Nie gramy w teatrze

O spotkaniach bez piuski, mentalności ewangelizatora i leku na „drugą Irlandię” mówi bp Adrian Galbas.

Da się być prorokiem, który czasem musi użyć mocnych słów i jednocześnie pozostać „fajnym biskupem”? Można czasem odnieść wrażenie, że dla ludzi duchowny jest „fajny”, dopóki nie wypowie się stanowczo w sprawach drażliwych.

Zawsze najskuteczniejszym sposobem ewangelizacji są słowo i przykład. Najpierw musi być mój przykład życia Ewangelią i wiarą, bo jak tego nie ma, to mamy tylko teatr. Tragifarsę. Jestem pewien, że ludzie, nawet bardzo zdystansowani do Kościoła, nie mają pretensji, że Kościół głosi prawdy wiary i swoją naukę. Jeśli coś ich zraża, to niewiarygodność głoszących i styl głoszenia. Nie można nie głosić nauki Kościoła, ale nie można także nie szanować tych, którzy tę naukę odrzucają. Czy to nie ciekawe, że kiedy Maryja objawia się w Fatimie, zawsze mówi: módlcie się za biednych grzeszników. Nigdy nie powie: za strasznych grzeszników, przeklętych grzeszników. Zawsze za biednych. To jakaś podpowiedź dla nas: w jaki sposób patrzę na człowieka, który jest z dala od Kościoła, i to jeszcze zanim się z nim spotkam, zanim wejdę z nim w dialog, czy to medialny, czy osobisty. Od tego nastawienia bardzo dużo zależy. Poza tym czasem górę biorą emocje zamiast argumentów. Ludzie często nie wiedzą, dlaczego Kościół głosi to, co głosi. Skąd się to bierze. I zamiast rozmowy mamy hejt.

Ksiądz Biskup nie ukrywa, że ciągnie go do osób, które mają do Pana Boga pod górkę. Ze wzajemnością?

Jestem pallotynem, a święty Win­centy Pallotti ludzi niewierzących umieszczał na jednym z pierwszych miejsc wśród tych, do których chciał pójść. Więc to „ciągnięcie” pewnie mi zostało po formacji pallotyńskiej. Moje spotkania z niewierzącymi lub niedowierzającymi są najczęściej indywidualne, pojedyncze. Na przykład ktoś ze znajomych mówi, że chciałby, abym poznał bliską mu osobę niewierzącą. Takie spotkanie jest nie tylko bardzo sympatyczne, ale bardzo głębokie. I choć ten niewierzący nie stał się wierzący, poziom nieufności do Kościoła, albo nawet złości na Kościół, nieco się obniżył, a nasze relacje trwają. Na osoby spoza Kościoła trzeba być otwartym, widzieć je i być pewnym, że ewangelizacja to nie tylko tłumy, ale przede wszystkim pojedyncze historie konkretnych ludzi.

Najbardziej sprawdza się to w relacjach z młodymi, o których coraz częściej mówi się, że są pokoleniem straconym dla Kościoła. Ksiądz Biskup podziela ten pesymizm?

Przeciwnie, zdecydowanie wolę mówić, że oni są dla nas wyzwaniem. Martwię się tym, że bardzo łatwo „odfajkowujemy” sobie młodzież, która nie uczęszcza na katechezę w szkole. Ktoś przestał chodzić i koniec tematu – teraz zajmujemy się tylko tymi, którzy chodzą. Tyle że patrząc na przypowieść o pasterzu i zagubionej owcy, to my w tej naszej zagrodzie mamy już chyba mniej niż połowę, więc ta druga połowa powinna być tak samo, albo nawet bardziej ważna. Co się z tym człowiekiem stało? Czemu przestał chodzić? Czy obraził się na Pana Boga i Kościół, czy może katechezy były słabe? Potrzeba nam mentalności ewangelizatora, która jest czymś więcej niż tylko organizowaniem akcji ewangelizacyjnych. Tych akcji jest bardzo dużo i one są OK, choć mimo że nazywają się „ewangelizacyjne”, adresowane są często do tych, którzy są w Kościele. A tu chodzi o stałe myślenie, martwienie się tymi, których z nami nie ma, zwłaszcza młodymi, bo ich wiara jest najbardziej chwiejna, zagrożona. Nie może mi dawać spokoju myśl, co ja mogę zrobić, jak mogę do nich dotrzeć, gdzie mogę ich znaleźć. Jak św. Paweł, który zdradza, że nieprzerwanie boli go serce z powodu jego braci, którzy nie przyjmują Chrystusa. To kwestia samej formacji seminaryjnej, żeby księża z taką mentalnością ewangelizatorów wychodzili z seminarium, bo jak tego nie będzie, to będziemy się ciągle zadowalać tymi owieczkami, które są w zagrodzie. Oczywiście, dobrze, że one są, one też potrzebują solidnego pokarmu, żeby nie miały pokusy szukania go gdzie indziej, ale ci wszyscy, których nie ma, powinni być dla nas stałym niepokojem i wyzwaniem.

Grozi nam przyspieszenie pełzającej od lat laicyzacji? Niektórzy przekonują, że jesteśmy skazani na to, by podzielić los Irlandii. Nawet nie ze względu na skandale z udziałem duchownych, ale ze względu na sposób, w jaki Kościół sobie radzi, czy też nie radzi, z ich wyjaśnianiem.

Laicyzacja nie jest fikcją literacką, ona jest mierzalna. Widać, że mniej ludzi chodzi do kościoła. I nie mówimy o pandemii. Jednym z powodów postępującej laicyzacji są niewątpliwie skandale wykorzystywania seksualnego nieletnich przez niektórych duchownych. Ja bym wolał wierzyć, że model irlandzki się u nas nie powtórzy, i taką mam nadzieję, ale to zależy od nas, od tego, jak będziemy się mierzyć z tymi skandalami. I znów: czy zwycięży myślenie w kategoriach Kościoła wspólnoty, czy Kościoła instytucji.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11