Sojusz z o.o.

Czy państwa NATO mogą toczyć wojnę ze sobą nawzajem? Francja i Turcja, walczące w Libii po przeciwnych stronach, pokazują, że jest to możliwe. To konflikt, którego oddziaływanie wykracza daleko poza Libię.

To nie pierwsza sytuacja, w której ujawniają się sprzeczne interesy członków Paktu Północnoatlantyckiego. I trudno, by było inaczej, skoro tworzą go państwa o tak różnych tradycjach, celach, ambicjach, możliwościach i zasięgach oddziaływania. I tak za cud należy uznać fakt, że jak dotąd udało się uniknąć realnego rozpadu tego najpotężniejszego formalnie sojuszu wojskowego w historii. Jednak konflikt w Libii, w którym dwaj ważni członkowie otwarcie angażują się po dwóch walczących ze sobą stronach, kolejny raz każe postawić pytanie, czy wewnętrznie skłócony sojusz byłby zdolny do działania według zasady „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” (do czego sprowadza się słynny art. 5 traktatu waszyngtońskiego) w razie faktycznej agresji państwa trzeciego na któregoś z członków.

Kto za kim stoi

Aby dobrze zrozumieć kontekst i skalę konfliktu między Turcją i Francją, spróbujmy na wstępie nazwać podstawowe fakty. W Libii od dłuższego czasu trwa wojna między siłami Rządu Zgody Narodowej oraz Libijskiej Armii Narodowej. Turcja w tym konflikcie wspiera rząd, Francja rebeliantów. I Turcja, i Francja nie ograniczają się tylko do sprzedaży broni stronom konfliktu. Ich zaangażowanie jest dużo szersze. Obejmuje pomoc wywiadowczą i – w przypadku Turcji – wysłanie własnych wojsk oraz protureckich bojowników z Syrii. Polega też na – to już dotyczy obu państw – blokowaniu na forum międzynarodowym wszelkich ruchów, które byłyby niesprzyjające dla ich „podopiecznych”. Turcja jest w o tyle korzystniejszej sytuacji, że może powoływać się na fakt uznawania libijskiego rządu przez społeczność międzynarodową, tym samym przedstawiając Francję jako agresora uderzającego w legalne władze suwerennego państwa. Francja z kolei powołuje się m.in. na obowiązujące embargo na dostawy broni do Libii i w ten sposób próbuje powstrzymać kursujące po Morzu Śródziemnym statki z Turcji, w których może być przewożona broń dla sił rządowych w Libii. Francja jest przekonana, że musi stawić opór tureckiej ekspansji w Libii, bo w innym wypadku Ankara nie tylko zacznie kontrolować tamtejsze złoża ropy, ale stworzy też nową bazę do wysyłania nielegalnych imigrantów do Europy, zyskując kolejne narzędzie nacisku na UE i NATO. Turcja nie zaprzecza tym oskarżeniom, bo też prezydent Erdoğan od dawna nie kryje się ze swoją strategią, mającą na celu wzmocnienie pozycji Turcji w NATO. Warto dodać, że to element szerszego planu, którego głównym celem jest odbudowa imperium osmańskiego, oczywiście już pod inną nazwą, ale z nie mniejszymi ambicjami.

Warunki naturalne

Na korzyść Turcji przemawia fakt, że za Rządem Zgody Narodowej stoi w miarę szerokie poparcie społeczne w Libii. Przy czym warto pamiętać, że nie mówimy o społeczeństwie obywatelskim w takim znaczeniu jak w Europie czy nawet Turcji. Mówimy o mocno zróżnicowanej zbiorowości różnych plemion, których często nie łączy nic lub bardzo mało. Ale mimo wszystko to właśnie RZN reprezentuje dziś jakiś wspólny mianownik w tym trudnym do spięcia społeczeństwie. I to jest ten element, który Zachód, głównie Francja, ignoruje przy podejmowaniu działań wobec danego kraju. Podobne błędy popełnili Amerykanie w Iraku i Afganistanie. Sygnałem świadczącym o tym, że podobnie może być w Libii po obaleniu Muammara Kaddafigo w 2011 roku, były słowa francuskiego generała Jeana-Vincenta Brisseta. Przyznał on publicznie, że międzynarodową koalicję „zaskoczył duży opór sił Kaddafiego oraz słabość libijskich sił powstańczych”. Ekspert francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Strategicznych tłumaczył, że „na początku rewolucji w Libii myślano, że Kaddafi jest znienawidzony przez całą swoją ludność, jak Ben Ali w Tunezji i Mubarak w Egipcie. Wygląda na to, że nie jest to prawda i że niemało ludzi pozostało wiernych Kaddafiemu mimo wielu dni walki i licznych ofiar w jego oddziałach”. I dodał z rozbrajającą szczerością: „Okazało się, że powstańcy nie reprezentują całej ludności libijskiej”. To o tyle zaskakujące wyznanie, że wiedzieli o tym m.in. skromni publicyści „Gościa Niedzielnego” i wielu innych mediów na świecie. Trudno więc uwierzyć, że nie wiedzieli o tym stratedzy mocarstw i ich służby wywiadowcze. Należy raczej zakładać, że pomimo tej wiedzy parcie do zabezpieczenia swoich interesów, w połączeniu z neoimperialnym zacięciem, było i jest dzisiaj tak duże, że nie liczyły się warunki naturalne, tylko cel… którego i tak nie osiągnięto ani w Afganistanie, ani w Iraku, ani teraz – wiele na to wskazuje – w Libii. Oczywiście Turcja również zabezpiecza w ten sposób swoje interesy. Co więcej, rozszerza wpływy, stawiając na współpracę z Bractwem Muzułmańskim, które do Libii przeniknęło z Egiptu (władze egipskie walczą zarówno z BM, jak i z rządem libijskim, trzymając w tym konflikcie stronę Francji). Erdoğan ma jednak tę przewagę nad Macronem, że stawia na „właściwego konia”, to znaczy bazuje na warunkach lokalnych, które oddają tamtejsze realia.

Sojusznicy na targu

Nie wchodząc głębiej w szczegóły konfliktu libijskiego, widzimy, że jest to poważne wyzwanie dla jedności i tym samym skuteczności NATO. Oto bowiem Francja musi zabiegać o względy Rosji, która w Libii stoi po tej samej stronie co Paryż. Z naszego punktu widzenia to oczywiste zagrożenie w przypadku konfliktu, którego to my bylibyśmy ofiarą. Z drugiej strony Turcja może kartą libijską kolejny raz wymuszać na reszcie Sojuszu poparcie dla swojej polityki bliskowschodniej, w tym uznanie bojowników kurdyjskich za organizację terrorystyczną. Niedawno udało się uniknąć weta Ankary dla planów zwiększenia zaangażowania Paktu na wschodniej flance – początkowo władze tureckie uzależniały zgodę na to od uznania Ludowych Jednostek Samoobrony (YPG) walczących w Syrii za terrorystów. Zrezygnowanie z tych żądań było tylko posunięciem taktycznym, sprawa z pewnością wróci przy najbliższej okazji, co będzie oznaczało wzięcie Polski i krajów bałtyckich za zakładników tureckich interesów. To nic nowego. Każdy, kto śledzi stosunki międzynarodowe i rosnące w świecie napięcie oraz powstające płynne sojusze taktyczne między różnymi graczami, zdaje sobie sprawę, że sam fakt stania podczas szczytu NATO w jednym szeregu przywódców 29 państw członkowskich nie musi oznaczać, że w razie agresji na jedno z nich reszta zgodnie przyjdzie mu z pomocą. Przecież w tym towarzystwie mamy kraje, które na co dzień realizują nieraz tak skrajnie odmienne interesy, że wyobrażenie sobie wspólnego działania na przykład w przypadku agresji Rosji na Polskę wydaje się niemałym wyzwaniem. Zwłaszcza w sytuacji, gdy ewentualne zagrożenia mogą mieć charakter hybrydowy, nie będąc bezpośrednią agresją. W sytuacjach różnego rodzaju szantażu, gróźb, wojny hybrydowej nie mamy gwarancji, że całe NATO stanie po naszej stronie. Ale i w przypadku bezpośredniej agresji zbrojnej, czyli sytuacji, o której mowa w art. 5 traktatu waszyngtońskiego, trudno dziś mówić o pewności, że „całe NATO” przyjdzie nam z pomocą. Dlatego nie powinno dziwić nikogo to, że Polska od lat zabiega o dodatkowe gwarancje ze strony Stanów Zjednoczonych. Dlatego też konflikt w Libii, w który zaangażowane są Turcja i Francja bezpośrednio, a reszta krajów NATO oraz Rosja i część państw arabskich pośrednio, nie jest dla nas odległym i wirtualnym problemem. Francuzi, blokując działania Turcji, nie tylko dbają o własne interesy naftowe, ale jednocześnie działają prewencyjnie na korzyść całej Europy, chcąc powstrzymać Ankarę przed utworzeniem kolejnej bazy do wysyłania imigrantów (traktując tych ludzi instrumentalnie jako narzędzie nacisku na państwa zachodnie). Problem w tym, że w tych zabiegach Francuzi – nie pierwszy raz – są gotowi oddać wiele Putinowi, który w przypadku Libii jest ich sojusznikiem i dla którego taka sytuacja stwarza kolejną okazję do dzielenia i Unii, i NATO.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9