Między szkołą a parafią

Szkolne lekcje religii nie miały zastąpić katechezy parafialnej, ale być jej dopełnieniem. W trzydziestą rocznicę powrotu religii do polskich szkół warto o tym przypominać.

Trzydzieści lat minęło, odkąd w szkołach pojawili się katecheci, a wraz z nimi – lekcje religii. Pamiętam atmosferę tamtych dni. Chwilę wcześniej szkolne godła odzyskały koronę, teraz nad nimi pojawiały się krzyże – często te same, które zostały zdjęte w stanie wojennym. Większość z nas cieszyła się tym faktem: pamiętam, że w klasowym głosowaniu (byłem wtedy w siódmej klasie szkoły podstawowej) tylko jeden z kolegów był przeciwny obecności krzyża w szkolnej sali. Ale i on tłumaczył to szacunkiem dla krzyża – obawą o to, że nasze zachowanie nie będzie licować z powagą symbolu wiary. Słowem: był to czas pełen nadziei, a powrót religii do szkół wpisywał się w ów ciąg zmian – jak się zdawało – na lepsze.

Zasiane ziarna

Czy z perspektywy trzydziestu lat można potwierdzić, że ten powrót faktycznie był „dobrą zmianą”? Trzeba przyznać, że entuzjazm z nim związany nie trwał zbyt długo. Chwilę później, już na początku lat dziewięćdziesiątych, pojawiła się w Polsce silna fala antyklerykalizmu. I tu znów mogę odwołać się do własnego doświadczenia: katecheci w moim liceum, zamiast skupić się na nauczaniu najważniejszych prawd wiary, musieli nieustannie odpowiadać na zaczepne pytania o aborcję, antykoncepcję, eutanazję... Niektórym kolegom lekcja religii służyła do śródlekcyjnej drzemki czy odpisywania zadań. Choć pamiętam też szczere brawa, jakie otrzymał jeden z katechetów od mojej – zwykle dość sceptycznie nastawionej – klasy, kiedy obwieścił na koniec roku, że udaje się na misje do Chin.

A jednak wiele ziaren zostało zasianych. Szkolne lekcje religii stały się okazją, by dotrzeć także do tych, którzy w przykościelnych salkach być może nigdy by się nie pojawili. Sam, jako dorosły już oazowicz, kilkakrotnie odwiedzałem wraz z przyjaciółmi szkoły, by zaprosić młodych ludzi na spotkania Ruchu Światło–Życie. Część z tych, którzy wtedy przyszli, jest dziś mocno zaangażowana w Kościele. Podobnych okazji w ciągu trzydziestu lat musiało być mnóstwo, a to przecież niejedyna korzyść ze szkolnego nauczania religii. – Mamy dziś całe pokolenie ludzi, którzy otrzymali edukację religijną w szkole – podkreśla ks. prof. Piotr Tomasik, koordynator Biura Programowania Katechezy przy Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski. – Środowisko szkolne zaczęło służyć rodzinie, wypełniając zasadę pomocniczości, stanowiącą jedną z podstaw demokratycznego państwa. Rodzice mają przecież prawo wymagać, by szkoła pomogła im w wychowaniu dzieci, również w sensie religijnym. Dodajmy, że dotyczy to nie tylko religii katolickiej, ale dwudziestu kilku związków wyznaniowych, które prowadzą lekcje w polskich szkołach.

Katecheci nie z łapanki

Mimo to co pewien czas wraca dyskusja na temat zasadności pobierania nauki religii w szkolnych ławach. I nie chodzi tu wyłącznie o głosy tej części lewicy, której religia po prostu przeszkadza w promowaniu własnej, skrajnie odmiennej wizji świata. Głosy te pochodzą również z wnętrza Kościoła. Często podnosi się argument, że na zajęcia w salkach parafialnych przychodziły zwykle osoby faktycznie zainteresowane, co sprzyjało pogłębieniu prezentowanych tematów i utożsamieniu się z nimi. Komisja Wychowania Katolickiego KEP w słowie skierowanym do rodziców z okazji nowego roku szkolnego oraz 30. rocznicy powrotu religii do szkół potwierdza, że tak faktycznie było. Podkreśla jednak, że kontekst tamtych lekcji był nieco inny: „Spotkania katechetyczne w salkach zwykle były prowadzone we wspólnocie wiary. Towarzyszył im klimat dobrych wzajemnych relacji. Dodatkowo bliskość kościoła parafialnego sprawiała, iż w ramach tych spotkań możliwe było chrześcijańskie wychowanie i wtajemniczenie. Niewątpliwie jednak pod względem dydaktycznym i organizacyjnym spotkania te były zróżnicowane – zależnie od możliwości danej parafii. Z perspektywy czasu i zmian, jakie zaszły w społeczeństwie – także pod względem stosunku do wiary – warto zastanowić się, jak wyglądałyby te spotkania dzisiaj. Czy wciąż cieszyłyby się tak dużą popularnością?” – napisał bp Marek Mendyk, przewodniczący komisji.

– Uważam, że katecheza parafialna sprzed 1990 r. jest dziś zbytnio idealizowana – mówi ks. prof. Piotr Tomasik. – Sam uczestniczyłem w niej przez dwanaście lat i mogę tylko powiedzieć, że bywało bardzo różnie. Wszystko zależało od katechety: miałem wielu dobrych, ale zdarzali się też bardzo słabi, którzy marnowali czas.

– Trzydzieści lat temu, przed powrotem religii do szkół, katechetami byli często ludzie „z łapanki”, bez odpowiedniego wykształcenia – podkreśla dr Aneta Rayzacher-Majewska, katechetka i rzeczoznawca ds. oceny programów nauczania religii i podręczników katechetycznych przy Komisji Wychowania Katolickiego KEP. – Dziś mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Katecheta to także nauczyciel, który musi spełniać te same kryteria co inni nauczyciele. Dlatego formacja katechetów jest obecnie na dużo wyższym poziomie niż przed trzydziestu laty. Również programy i podręczniki do nauki religii zostały dostosowane do współczesnych odbiorców i systemu edukacji.

Okazja do świadectwa

Innym argumentem, wysuwanym czasem przeciw religii w szkole, jest wpisanie katechezy w schemat obowiązku szkolnego, co w niektórych przypadkach może nawet zniechęcać do Kościoła i przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Ks. prof. Tomasik nie zgadza się z takim widzeniem sprawy: – Młodzież bardziej buntuje się przeciwko matematyce czy chemii niż przeciwko religii. Kwestia obowiązku też dotyczy religii w mniejszym stopniu, bo przecież jest ona wybierana – przez rodziców czy nawet przez samych uczniów.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że na szkolnych lekcjach religii pojawiają się również osoby w ogóle niezainteresowane przedmiotem albo wręcz nastawione do niego wrogo. Katecheta, zamiast przekazywać wiedzę i dzielić się wiarą z tymi, którzy są jej najbardziej spragnieni, poświęca wtedy dużą część energii na uspokajanie pozostałych. Ksiądz Tomasik dostrzega jednak także plusy tej sytuacji: – Fakt, że wierzący uczniowie spotykają się w szkole z agresją wobec religii, staje się dla nich okazją do dawania świadectwa. Często właśnie oni wspomagają katechetę, przekazując swoim językiem – czasem bardziej obrazowym czy nawet dosadnym – tę samą prawdę. I dla reszty uczniów ten przekaz okazuje się przekonujący.

Trzeba tu dodatkowo podkreślić, że religia w szkole nie jest pełną katechezą. We wspomnianym słowie do rodziców bp Mendyk pisze, że „decyzje podjęte w roku 1990 w żadnej mierze nie miały wiązać się z osłabieniem katechetycznej roli parafii. W dokumentach katechetycznych wielokrotnie podkreślana jest potrzeba zarówno szkolnych lekcji religii, jak i katechezy parafialnej. Relacja zachodząca pomiędzy nimi jest relacją komplementarności i zróżnicowania”.

Potrzeba roztropności

Fragment dotyczący katechezy parafialnej może zdziwić niektórych odbiorców listu, bo... w wielu parafiach taka forma zdaje się dziś nie istnieć. – Mam wrażenie, że po 1990 r. trochę zachłysnęliśmy się samą obecnością religii w szkole i stąd zrodziło się przekonanie, że to wystarczy – twierdzi Aneta Rayzacher-Majewska. – W istocie katechezę parafialną sprowadziliśmy do przygotowania do przyjęcia sakramentów. To zdecydowanie za mało.

Czym więc powinna być katecheza parafialna i czym różni się od religii w szkole? – Przede wszystkim adresatem – wyjaśnia ks. prof. Piotr Tomasik. – Na lekcje religii chodzą po prostu ci, którzy się zapiszą. Oprócz wierzących są tu więc także osoby letnie, są poszukujący, ale i ateiści. A skoro adresat jest inny, to i treść musi być inna. Nie tworzymy np. w ramach lekcji grupy modlitewnej, choć jestem zdania, że każda lekcja powinna zaczynać się i kończyć krótką modlitwą. Nie odprawiamy też nabożeństw. Elementy wtajemniczenia, inicjacji chrześcijańskiej, pozostawiamy właśnie katechezie parafialnej.

Może więc religia w szkole powinna pozostać przede wszystkim kursem wiedzy religijnej? Ale w takim razie co z wykorzystaniem szansy na ewangelizację? – Nie przeciwstawiałbym tych dwóch elementów – odpowiada ks. Tomasik. – Wiedza jest potrzebna do ewangelizacji, a prawda wiary ma swoją treść. Tyle że ewangelizacja powinna też nieść ze sobą zachętę do zaangażowania w życie parafialne. Wszystko zależy jednak od tego, czy takie zaproszenie znajduje się po stronie parafii.

– Kluczowy jest tutaj nie tyle program, co osoba katechety – uważa Aneta Rayzacher-Majewska. – Potrzeba roztropności i wzięcia pod uwagę tego, że wiara poszczególnych uczniów znajduje się na różnym etapie. Dobry katecheta pozostawia zawsze pewien margines na dyskusję, wsłuchuje się w głosy uczniów, stwarza im możliwość zadawania pytań.

Apologeta czy kamikaze?

Dodatkowym problemem, przed którym stoi obecnie Kościół w Polsce, jest brak wystarczającej liczby katechetów. Przyczyn tej sytuacji jest kilka. Przede wszystkim wielu katechetów uzyskało kwalifikacje i zaczęło uczyć w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Teraz właśnie te osoby przechodzą na emeryturę. Pojawia się wyrwa, której nie udaje się na bieżąco uzupełniać. – Mamy mniej powołań, mniej księży, ale też mniej studentów teologii – zauważa dr Aneta Rayzacher-Majewska. – Wiele osób jest przekonanych, że katecheta to trudny zawód. Niektórych przeraża ta swoista podległość dwóm podmiotom: szkole i Kościołowi. Nie bez znaczenia jest też kwestia zarobków. Warto, by proboszczowie pamiętali, że misja kanoniczna do nauczania w szkole nie jest zobowiązaniem do darmowego wykonywania dodatkowych prac w parafii. Te powinny być wynagradzane oddzielnie.

– Studia teologiczne trwają pięć lat, są wymagające, dzięki czemu katecheci są lepiej wykształceni, ale chętnych nie ma zbyt wielu – dodaje ks. prof. Piotr Tomasik. – Duża część potencjalnych nauczycieli religii uważa, że podjęcie tego zawodu oznacza zgodę na bycie kamikaze. Atmosfera wytworzona przez media sprawia, że mówią: nie mam siły być workiem treningowym. Tymczasem sytuacja nie wszędzie wygląda aż tak źle. Tyle że w czasach laicyzacji potrzebna jest apologia wiary – nie tylko jej obrona, ale i uzasadnienie. Potrzebujemy katechetów z powołania, którzy odpowiedzą na to wyzwanie. •

Nauczanie religii w Europie

Niemal wszystkie państwa Unii Europejskiej naukę religii traktują jako niezbędny element szkolnego systemu edukacji i finansują ją, gdyż wychodzą z przekonania, że bez tej formy edukacji obywatele będą mieć kłopot z rozumieniem europejskiego „kodu kulturowego”. W Unii Europejskiej wyjątek stanowią Francja i Słowenia, które konstytucyjną „świeckość” rozumieją w ten sposób, że żadne elementy religii, w tym jej nauczanie, nie powinny mieć miejsca w przestrzeni publicznej, a zatem i w państwowej szkole. W 23 krajach Unii Europejskiej religia nauczana jest w szkołach publicznych, a w 4 nie ma nań miejsca w państwowym systemie edukacji. W 8 krajach Unii Europejskiej udział w szkolnych lekcjach religii jest obowiązkowy. Są to: Austria, Cypr, Dania, Finlandia, Grecja, Malta, Niemcy (większość landów) i Szwecja. Z lekcji religii mogą być zwolnieni uczniowie, których rodzice wyrażą zdecydowany sprzeciw. W Grecji i na Cyprze osoby deklarujące się jako prawosławne są zobligowane do uczęszczania na szkolną katechizację. W 15 państwach Unii Europejskiej udział w szkolnych lekcjach religii jest dobrowolny (ma charakter fakultatywny), w zależności od woli rodziców bądź samych uczniów w klasach ponadgimnazjalnych. Musi być to wyrażone w formie pisemnej deklaracji. Są to: Belgia, Chorwacja, Czechy, Estonia, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Litwa, Łotwa, Polska, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Węgry i Włochy. W 4 państwach Unii religia jest nauczana wyłącznie przez związki wyznaniowe poza szkołą publiczną. Są to: Francja, Słowenia, Luksemburg i Bułgaria. W Bułgarii religia dotąd nie powróciła do szkół po okresie komunizmu, mimo że upomina się o to Kościół prawosławny. W zdecydowanej większości krajów UE nauczanie religii w szkole – podobnie jak w Polsce – ma charakter konfesyjny, co oznacza, że decydujący wpływ na program nauczania mają poszczególne Kościoły. Zwykle zorganizowanie zajęć dla konkretnego wyznania wymaga zebrania określonej grupy uczniów wyrażających taką wolę. Podczas lekcji religii wystawiane są oceny, jednak na ogół – poza Niemcami – nie są one zaliczane do średniej. W niektórych państwach UE – szczególnie tam, gdzie religia jest obowiązkowa – uczniowie mogą zdawać maturę z religii. Tak jest w Austrii, pięciu krajach związkowych Niemiec, Grecji, Irlandii i Finlandii oraz w Czechach, mimo że religia jest tam przedmiotem dobrowolnym. We wszystkich krajach, gdzie nauczanie religii obecne jest w państwowym systemie oświaty (zarówno w formie obowiązkowej, jak i dobrowolnej), jest ono finansowane ze środków publicznych. Na podst. KAI

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12