Trzecia droga Baćki

Dyktator Białorusi wie, jak skończyła część „kolegów po fachu”. Wie również, że inni wprawdzie uniknęli egzekucji, ale skończyli na wygnaniu. Alaksandr Łukaszenka ciągle wierzy, że jemu uda się uniknąć jednej i drugiej opcji.

Prezydent Białorusi z jednej strony nie przypomina żadnego ze swoich „odpowiedników” z bliższej i dalszej historii. Z drugiej zaś – zdaje się powielać błąd większości z nich: kurczowe trzymanie się władzy w sytuacji, gdy nie ma najmniejszych oznak jakiegokolwiek poparcia ze strony społeczeństwa. Niektórzy dodają, że towarzyszy mu w tym autentyczne i charakterystyczne dla dyktatorów zdziwienie protestami i faktem, że „nie wszyscy” go kochają. To nie do końca prawda. Łukaszenka zdaje się mieć świadomość, że pewnych procesów, jakie zaszły w ludziach, nie da się już odwrócić. Sam przyznał to między wierszami w niedawnym wywiadzie dla rosyjskiej telewizji państwowej. Jest chyba tylko jedno wytłumaczenie względnej pewności siebie Baćki: wsparcie, przynajmniej oficjalne, ze strony Putina. Pragnący pokojowych przemian Białorusini najbardziej obawiają się właśnie ewentualnej interwencji Rosji.

Tego zaplecza i takich „pleców” nie mieli inni koledzy po fachu, którzy skończyli albo w sposób tragiczny, albo na banicji, albo musieli oddać władzę bez jednego wystrzału. Oczywiście Łukaszenka jest potrzebny Putinowi tylko do tego, by Rosja utrzymała Białoruś przy sobie. Jeśli jednak na Kremlu jest gotowy plan wymiany Łukaszenki na nowy model, dyktator z Mińska również nie może spać spokojnie. Patrząc na swoich siłowników z OMONU, jak dzielnie pałują i coraz brutalniej rozprawiają się z pokojowymi demonstrantami, powinien w wolnej chwili sięgnąć po dobrą lekturę o tym, jak kończyli dyktatorzy. Tak na wypadek, gdyby na Kremlu powzięto już decyzję w jego sprawie. I gdyby komuś z dowódców siłowników nie wystarczyły już wysokie pensje za lojalność.

Geniusz Karpat

Słynne nagranie z ostatniego wystąpienia Nicolae Ceauşescu. Jest 22 grudnia 1989 roku. Zwołany „spontanicznie” wiec poparcia dla dyktatora w Bukareszcie ma przykryć gotujący się już w ludziach zapał rewolucyjny. Iskrą okazały się krwawo tłumione demonstracje w Timisoarze po tym, jak wierni Rumuńskiego Kościoła Reformowanego nie chcieli dopuścić do eksmisji swojego pastora, od dawna mocno krytycznego wobec władzy. Ale przyczyny gniewu Rumunów sięgają oczywiście głębiej: lata życia w biedzie przy luksusowych i absurdalnych wydatkach dyktatora, wszechobecny strach przed donosicielstwem, terror rumuńskiej bezpieki i wreszcie świadomość poniesienia kosztów spłaconego nagle przez Ceauşescu całego długu zagranicznego – to wszystko było beczką prochu, na której dyktator i jego żona siedzieli od lat. Do tego, jak gdyby nic się nie stało w Timisoarze, Ceauşescu poleciał do Iranu. Niektórzy mówili wprawdzie, że chciał prosić świeżo wybranego prezydenta Rafsandżaniego o wysłanie irańskich najemników, by pomogli stłumić protesty w Rumunii, ale możliwe, że powód wizyty był dużo bardziej prozaiczny: i Ceauşescu, i Rafsandżani potrzebowali siebie nawzajem, by udowodnić swoim społeczeństwom, że ich kraje mają jeszcze jakiekolwiek relacje międzynarodowe. O ile jednak przywódcy Islamskiej Republiki byli od dekady przyzwyczajeni do dyplomatycznej izolacji, o tyle dla dyktatora Rumunii była to nowa sytuacja – przecież Geniusz Karpat zasłynął również z tego, że w najzimniejszych latach zimnej wojny gościł u przywódców zachodnich i sam podejmował ich z pompą u siebie. Równocześnie wypracował względną niezależność od ZSRR, w tym również wycofanie aktywności wojskowej w Układzie Warszawskim.

Zagadką do rozwiązania dla historyków pozostają słowa, jakie usłyszał Ceauşescu podczas swojego ostatniego spotkania z Michaiłem Gorbaczowem na Kremlu 4 grudnia 1989 roku. Przywódca upadającego imperium sam zwracał uwagę Ceauşescu, że jego sposób sprawowania władzy jest anachroniczny. Na zaproszenie do złożenia wizyty w Rumunii w styczniu 1990 roku Gorbaczow odpowiedział: „A macie pewność, że dożyjecie do tego czasu?”. Nie minęły trzy tygodnie, a słowa te okazały się złowieszczym proroctwem. Na wspomnianym wiecu poparcia 22 grudnia nagle jedna osoba zaczyna krzyczeć: „Timisoara!”. Okrzyk podejmują kolejne osoby, setki, potem tysiące ludzi skandują tylko to jedno, wszystko mówiące słowo. Dyktator nie rozumie, co się dzieje, jest autentycznie zdziwiony, próbuje uspokajać tłum, pomaga mu jego żona, w końcu musi schować się w gmachu KC. Jest już za późno: tłum Rumunów, którzy w końcu przełamali strach, wpada do budynku. Są ofiary śmiertelne, bezpieka jeszcze walczy z rewolucjonistami, ale dyktator musi uciekać helikopterem. Na próżno – zostaje zdradzony przez najbliższych współpracowników, w tym przez wojskowych. Krótki, pokazowy proces kończy się jednoznacznym wyrokiem i niemal natychmiastowym rozstrzelaniem pary dyktatorów.

Białoruś nie Rumunia, ale…

Ta historia w niemal każdym punkcie różni się od tego, co dzieje się na Białorusi, a zarazem jest w niej coś, co nie pozwala Łukaszence spać spokojnie. Zacznijmy jednak od oczywistych różnic. Białoruś, przy całej brutalności tamtejszego systemu, nie jest Rumunią z końca lat 80. XX wieku. A Łukaszenka nie jest Ceauşescu. To w żadnym stopniu nie łagodzi oceny tego, do jakiego stanu doprowadził swój kraj Baćka, ani nie usprawiedliwia sposobu, w jaki rozprawia się z protestującymi pokojowo obywatelami. Mimo wszystko jednak białoruska bezpieka nie przypomina rumuńskiej Securitate (której nawet sowiecka KGB ustępowała pod względem stosowanego terroru i skali inwigilacji). A i Łukaszenka nigdy nie wypracował takiego kultu jednostki, jaki stworzył w Rumunii Ceauşescu. Poza tym sami Białorusini nie przypominają Rumunów sprzed ponad 30 lat. W państwie Ceauşescu stopień zastraszenia społeczeństwa i zabicia wszelkiej samodzielności myślenia i aktywności społecznej został doprowadzony do perfekcji (pozwolenie na posiadanie i używanie maszyny do pisania to tylko jeden z legendarnych przykładów). Białorusini przez lata również mieli okazję doświadczyć, czym kończy się próba niezależnego myślenia i krytycznej postawy wobec władzy, ale mimo wszystko dużo łatwiej przyszło im teraz masowo wyjść na ulice, bo wola niezależności i normalnego życia, w tym prawa do realnego wyboru prezydenta, była tu żywa cały czas.

Jednocześnie Łukaszenka ma szczęście, że Białorusini nie są Rumunami z lat 80.: pałacu prezydenckiego raczej nie zaatakuje rozwścieczony i żądny krwi tłum. Próba rewolucji na Białorusi ma ciągle jednak – i oby tak pozostało – charakter pokojowy. Przynajmniej po stronie obywatelskiej. Ale trudno przewidzieć, co może się wydarzyć, gdy brutalność siłowników Łukaszenki przejdzie w fazę podobną do tej, która krwawo tłumiła protesty w Timisoarze i później w innych miastach Rumunii. Łukaszenka wie, że w ludziach już coś bezpowrotnie pękło. I że na razie jedyną gwarancją utrzymania władzy jest wsparcie Kremla. A co jeśli – i tu wracamy do ostatniego spotkania Ceauşescu z Gorbaczowem – Łukaszenka podczas swojej niedawnej wizyty w Moskwie usłyszał od Putina coś podobnego do tego, co usłyszał dyktator Rumunii od Gorbaczowa w grudniu 1989 roku?

Cień Honeckera

Celowo zatrzymałem się dłużej na przykładzie Ceauşescu, bo może być ostrzeżeniem. Można wprawdzie pisać długo o innych satrapach, którzy skończyli w sposób, który nawet u ich wrogów powinien budzić grozę i niesmak. Trudno przecież pochwalić to, jak rozprawiono się z Saddamem Husajnem (egzekucja na oczach świata), nie mówiąc już o zwierzęcym wręcz potraktowaniu Muammara Kaddafiego. To prawda, że ich zbrodnie przewyższają okrucieństwem to, czego sami doświadczyli w ostatnich sekundach życia, jednak trudno zgadzać się na taką formę zemsty na bezbronnym już w chwili uwięzienia dyktatorze. Łukaszenka, jeśli w ogóle bierze pod uwagę oddanie władzy (to znaczy, jeśli taką sugestię usłyszał na Kremlu), z pewnością liczy na zupełnie inny koniec.

Problem w tym, że „pocieszających” przykładów w historii nie ma za wiele. Większość tyranów, trzymając się władzy do samego końca, odchodziła w okolicznościach tragicznych. Stosunkowo miękkie lądowanie, jako jeden z niewielu, miał przywódca NRD, Erich Honecker. Tuż przed upadkiem muru berlińskiego został odsunięty od władzy, a po upadku muru – pozbawiony wszelkich tytułów. Gdy wyjechał do chwiejącego się już ZSRR, w Niemczech wytoczono mu proces – był oskarżony m.in. o zbrodnie na obywatelach próbujących uciekać na Zachód. Oczywiście Moskwa odmówiła ekstradycji swojego człowieka, ale po rozpadzie ZSRR Honecker musiał schronić się w chilijskiej ambasadzie. W końcu jednak doszło do deportacji do Niemiec, ale ze względu na postępującą chorobę nowotworową pozwolono mu wyjechać do Chile. Tym samym uniknął stanięcia przed wymiarem sprawiedliwości. Łukaszenka, choć ciągle liczy na utrzymanie władzy, może jeszcze znaleźć się w sytuacji, że scenariusz zbliżony do losów Honeckera będzie najłagodniejszym wyrokiem.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12