Odwaga wielkich marzeń

Pięć lat temu o tej porze kończyły się Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Jakie owoce tego spotkania przetrwały próbę czasu?

Kiedy w 2013 roku w Rio de Janeiro papież Franciszek ogłaszał, że kolejne Światowe Dni Młodzieży odbędą się w Krakowie, Gabrysia Flaszczyńska była w Łagiewnikach, gdzie w łączności z młodymi zebranymi w stolicy Brazylii trwało spotkanie „Rio w Krakowie”. – Gdy padły te cudowne słowa, wszyscy płakaliśmy z radości, a ja, patrząc w oczy Jezusa Miłosiernego, czułam, że to jest moje miejsce, że bliżej już się nie da. Chciałam zaangażować się na 100 procent. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to mnie tak zmieni – wspomina. Dziś kończy studia dziennikarskie, niebawem założy rodzinę. Przyszły mąż zobaczył ją po raz pierwszy na Lednicy, gdy z przejęciem opowiadała o przygotowaniach do Światowych Dni Młodzieży.

Jak w rodzinie

ŚDM-owych małżeństw jest sporo. W samym komitecie organizacyjnym narodziło się kilkanaście związków, najczęściej międzynarodowych. Niektórzy z wolontariuszy zostali w Polsce. Młodzi się pobierają, rodzą się dzieci. Są też powołania do życia zakonnego czy kapłaństwa. – Jesteśmy dziś w różnych miejscach, na różnych etapach życia, ale więź przetrwała. Od czasu do czasu spotykam się z kimś z komitetu. Za każdym razem czuję, że jesteśmy jednością, rodziną mimo różnic – zapewnia Gabrysia.

Andrzej Pietrzyk w 2013 roku był na plaży Copacabana wśród młodych z całego świata. Zaraz po tym wydarzeniu, prosto z Rio, poleciał do Limy na misje. Nie mógł zaangażować się w przygotowania do krakowskich dni, bo miał swoje życie i pracę w Peru, ale pod koniec misji zgłaszał już chęć pomocy organizatorom w Krakowie. Po powrocie do Polski myślał, co zrobić ze swoim życiem. Gdy wykrystalizowały się jego zawodowe plany, przyszła wiadomość z Krakowa – w zespole do spraw kontaktów międzynarodowych potrzebowano kogoś ze znajomością języka hiszpańskiego i doświadczeniem ŚDM. – Zastanawiałem się równe 15 sekund. Wewnętrznie czułem, że chcę się zaangażować w Światowe Dni Młodzieży i postanowiłem: „Dobra, biorę to!” – opowiada. Dziś jest jezuitą. – Moje powołanie narodziło się pod koniec pracy w komitecie. Pan Bóg mocno mi objawił, że chce mnie jako księdza. Początkowo powiedziałem Mu: „Nigdy w życiu!”, negocjacje jakiś czas trwały. Żyłem fajnie, ale od wydarzenia do wydarzenia. Robiłem ŚDM, jeździłem na misje, ciągle się coś zmieniało. Chciałem się zakotwiczyć, prosiłem o to Boga, a On pokazał mi drogę życia w zakonie – wspomina, dodając że takie wydarzenia jak ŚDM są ważne, ale nie mogą być sposobem na całe życie.

Ewa Korbut była w trakcie studiów podyplomowych i pracowała jako dziennikarka, gdy trafiła do zespołu organizującego ŚDM w Krakowie. – Komitet stał się nie tylko miejscem pracy zawodowej, ale także duszpasterstwem i wspólnotą. Kiedy polska ekipa poszerzała się o wolontariuszy zagranicznych, coraz bardziej doświadczałam uniwersalności Kościoła – opowiada. Dzięki współpracownikom z komitetu Ewa dowiedziała się o diakonii misyjnej Ruchu Światło–Życie i dwa lata później stanęła po raz pierwszy na afrykańskiej ziemi, co zmieniło jej życie. Dziś posługuje w Kenii w szkole – sierocińcu Shalom Home. Właśnie za zebrane w Polsce pieniądze buduje dormitorium w tym ośrodku dla około 250 dziewcząt.

Piotr Urbaniak podczas studiów szukał zaangażowania. Brał udział w różnych akcjach charytatywnych, jednak to mu nie wystarczało, bo potrzebował wspólnoty. Do armii organizatorów ŚDM, a dokładnie do sekcji wolontariatu, dostał się trochę przez przypadek. – Znajoma powiedziała mi, że powstaje grupa, która będzie przygotowywać się do spotkania młodych. Potem okazało się, że ta grupa to właśnie początki sekcji wolontariatu Komitetu Organizacyjnego ŚDM w Krakowie – mówi. Dla niego doświadczenie ŚDM to przede wszystkim przejście z kościelnych przedsionków do środka i odkrycie, że Kościół jest jego miejscem i przestrzenią rozwoju dla młodych. Dlatego po ŚDM kontynuował swoją pracę najpierw w wolontariacie Góra Dobra, później w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży i w Radzie Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej.

A myśmy się spodziewali

Gdzie należy szukać owoców wydarzenia, które zostało przygotowane ogromnym kosztem duszpasterskim, logistycznym, finansowym, organizacyjnym? Czy nie była to praca, która poszła na marne, a potencjał ŚDM nie został dobrze wykorzystany? Takie pytania rodzą się w każdym, kto, pamiętając entuzjazm i żywiołowość tamtego spotkania, dziś patrzy na statystyki, które mówią, że młodzi odchodzą od Kościoła i są coraz bardziej krytyczni. – Jeśli ktoś spodziewał się cudu nad Wisłą, że nagle Kościół wypełni się młodymi, to te nadzieje były na wyrost. Aby zobaczyć owoce ŚDM, trzeba przyjrzeć się osobom, które w tym wydarzeniu realnie brały udział. Czy ci młodzi są nadal w Kościele? Czy chcą w nim być, mimo skandali, rozczarowań, niedoskonałości? Ile osób spośród tych, które były na ŚDM, odeszło z Kościoła? – zastanawia się Andrzej Pietrzyk. Jego zdaniem, wydarzenie sprzed 5 lat nie mogło dotknąć młodych, którzy dziś porzucają katechezę, bo wtedy mieli 11–12 lat i nie brali w nim udziału. – To nie jest magia. Wiara musi być przyjęta i przeżyta. Hurraoptymizm był i zniknął, ale mamy konkretnych ludzi, którzy są w Kościele – stwierdza stanowczo młody jezuita.

– A myśmy się spodziewali… – dodaje filozoficznie Gabrysia Flaszczyńska. Przyznaje, że wśród wielu osób organizujących ŚDM w Krakowie żywe było przekonanie, że nastąpi duchowe przebudzenie, powstaną nowe wspólnoty, młodzi będą się angażować. – To się dzieje, ale po pierwsze na mniejszą skalę, niż sobie wymyśliliśmy, a po drugie, nie są to rzeczy, które można wyłapać na oko – uważa przyszła dziennikarka. Jej zdaniem Pan Bóg daje tym samym lekcję pokory, bo jest inaczej niż prognozowano. – Wierzę, że On ma w tym swój plan – wyznaje Gabrysia.

– Może za bardzo zachłysnęliśmy się ŚDM-em i wpadliśmy w samozachwyt? – zastanawia się Piotr Urbaniak. – Patrzę z niepokojem, ale też z wielką nadzieją na to, co dzieje się dziś dookoła mnie, na świecie. Młodzi szukają sposobu na wyładowanie swojego młodzieńczego buntu i czasem uznają Kościół za miejsce, z którym nie chcą mieć nic wspólnego. Ale bardzo wierzę też w to, że to będzie również czas odnowy i nawrócenia – podkreśla.

– To w dużej mierze wina nas, księży, bo młodzi chcą się angażować i szukają swojego miejsca, tylko nie zawsze trafiają na duszpasterzy, którzy ich rozumieją – uważa ks. Michał Kania, świeżo upieczony dyrektor Wydziału Katechetycznego krakowskiej kurii, który był w tamtym czasie wikariuszem w podkrakowskich Bolechowicach, gdzie gościli uczestnicy wydarzenia z różnych stron świata. – ŚDM miały wpływ na rozbudzenie młodych, ale kryzys w Kościele jest trudną rzeczywistością. Młodzi nie tyle odchodzą od Boga, ile mają żal do Kościoła instytucjonalnego. Często z nimi rozmawiam i słyszę o braku zaufania do księży, do biskupów. Powinniśmy dziś bardzo pracować nad odbudowaniem ich zaufania do Kościoła – ocenia kapłan.

Kartka na lodówce

Dla ks. Michała Kani ŚDM to przede wszystkim doświadczenie jedności parafii. – Światowe Dni Młodych pokazały, że jesteśmy prawdziwą wspólnotą, która umie jednoczyć się w momentach trudnych i radosnych, w pracy na rzecz innych. Nauczyliśmy się otwartości i gościnności. Jestem pewien, że kolejni duszpasterze mogą czerpać z tego, co zrodziło się wtedy w parafii, mogą opierać się na dobroci i życzliwości ze strony ludzi – ocenia.

– Co zapamiętałam? Nawet nie tyle konkretne słowa papieża Franciszka, ile naukę, którą można streścić w trzech hasłach: uśmiech, cierpliwość, pokora. Nadal mam na lodówce naklejoną karteczkę z tymi słowami. Moja mama często powtarza, że gdy patrzy na lodówkę, przypomina sobie te wskazania i wciąż się ich uczy. Papież nie mówił o tym wprost, ale jego słowa o miłości, zaangażowaniu i służbie są rozwinięciem tych trzech pojęć – podsumowuje Gabrysia Flaszczyńska.

ŚDM nauczyły Andrzeja Pietrzyka, że Bóg jest wierny swoim obietnicom i spełnia ludzkie marzenia. – To mi dało poczucie robienia czegoś wielkiego, odwagę wielkich marzeń i wielkich planów, żeby nie skupiać się tylko na małych rzeczach, ale otwierać się na więcej, bardziej, na to, co jezuici nazywają magis – wyjaśnia. Według niego, doświadczenie ŚDM jest unikatowe i potrzebne w świecie, który jest bardzo zindywidualizowany. – Zobaczyliśmy, jak wielu młodych wierzy, jak wielu jest takich, którzy mają podobne wątpliwości, problemy, pytania, którzy cieszą się wspólnie, potrafią się dogadać mimo różnic języka i kultury – ocenia. Jak podkreśla, ŚDM pokazuje, że wiara może być wyrażana w różny sposób; otwiera na inność, również w Kościele. Te obserwacje potwierdza Ewa Korbut. – ŚDM na pewno otworzyły mnie na innych i na odmienne sposoby przeżywania wiary. Z młodymi katolikami z innych krajów, którzy pracowali w naszym komitecie, modliłam się przecież wiele razy i na wiele różnych sposobów! – mówi misjonarka.

Dla nich wszystkich praca w komitecie była codzienną konfrontacją z bogactwem różnych osobowości, tradycji kościelnych, wizji, temperamentów, pomysłów. – Kościół może istnieć i rozwijać się dzięki dwóm postawom, z którymi wtedy mieliśmy do czynienia. Pierwsza z nich to chęć konserwacji tego, co jest, a druga to pragnienie twórczych zmian. Okazało się, że te puzzle nie są doskonałe, ale są dobre, bo Chrystus nas łączył – dodaje na koniec Andrzej Pietrzyk.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6