystencji, czyli obecności.

– Ks. Bosko oferował swoim podopiecznym „chleb, pracę i niebo”. Chciałbym podobnie. Jesteśmy więc razem. W pracy, modlitwie, odpoczynku, posiłkach – opowiada ks. Michał. – Brak obecności, rozmowy, wspólnego czasu – zarówno w domach rodzinnych, jak i u nas – od razu stwarza problemy. Młodzi ludzie, gdy czują się samotni i niepotrzebni, zaczynają szukać na własną rękę zrozumienia i przyjaciół. Nie zawsze dobrze znajdują i wówczas pojawiają się problemy. Z nimi się modlę, robię sery i wynoszę gnój. Wychowanie dla Pana Boga w praktyce...

Chociaż nie zawsze wszystko się udaje. I nie każdy wychodzi z Salezjańskiego Domu Maryi Królowej Pokoju – bo tak brzmi pełna nazwa ośrodka – czysty i odmieniony. – Większość naszych młodych autentycznie zmienia swoje życie. Mamy już nawet jedno powołanie kapłańskie. Ale nic na siłę, wszystko w wolności. Bywa, że ktoś chce koniecznie wrócić do ćpania, do dawnego życia – więc wraca. Dom musi opuścić. Modlę się, by dotknął dna, i wtedy szczerze i prawdziwie naprawdę chciał się zmienić. Wtedy może wrócić...

W Domu Maryi w Lubrzy i w Józefówce kozy uczą normalności, a modlitwa prowadzi do Boga. Czego chcieć więcej? •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8