Lekcja oddychania

O powrocie do żywych, zdumiewających niespodziankach i Baranku, który zapłacił za wszystko, mówi Magdalena Buczek.

Marcin Jakimowicz: Droga Madziu, a właściwie pani Magdaleno, co powiedziałabyś tnącym się młodym, którzy twierdzą, że życie nie ma żadnego sensu?

Magdalena Buczek: Powiedziałabym, że każdy ma wybór. Może skupić się albo na tym, czego nie ma, na brakach, niedostatkach, niedoskonałościach, cieniach, albo na docenieniu najdrobniejszej rzeczy, którą posiada. Ta pierwsza droga, to użalanie się nad sobą, prowadzi w ciemność, rozpacz, smutek, zgorzknienie, rozdrapywanie ran, druga – do coraz większej radości.

Musiałaś się jej uczyć przez lata czy znalazłaś się na niej z dnia na dzień po jakimś dramatycznym wydarzeniu?

To łaska, która towarzyszy mi od początku. Ale to nie jest dane na całe życie. Muszę o to walczyć. Gdy doświadczam trudności, zawirowań, ratuje mnie postawa dziecka – ufność. Dziecko potrafi spojrzeć na wszystko czystym spojrzeniem. Niestety, przychodzą takie momenty, gdy zło zaciera ten obraz, wprowadza niepokój, a nawet lęk…

Najczęściej miewam takie stany nocą. Wyświetlają mi się same, podszyte lękiem, czarne scenariusze.

Wiem, o czym mówisz. Znam takie momenty. Ale wówczas staram się wrócić do pierwszej, jasnej chwili, do zachwytu. Zamartwianie się jest drogą donikąd. Przeżyłam to w czasie pandemii. Pierwsza myśl? Jak ja wytrzymam w czterech ścianach? Nieustannie byłam w drodze, na spotkaniach wspólnoty, kursach nowej ewangelizacji, a teraz? Jak to przeżyć? Nauczyłam się szukać tego, co dobre w konkretnym dniu. Skupiać się na małych, drobnych rzeczach. I dziękować za nie.

Na szczęście wokół wybuchła wiosna…

…A ja chyba nigdy nie byłam na tylu spacerach. (śmiech) I wracamy do punktu wyjścia: wszystko zaczyna się od decyzji. Co wybierasz? Skupienie się na sobie, na bólu, cieniu, czy postawę dziecka dziękującego za to, co dobre.

Dziecko ma w sobie odwagę, nie roztrząsa godzinami tysięcy „za i przeciw”. Masz to w sobie. Jak szalona ruszyłaś niedawno z mamą do Medjugorja…

To był wariacki plan. (śmiech) Decyzja chwili. Siedziałyśmy w niedzielne popołudnie na tarasie, gdy nagle napisał kolega. „Nie znasz kogoś, kto wybrałby się w przyszłym tygodniu do Medjugorja?” – zapytał nieśmiało. „Popytam znajomych” – odpisałam. – „Ale jakby co, my zawsze jesteśmy chętne. Dwa razy nam nie trzeba powtarzać”. Jedziemy! – zdecydowałam. Dopiero wtedy powiedziałam o tym mamie. Po chwili załatwiałam już noclegi. I ruszyłyśmy w czasie tych pandemicznych obostrzeń na granicach…

Pan Bóg zafundował Wam rekolekcje?

Wychodzę z założenia, że jeśli On ma jakiś plan, to z tym nie dyskutuję. To się dzieje jakby poza mną. Nie mam wówczas cienia wątpliwości, jak postąpić.

Wstajesz rano i wiesz, że jesteś kochana? Że jesteś córką Króla?

Bywa różnie. Sporo zależy od tego, z jakim nastawieniem kończyłam poprzedni dzień. Ale nawet jeśli ta myśl nie towarzyszy mi od początku, to przychodzi po modlitwie. Jestem kochana. Jestem w dobrych rękach. Złapałam się na tym, że nie mam nawet wielkich marzeń, bo i tak Pan Bóg mnie nieustannie zaskakuje, a Jego oferta przebija wszystko. Na początku wakacji myślałam: „Posiedzę z mamą w domu, rozłożymy na tarasie maleńki basenik, a ja, pluskając się, będę sobie wyobrażała, że jestem nad morzem…

W słynnym kurorcie Łaziska-Zdrój. Ooo, zobacz za oknami widać nawet Beskidy…

To miał być plan minimum. A Pan Bóg mnie zaskoczył. Jak zwykle. Ruszyliśmy do Medjugorja. A tam żadnych tłumów. Cisza, głębia, spokój. Wieczorami puściutkie ulice. Naprawdę można się było pomodlić. (śmiech) Kiedyś po ado­racji usiedliśmy na ławkach za kościołem. Wokół nas pusto. Kolega wziął gitarę i długo do nocy uwielbialiśmy Pana Boga. Niezwykłe przeżycie trwania w obecności Boga. Nie mogliśmy skończyć...

A kilka dni po Waszym powrocie Węgry zamknęły granice.

Śmialiśmy się: najwyżej zostaniemy u Gospy. Ludzie mówili różne rzeczy, że wprowadzają nowe obostrzenia, kwarantannę, że organizatorzy wycieczek mogą trafić do więzienia (zastanawialiśmy się, kto z naszej trójki pójdzie siedzieć). Pan Bóg to wszystko znakomicie zaaranżował. Wróciliśmy do Polski z ogromnym pokojem w sercu, takim, „którego świat dać nie może”.

Miałaś podobny pokój, gdy przed 10 laty twoja mama usłyszała na szpitalnym korytarzu: „Pani córka umrze. To jest właśnie ten czas…”?

Byłam wówczas nieprzytomna, więc to do mnie nie docierało. Nie pamiętam czasu szpitala w Bystrej, pamiętam wszystko od chwili wybudzenia ze śpiączki farmakologicznej. To było prawdziwe 40 dni postu. Zresztą zaczęło się w Wielkim Tygodniu. Mama słyszała od lekarzy straszne rzeczy. Była niezwykle dzielna. Podobno, nie pamiętam tego, żegnałam się z nią…

Mama Magdy: Raz Magda powiedziała: „Weź mnie na ręce i przytul. Odchodzę”. Potem nie było z nią kontaktu. Zdarzyła się niezwykła rzecz. Mówiłam po cichu Różaniec, a Magda… odpowiadała: „Święta Maryjo, Matko Boża”. A przecież nie mogła wiedzieć, co mówię! Lekarze twierdzili, że to koniec, ale ja odpowiadałam: „Nie jestem gotowa”.

Znajomi, którzy wyszli z podobnych zawirowań, którzy dotknęli śmierci po „powrocie do żywych”, z zachwytem dotykali ścian, mówili: „Wszystko jest inne, ma nowy smak”. Czułaś, że dostałaś nowe życie?

Jasne. Wszystko zaczęło się na nowo! Gdy przytomna leżałam przez kilka dni na OIOM-ie, a wokół umierali ludzie, wiedziałam, że to mogą być ostatnie chwile. Pewnego ranka obudziłam się zaintubowana. Okazało się, że w nocy przestałam oddychać. Miałam bezdech. Musiał za mnie oddychać respirator. Wtedy uświadomiłam sobie dwie rzeczy: swą kruchość, totalną zależność od Boga, i to, że odtąd moje życie kompletnie się zmieni. Byłam na drugim roku wymarzonych studiów dziennikarskich, prowadziłam Podwórkowe Koła Różańcowe…

I to z wielkim rozmachem. Dziś należy do nich 150 tys. dzieciaków!

I co teraz? Zostawić to wszystko? Wyjazdy na spotkania z dziećmi, rekolekcje, podróże? Strasznie trudny moment. Ciężko było mi zaakceptować, że to koniec, że będę skazana na cztery ściany. Ale po długiej walce powiedziałam: „Przyjmuję to, co zaplanowałeś. Zgadzam się na Twoją wolę. Rób, co chcesz”. To była lekcja zaufania na nowo.

I doświadczenia tego, że hebrajskie ruah oznacza nie tylko Ducha Świętego, ale i oddech. Siedzimy teraz przy kawie i oddychamy, bo On tego chce…

Tak! Dziś widzę, jak ogromne dobro Bóg z tego wszystkiego wyprowadził. Wyszłam ze szpitala wyremontowana. (śmiech) Poprawiła się jakość życia, pojawiło tyle wyjazdów, tyle podroży. Czy przypuszczałabym kiedyś, że będę jeździła po Europie, że będę w Kazachstanie, że popłynę kajakiem? W życiu o tym nie marzyłam. Po co snuć plany, które nie mogą się spełnić? By jeszcze bardziej się rozczarować? Jestem realistką, lubię konkret.

Typowa śląska kobieta…

Tymczasem On mi pokazuje, że nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. „Dałeś mi nowe życie – mówiłam Bogu. – Jaki masz plan? Co mam robić?”.

A Bóg odpowiadał: „Magda, po prostu chcę ciebie kochać”.

To najważniejsze, nieustanne doświadczenie! Mówiłam już, że nie mam właściwie wielkich planów, bo i tak On mnie nieustannie zaskakuje…

Święty Paweł mówi wyraźnie, że chlubi się nie swoim krzyżem, ale „krzyżem Jezusa”. A my nad Wisłą wychodzimy i zaczynamy wyliczankę, listę skarg i wniosków: „Mam dziecko z zespołem Downa, jestem chory na raka”. Żonglerka krzyżami i historiami chorób. Przecież Paweł nie mówi tego w tym kontekście... Woła: „Chlubię się krzyżem Chrystusa”, nie swoim. Co to znaczy?

Cierpienie jest tajemnicą. Pan Bóg mnie nie uzdrowił, ale… ja na to nie czekam. Nie oczekuję tego. Wiem, że mój stan jest po coś. On wie po co. Jestem pewna, że gdyby nie moja choroba, nie przylgnęłabym tak mocno do Niego. A to moja największa radość! Nie zamieniłabym jej na nic. Ja nie chcę zbawiać świata, bo on już został zbawiony. To właśnie dokonało się na krzyżu! Objawiła się miłość nie z tego świata. Jezus pokazał, że kocha konkretnego człowieka tak bardzo, że jest w stanie ofiarować się za niego samego. Wywyższenie krzyża to nie chlubienie się swymi cierpieniami i chorobami, ale zachwyt nad tym, czego dokonał Jezus, nad Jego ogromnym zwycięstwem. Nie musimy już dźwigać naszych ciężarów sami, nie musimy sami zmagać się z przeciwnościami. Krzyż nie jest ostatnim słowem. Ostatnim słowem jest zmartwychwstanie.

„Wykonało się” to znaczy „zapłaciłem”. Ja przez lata starałem się zapracować na Jego miłość. Dopiero przed sześciu laty dotarło do mnie, że nie jestem Bogu nic winien. On już zapłacił. Ty nie traktowałaś zakładania kolejnych kół różańcowych jako waluty?

Nigdy. Mam świadomość, że On już zapłacił za wszystko, i zawsze wiedziałam, że w Podwórkowych Kołach Różańcowych nie ma żadnej mojej zasługi, że to od początku do końca dzieło Boże. Wiadomo, ktoś musi to tu, na ziemi, nadzorować, ale wszystkim steruje Bóg. To nie moja zasługa, nie żadna waluta. On zapłacił za wszystko i z każdej sytuacji jest w stanie wyprowadzić dobro. Jestem tego żywym dowodem…•

Magdalena Buczek

założycielka Podwórkowych Kół Różańcowych Dzieci, spikerka Radia Maryja i Telewizji Trwam. Ukończyła dziennikarstwo i politologię w WSKSiM w Toruniu. Formuje się w Szkole Nowej Ewangelizacji „Zacheusz”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7