Bliskość otwiera serce

– Gdy ludzie wyczują, że mi na nich zależy, że jestem, by im pomóc, staję się dla nich przekonujący – mówi ks. Robert Chrząszcz, misjonarz mianowany biskupem pomocniczym archidiecezji krakowskiej.

Magdalena Dobrzyniak: Zacznijmy od początku, czyli od domu…

ksiądz Biskup nominat Robert Chrząszcz: Jest w Kalwarii Zebrzydowskiej, na trasie między dworcem kolejowym a klasztorem. Dzięki temu od dziecka widziałem wielu pątników w drodze do sanktuarium, szczególnie w czasie Wielkiego Tygodnia czy sierpniowego odpustu Matki Bożej. To kształtowało moją religijność. Moją wiarę budowała cała rodzina, modlitwa babci, dziadka, rodziców, wspólne niedzielne Msze. Wiele lat byłem ministrantem w sanktuarium kalwaryjskim. Zawsze chodziliśmy z babcią do kościoła wcześnie rano, jeszcze przed szkołą. Gdybym miał wskazać jedną osobę, której zawdzięczam powołanie, to właśnie ona nią była. Miała wielkie marzenie, aby wnuk został księdzem. Modliła się o to i bardzo mnie wspierała. Ale to wsparcie i radość z mojego kapłaństwa dzieliła też z rodzicami i moją ciocią, matką chrzestną.

Co z tych dziecięcych i młodzieńczych lat okazuje się dziś, z perspektywy czasu, najważniejsze?

Kalwaria to miasto stolarzy. Stolarzem był mój ojciec. Widziałem jego codzienną pracę i uczyłem się wytrwałości, trudu, który pozwala utrzymać się rodzinie i godnie żyć. Tak było nie tylko w moim domu, ale także w domach sąsiadów, przyjaciół, kolegów z klasy. W większości rodzin zajmowano się stolarstwem. Poznałem wartość i sens pracy. Mój świętej pamięci tato zawsze dbał, abyśmy pomagali przy domu. Etos pracy wyniosłem z domu rodzinnego. Ale Kalwaria to też sanktuarium, dróżki, pątnicy. Do mojego serca bardzo przemawia połączenie piękna natury z ludzkimi modlitwami. Kto choć raz był na dróżkach, na pewno czuł moc modlitw, które stąd płynęły i płyną do Boga. Miliony ludzi przewinęły się przez to miejsce, szukając Boga, dziękując Mu, zawierzając się Matce Bożej. Zawsze gdy wracałem do domu, przynajmniej na chwilę zaglądałem do klasztoru, by się u Niej pomodlić.

Dlaczego więc nie bernardyni?

Wychowałem się przy Matce Bożej Kalwaryjskiej, wśród bernardynów, w duchowości franciszkańskiej, która wywarła na mnie ogromny wpływ. Znając środowisko klasztoru, zdecydowałem się na naukę w tamtejszym Niższym Seminarium Duchownym i dla kogoś postronnego mogło to wyglądać jak przygotowanie do formacji w tym zakonie. Tymczasem ja nigdy nie myślałem o życiu zakonnym. Widziałem swoją przyszłość jako ksiądz diecezjalny. Do dzisiaj jednak mam wielu przyjaciół wśród bernardynów, nawet tutaj. W Ameryce Południowej mają dwa ośrodki: w Buenos Aires i w Puerto Libertad. Związki z franciszkanami są wciąż silne.

A stolarka przydała się w pracy misjonarza?

Wszystko się przydaje! (śmiech) Dopiero patrząc z perspektywy czasu, rozumiem, dlaczego pewne rzeczy zdarzyły się w moim życiu. Choćby te chwile, kiedy pomagałem w zakładzie taty, no i coś z tej stolarki udało mi się zrozumieć. Byłem wikarym w dwóch parafiach, gdzie budowały się kościoły, i wiele się wtedy nauczyłem. Gdy przybyłem do Rio, do parafii św. Łucji, te wszystkie doświadczenia zaowocowały. Pierwsze miesiące upłynęły pod znakiem trudności językowych. Z parafianami zaczęliśmy się rozumieć przy wspólnej pracy, przy malowaniu, piłowaniu. Ich szacunek budził fakt, że rozumiem nie tylko sprawy teologii i duszpasterstwa, ale że znam też sprawy codzienne. W pracy misjonarzy to bardzo ważne. Moja parafia była uboga. Nie było kogoś, kto zna się na budowlance, więc nawet ja, z moim małym doświadczeniem, mogłem pokierować budową. Pan Bóg mnie przygotował do tego czasu.

Trudno było zrozumieć Kościół w Rio?

On bardzo różni się od polskiego, to kwestia mentalności i wielokulturowości. Na terenie parafii jest wiele kościołów niekatolickich i to powoduje, że duch misyjny jest żywy w każdym katoliku. Kto jest wierzący, chce tę wiarę pokazywać. Oni starają się być misjonarzami, ewangelizować.

To znaczy?

Wiele razy chodziliśmy wspólnie od domu do domu, rozmawialiśmy z ludźmi, mówiliśmy, kim jesteśmy, staraliśmy się pokazać, jak ważny jest Pan Bóg w życiu człowieka. Brazylijczycy mają łatwość ekspresji, chętnie rozmawiają nawet z obcymi o swojej wierze. Ich entuzjazm przypadł mi do serca. W każdej parafii jest spora grupa ludzi, którym można zaufać. Zaangażowanie świeckich jest tutaj bardzo duże.

Są więc świadomymi katolikami?

Tak, ale w ich entuzjazmie jest czasami wiele powierzchowności. Jest też niestałość. Wszystko zależy od dnia, od stanu ducha. Łatwo im przejść od euforii do marazmu. Praca misyjna polegała więc na tym, by wykorzystać ten entuzjazm i zachęcić ich do pogłębiania wiary. Jest tu wiele kursów katechetycznych przy parafii, przygotowanie do ewangelizacji. Ten styl Kościoła mnie urzekł.

Jaki jest przepis na świadectwo wiary wśród najuboższych?

Jedyna recepta to być blisko drugiego człowieka. Nie ma znaczenia, czy on jest ubogi, czy bogaty. Każdy potrzebuje bliskości, rozmowy, czasu. Gdy ludzie wyczują, że mi na nich zależy, że jestem, by im pomóc, staję się dla nich przekonujący. Bardzo sobie cenili fakt, że przybyłem z Europy, która dla nich jest wspaniałym, bogatym światem. Cenili sobie to, że zostawiłem część mojego życia: spokojnego, bez przemocy, bezpiecznego – i jestem z nimi. To było dla nich mocnym świadectwem.

Co jest ważniejsze: głosić Chrystusa czy nakarmić głodnych?

W Rio fawele i dzielnice bogatych są wymieszane. Misją Kościoła jest ewangelizować zarówno biednych, jak i bogatych, i stawać się między nimi pomostem. Ten, kto coś ma, może pomóc temu, który nie ma nic, i dzieje się to w parafii. Rozdajemy miesięcznie 300 paczek żywnościowych. Ludzie, którzy mają możliwości finansowe, przynoszą jedzenie, a inni to rozdzielają i roznoszą do ubogich dzielnic. Raz w tygodniu jest obiadokolacja dla 140 bezdomnych, rozwożona przez parafian po całej okolicy. Przy okazji rozmawiają, modlą się, dopytują o inne potrzeby. Pomoc ubogim łączymy z ewangelizacją. Gdy ktoś prosi o wsparcie, staramy się go zachęcić także do tego, by spojrzał w niebo. On ma swoje problemy, nie wie, czy będzie miał co jeść i gdzie spać, więc trudno mu zauważyć inną rzeczywistość. Pokazujemy mu, że jest dzieckiem Boga, który nad nim czuwa, i że nie może tracić nadziei. Wielu ubogich znalazło się w trudnej sytuacji trochę na własne życzenie, przez nałogi czy brak roztropności. Wiara może ich podźwignąć. Obiadokolacje dla ubogich przygotowuje małżeństwo, świetni ludzie. Mąż przez kilkanaście lat był bezdomny. Wyszedł z tego, założył rodzinę, mają fantastycznych synów, pracują, ale on nie zapomniał o swojej przeszłości i pomaga innym. Tu chodzi nie tylko o to, by dać ludziom chleb, ale pomagać tak, by sami mogli na chleb zapracować.

Padre Roberto zadomowił się w Brazylii i nagle otwiera się nowa karta. Co teraz?

To było wielkie zaskoczenie. Jestem księdzem, swoje „tak” wypowiedziałem 26 lat temu w momencie święceń kapłańskich. Jeśli Kościół w osobie papieża Franciszka prosi o podjęcie nowej misji, czuję się do tego zobowiązany. Zawierzam się całkowicie Panu Bogu i wierzę w moc Ducha Świętego.

Z jakimi nadziejami – a może obawami – wraca Ksiądz do Polski?

Każda zmiana wiąże się i z jednym, i z drugim. To jest część życia. Raz już tego doświadczyłem, gdy wyjeżdżałem z Polski w nieznane. Nie wiedziałem, co mnie spotka, czy sobie poradzę. Takie pytania się pojawiały, ale po 15 latach mogę powiedzieć, że była to najlepsza decyzja w moim życiu. Wracam do Kościoła, który znam, choć zdaję sobie sprawę, że jest wiele zjawisk i problemów, które mnie zaskoczą. Ufam, że z Bożą pomocą podołam temu zadaniu.

Czy wśród doświadczeń brazylijskich znajdzie się klucz do zrozumienia polskich problemów?

Ważna jest postawa dialogu, otwartości, słuchania drugiego człowieka z zachowaniem wierności Ewangelii. Ważny jest szacunek dla każdej osoby, niezależnie od jej poglądów, ale z drugiej strony trwanie przy własnych wartościach.

Co przywiezie Ksiądz Biskup z Rio do Krakowa?

Na obrazku prymicyjnym napisałem modlitwę: „Panie Jezu, daj mi otwarte serce dla wszystkich ludzi, których spotkam na mojej kapłańskiej drodze”. Bliskość otwiera serce, i to jest wartość, którą zabiorę do Krakowa. Przywiozę też pamięć o wspaniałych ludziach, których spotkałem, o przyjaciołach, którzy zastępowali mi rodzinę. Przywiozę ornat, który dostałem od oazy z Piasków Nowych, namalowany przez młodzież, gdy wyjeżdżałem 15 lat temu na misje. Przedstawia Jezusa Dobrego Pasterza. Są tam Rio de Janeiro i Kraków. Był dla mnie ważnym znakiem duchowej jedności. Obiecałem, że wrócę z nim do Polski.•

Ks. Robert Chrząszcz

Ur. w 1969 roku w Wadowicach, w latach 1994–2005 pracował w krakowskich parafiach. Od 2005 r. misjonarz w Brazylii. Stolica Apostolska ogłosiła 11 listopada, że będzie nowym biskupem pomocniczym w Krakowie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7