Nie gramy w teatrze

GN 34/2020 |

publikacja 20.08.2020 00:00

O spotkaniach bez piuski, mentalności ewangelizatora i leku na „drugą Irlandię” mówi bp Adrian Galbas.

Nie gramy w teatrze fotoflesz ruciane-nida /pallotti .fm

Jacek Dziedzina: Ksiądz Biskup już po siłowni czy jeszcze przed?

Bp Adrian Galbas: Dzisiaj akurat po bieganiu.

Internet podbiły nagrania z biskupem na porannym treningu. W zdrowym ciele zdrowy episkopat?

(Śmiech) Robię to od kilkunastu lat, więc to nie była żadna jednorazowa ustawka. Po prostu Studio Raban TVP zainteresowało się tym szczególikiem z mojego życia, więc ich zaprosiłem na poranny trening. Ruch daje mi dużo komfortu psychicznego, pozwala się odstresować, ale też pomodlić. Polecam wszystkim, zwłaszcza ludziom bardzo nerwowym.

Ludzie na treningach rozpoznają biskupa, zaczepiają, zagadują?

Teraz już tak. Ełk to nie metropolia, więc łatwo się rozpoznać. Gdy biegam nad jeziorem, ludzie pozdrawiają, witają się, czasem chcą pogadać.

Spotkania bez piuski na głowie i w „mniej biskupich” okolicznościach przyrody otwierają na rozmowę?

Na pewno odblokowują, skracają dystans, pozwalają usunąć tę otoczkę, jaka jest często wokół osób duchownych. Lubię takie sytuacje. Zawsze ważne były dla mnie piesze pielgrzymki, bo one dawały mi mnóstwo okazji do spotkań bezpośrednich i zwyczajnych. Są pytania, których postawienie wymaga sporego zaufania i dużego poczucia bezpieczeństwa.

Dworskość w niektórych środowiskach kościelnych ciągle ma się dobrze. Da się przekłuć ten balon?

Kościół to i wspólnota, i instytucja. Tu bywa napięcie. Ale trzeba dbać, by instytucja była w służbie wspólnoty, a nie na odwrót. Jeśli biskup jest odbierany przez wiernych jak postać „nie z mojego świata”, to niedobrze. Proszę zobaczyć, jak często mówimy o biskupie, że on przybywa, spożywa, przemawia i mieszka w pałacu…

Oraz udaje się…

To wszystko bywa trochę nadmuchane i sztuczne, i ten wymiar Kościoła – wspólnoty może tu zginąć. Najsmutniejsze zdanie, jakie usłyszałem przy okazji sakry biskupiej, brzmiało: „Teraz to już nikt ci nie powie prawdy”. Bardzo mnie to zabolało, bo pomyślałem, że słabe to będzie, jeśli nikt mi nie powie prawdy, nikt mnie nie skrytykuje, nikt się nie sprzeciwi… Na głos. Bo po cichu – to wiadomo. Ale to dotyczy wszystkich duchownych. Można przyjąć taki sposób bycia, że wytworzy on dużą blokadę. Ludzie będą się bali podejść, zagadać, podzielić swoją historią. Można zbudować wokół siebie mur, ale można zbudować do siebie most, czego świetnym przykładem był kiedyś św. Jan Paweł II, a teraz papież Franciszek. Zresztą takich przykładów jest więcej. Także wśród biskupów.

Niełatwo być biskupem w Polsce. Z jednej strony silny antyklerykalizm, z drugiej czołobitność i nienaturalny język. Jak być po prostu sobą i pasterzem między tymi dwiema skrajnościami?

Przypomina mi się stary dowcip: chłopiec zapytał biskupa, czy trudno być biskupem, a on na to: trudno to nim zostać. (śmiech) Na pewno ta posługa nie jest dziś łatwa. Nie wiem, jak było kiedyś, może podobnie. Słyszy się czasem informacje, że wielu kandydatów odmawia. Ale chyba nie od parady pierwsze, co biskup dostaje, to krzyż. Często jest jakby w kleszczach pomiędzy różnymi oczekiwaniami, nadziejami i nastrojami. A on nie ma się podobać i dbać o swoją popularność, lecz o popularność Ewangelii. Ona ma być przedstawiana wiarygodnie, jasno i spójnie. I tu jest często krzyż.

Da się być prorokiem, który czasem musi użyć mocnych słów i jednocześnie pozostać „fajnym biskupem”? Można czasem odnieść wrażenie, że dla ludzi duchowny jest „fajny”, dopóki nie wypowie się stanowczo w sprawach drażliwych.

Zawsze najskuteczniejszym sposobem ewangelizacji są słowo i przykład. Najpierw musi być mój przykład życia Ewangelią i wiarą, bo jak tego nie ma, to mamy tylko teatr. Tragifarsę. Jestem pewien, że ludzie, nawet bardzo zdystansowani do Kościoła, nie mają pretensji, że Kościół głosi prawdy wiary i swoją naukę. Jeśli coś ich zraża, to niewiarygodność głoszących i styl głoszenia. Nie można nie głosić nauki Kościoła, ale nie można także nie szanować tych, którzy tę naukę odrzucają. Czy to nie ciekawe, że kiedy Maryja objawia się w Fatimie, zawsze mówi: módlcie się za biednych grzeszników. Nigdy nie powie: za strasznych grzeszników, przeklętych grzeszników. Zawsze za biednych. To jakaś podpowiedź dla nas: w jaki sposób patrzę na człowieka, który jest z dala od Kościoła, i to jeszcze zanim się z nim spotkam, zanim wejdę z nim w dialog, czy to medialny, czy osobisty. Od tego nastawienia bardzo dużo zależy. Poza tym czasem górę biorą emocje zamiast argumentów. Ludzie często nie wiedzą, dlaczego Kościół głosi to, co głosi. Skąd się to bierze. I zamiast rozmowy mamy hejt.

Ksiądz Biskup nie ukrywa, że ciągnie go do osób, które mają do Pana Boga pod górkę. Ze wzajemnością?

Jestem pallotynem, a święty Win­centy Pallotti ludzi niewierzących umieszczał na jednym z pierwszych miejsc wśród tych, do których chciał pójść. Więc to „ciągnięcie” pewnie mi zostało po formacji pallotyńskiej. Moje spotkania z niewierzącymi lub niedowierzającymi są najczęściej indywidualne, pojedyncze. Na przykład ktoś ze znajomych mówi, że chciałby, abym poznał bliską mu osobę niewierzącą. Takie spotkanie jest nie tylko bardzo sympatyczne, ale bardzo głębokie. I choć ten niewierzący nie stał się wierzący, poziom nieufności do Kościoła, albo nawet złości na Kościół, nieco się obniżył, a nasze relacje trwają. Na osoby spoza Kościoła trzeba być otwartym, widzieć je i być pewnym, że ewangelizacja to nie tylko tłumy, ale przede wszystkim pojedyncze historie konkretnych ludzi.

Najbardziej sprawdza się to w relacjach z młodymi, o których coraz częściej mówi się, że są pokoleniem straconym dla Kościoła. Ksiądz Biskup podziela ten pesymizm?

Przeciwnie, zdecydowanie wolę mówić, że oni są dla nas wyzwaniem. Martwię się tym, że bardzo łatwo „odfajkowujemy” sobie młodzież, która nie uczęszcza na katechezę w szkole. Ktoś przestał chodzić i koniec tematu – teraz zajmujemy się tylko tymi, którzy chodzą. Tyle że patrząc na przypowieść o pasterzu i zagubionej owcy, to my w tej naszej zagrodzie mamy już chyba mniej niż połowę, więc ta druga połowa powinna być tak samo, albo nawet bardziej ważna. Co się z tym człowiekiem stało? Czemu przestał chodzić? Czy obraził się na Pana Boga i Kościół, czy może katechezy były słabe? Potrzeba nam mentalności ewangelizatora, która jest czymś więcej niż tylko organizowaniem akcji ewangelizacyjnych. Tych akcji jest bardzo dużo i one są OK, choć mimo że nazywają się „ewangelizacyjne”, adresowane są często do tych, którzy są w Kościele. A tu chodzi o stałe myślenie, martwienie się tymi, których z nami nie ma, zwłaszcza młodymi, bo ich wiara jest najbardziej chwiejna, zagrożona. Nie może mi dawać spokoju myśl, co ja mogę zrobić, jak mogę do nich dotrzeć, gdzie mogę ich znaleźć. Jak św. Paweł, który zdradza, że nieprzerwanie boli go serce z powodu jego braci, którzy nie przyjmują Chrystusa. To kwestia samej formacji seminaryjnej, żeby księża z taką mentalnością ewangelizatorów wychodzili z seminarium, bo jak tego nie będzie, to będziemy się ciągle zadowalać tymi owieczkami, które są w zagrodzie. Oczywiście, dobrze, że one są, one też potrzebują solidnego pokarmu, żeby nie miały pokusy szukania go gdzie indziej, ale ci wszyscy, których nie ma, powinni być dla nas stałym niepokojem i wyzwaniem.

Grozi nam przyspieszenie pełzającej od lat laicyzacji? Niektórzy przekonują, że jesteśmy skazani na to, by podzielić los Irlandii. Nawet nie ze względu na skandale z udziałem duchownych, ale ze względu na sposób, w jaki Kościół sobie radzi, czy też nie radzi, z ich wyjaśnianiem.

Laicyzacja nie jest fikcją literacką, ona jest mierzalna. Widać, że mniej ludzi chodzi do kościoła. I nie mówimy o pandemii. Jednym z powodów postępującej laicyzacji są niewątpliwie skandale wykorzystywania seksualnego nieletnich przez niektórych duchownych. Ja bym wolał wierzyć, że model irlandzki się u nas nie powtórzy, i taką mam nadzieję, ale to zależy od nas, od tego, jak będziemy się mierzyć z tymi skandalami. I znów: czy zwycięży myślenie w kategoriach Kościoła wspólnoty, czy Kościoła instytucji.

Zdaniem części katolików temat wykorzystywania seksualnego przez duchownych jest wyolbrzymiony przez media.

To niech się bezpośrednio spotkają z ofiarą. Mnie takie spotkania ostro i boleśnie uświadomiły, że jest różnica między popełnionym czynem i cierpieniem spowodowanym przez ten czyn. Tego często nie rozumiemy w podejściu do ofiar. Nie rozumiano tego także w Irlandii – wiem to od mojego irlandzkiego współbrata. Czyn miał miejsce wiele lat temu, ale cierpienie, które on spowodował, trwa do dzisiaj. To wszystko jest obecne w tej osobie tak, jakby się działo dziś i jakby było nieustanne. Dopóki tego nie zrozumiemy, ofiara nie będzie ważna. Będziemy powtarzać słowa, które ranią: że to było dawno, że przesada, że inne środowiska też tak robiły. To, czy u nas będzie jak w Irlandii, czy tak nie będzie, bardzo zależy od tej chwili, od tego, czy będzie w nas realna, konkretna troska o każdą ofiarę i czy będziemy bezkompromisowi, zdecydowani w ujawnianiu każdej takiej sytuacji i robieniu wszystkiego, by to nie miało nigdy więcej miejsca.

Mam wrażenie, że bez zaangażowania świeckich w ten temat to niewykonalne.

Świeccy są ciągle tym śpiącym olbrzymem, którego należy obudzić.

A może olbrzymem już dawno przebudzonym, ale zderzającym się ze szklanym sufitem? Fajnie, że są ci świeccy, ale niech się za bardzo nie wtrącają. Nie jest tak?

Ma pan rację. Ostatnio czytałem ponownie „Christifideles laici” Jana Pawła II. Adhortacja ukazała się w 1988 roku, ale równie dobrze mógłby ją napisać dzisiaj papież Franciszek To jest ciągle aktualne. Dokument podkreśla, że świeccy są w pierwszym rzędzie Kościoła, i wzywa, by im zaufano, by mogli swoje charyzmaty i talenty wykorzystywać w służbie ewangelizacji. Pierwszy krok muszą tu zrobić duchowni. Tak jak w relacji między biskupami a księżmi pierwszy krok musi wykonać biskup, żeby te relacje były bardziej braterskie, naturalne, tak w relacji duchowni–świeccy pierwszy krok należy do duchownych. Tu chodzi o współpracę, o dzielenie się ze świeckimi realną odpowiedzialnością za Kościół. Bo to jest też ich Kościół! Człowiek świecki w wielu sprawach ma kompetencje dużo wyższe od duchownego. Nie wystarczy delegowanie świeckim roboty do zrobienia, a potem jej sprawdzanie i ocenianie. Czy proboszcz musi w parafii decydować o wszystkim, nawet o tym, jakie kwiaty mają być ustawione przed ołtarzem? Monarchistyczny model bycia ze świeckimi nie ma nic wspólnego ze współpracą. Ludziom odbiera się w ten sposób chęć do działania. A potrzebna jest dojrzała współpraca, wyrastająca z przekonania, że to jest nasz Kościół, który kochamy i za który odpowiadamy. Mamy w nim taki sam chrzest, taką samą godność, choć różne funkcje i zadania do spełnienia.

Po stronie świeckich też jest trochę winy, gdy należny szacunek mylony jest z czołobitnością, a zamiast inicjatywy funkcjonuje wygodne przekonanie, że „ksiądz wszystko zrobi”. Ten klerykalizm działa w obie strony.

Oczywiście, klerykalizm bywa wygodny zarówno dla duchownych, jak i dla świeckich. Na spotkaniach z radami duszpasterskimi pytam świeckich, jakie ich pomysły zostały w parafii zrealizowane. I gdy słyszę, że takie były, że to i to się udało, to mam pewność, że tam jest współpraca. Ale gdy po tym pytaniu zapada cisza, to wiem, że jeszcze jest tam dużo do zrobienia.

Dopóki nie będzie mocnego tąpnięcia, nie będzie przebudzenia? Czy musi być tak, że dopiero gdy w kościele będą trzy osoby, a nie trzysta, gdy w kasie parafialnej będzie pusto – i nie mówimy o sytuacji pandemii – to wtedy zmieni się mentalność?

Kryzys najczęściej okazuje się błogosławieństwem w życiu człowieka i pewnie także w życiu wspólnoty, pod warunkiem, że został dobrze przeżyty, że zostały postawione pytania o to, co mnie wprowadziło w ten kryzys, dlaczego się w nim znalazłem i co mogę zrobić, by z tego wyjść i by drugi raz nie wpadać do tej samej dziury. A poza tym kryzys pokazuje naszą słabość i kruchość, ale też, że jest Ktoś, kto w tym wszystkim jest Opoką. Ta doświadczona kruchość sprawia, że chcemy być bliżej Opoki. Jeśli więc, jak mówią niektórzy, mamy kryzys w polskim Kościele, to oby jego skutkiem była odnowiona gorliwość oraz ufność i miłość do Chrystusa. Wtedy będzie to kryzys błogosławiony.•


Bp Adrian Józef Galbas

Doktor teologii duchowości. Należy do Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego Księży Pallotynów. W latach 2011–2019 był prowincjałem Prowincji Zwiastowania Pańskiego w Poznaniu. 12 grudnia 2019 roku został mianowany biskupem pomocniczym diecezji ełckiej. Sakrę biskupią przyjął 11 stycznia 2020 roku. Pochodzi z Bytomia. Ma 52 lata.