Beczka prochu

Szedł jak burza. Ogień, który niósł w sobie, zapalał ziemię po ziemi. Jaki jest sekret ewangelizacyjnego sukcesu Jacka Odrowąża? Czy opowieści o cudach, których dokonał, nie są pobożnymi bajeczkami? Odpowiada o. Tomasz Gałuszka OP, historyk średniowiecza.

„W centrum Jezus, bracia w tle” – taki model funkcjonował od początku w klasztorach.   henryk przondziono /foto gość „W centrum Jezus, bracia w tle” – taki model funkcjonował od początku w klasztorach.
Tomasz Gałuszka OP:
– Mam mówić jako historyk czy hagiograf serwujący cukierkowe, pobożne dyrdymały?

Marcin Jakimowicz: – Jako historyk.

Rozumiem, że hagiografia potrzebuje prostego komunikatu i listy cudów i wskrzeszeń, ale nie można zapomnieć o tym, że Jacek był dzieckiem swojej epoki, i wyrwać go z historycznego kontekstu…

Na bruku leżał martwy człowiek. „To bratanek samego kardynała” – szeptano. Przy zmarłym stanął szczupły zakonnik. „Wyciągnął ręce w górę i swą modlitwą wyrwał brata ze śmierci”. Taką scenę miał ujrzeć w 1221 roku Jacek Odrowąż. To było jego pierwsze spotkanie ze św. Dominikiem?

Wedle opisów w Środę Popielcową 1221 roku Dominik rozłożył ręce (jak Eliasz) nad Napoleonem, bratankiem kardynała, i wskrzesił tego młodzieńca. Czy Jacek pod wpływem tego cudu wstąpił do dominikanów? Możliwe. Ale niewykluczone, że był u braci wcześniej. Prawdopodobnie od jakiegoś czasu kształcił się za granicą. Scena wskrzeszenia jest symboliczna, ale nie wierzę, by dopiero wówczas Jacek poznał Dominika. Musiał słyszeć o nim wcześniej! Musiało go do niego ciągnąć, bo podobnie jak spora grupa księży początku XIII wieku był entuzjastą. Nagle na horyzoncie pojawiły się w Kościele dwie charyzmatyczne postaci – Włoch i Hiszpan, Franciszek z Asyżu i Dominik z Caleruegi – i zaczęły się kręcić wokół samego papieża.

Nie byle jakiego…

Innocenty III był gwiazdą na średniowiecznym niebie. Nam nawet trudno wyobrazić sobie takiego papieża. Papież Franciszek robi wszystko, by być jak najbliżej ludzi i zejść z piedestału, Innocenty III robił wszystko, by zachować dystans. Podkreślał swą wyjątkowość. Mawiał: „Jestem niżej niż Bóg, ale wyżej niż człowiek”. Uważał się za jakiś byt „pomiędzy”, uniósł się niezwykle wysoko po to, by ujrzeć Kościół z góry. I okazało się to, paradoksalnie, również spojrzeniem proroczym. Sytuacja w Kościele była taka: opada wreszcie pył wielkiej reformy, którą wprowadzili papieże XI wieku, gdy główną rolę w świecie duchowym pełni duchowieństwo, któremu wmówiono, że dźwiga na barkach los całego Kościoła. W XIII wieku mamy uformowane pokolenie kapłanów, którzy są niezwykle otwarci na to, co „mówi Duch Święty do Kościoła”. Mają rozpięte żagle i czekają na podmuch, który szarpnie łodzią i wyrzuci ją na głębinę. I nagle na horyzoncie pojawia się Dominik, wykształcony ksiądz, kanonik pracujący przy katedrze, który choć jest predestynowany do tego, by być biskupem, ku zaskoczeniu wszystkich rozpoczyna kompletnie inne życie. Proponuje drogę ubóstwa i zaczyna ewangelizować „nadgorliwców”, czyli heretyckich albigensów i katarów. Nie możemy się dziwić, że jego postawa trafia do serc elit: żyjących dostatnio księży, kanoników, którzy pragnęli żyć biblijnymi ideałami i tęsknili za porywem Ducha. Grunt był przygotowany. Dominik był iskrą, którą znalazła się przy beczce prochu. Zobaczmy, kto wstępował na początku do zakonu. Kanonicy posługujący przy katedrach, żyjąca w dostatkach elita, księża, którzy czekali, aż ktoś ich porwie…

Gdy Franciszek z Asyżu zwołał braci na Kapitułę Namiotów, w szałasach zamieszkało ich około 5 tysięcy. Zdumiewające! W samym Asyżu mieszkało nieco ponad 2 tysiące osób. Człowiek XXI wieku pokręci sceptycznie głową: to niemożliwe.

Trudno nam wyobrazić sobie epokę, w której ludzie oddychają Bogiem, ludzie, dla których rzeczywistość nadprzyrodzona jest ciekawsza niż ta stworzona. Nie na darmo mówi się, że wiek XII był wiekiem Ducha Świętego. Mawia się, że nie było wówczas ateistów. Byli heretycy, czyli ludzie, którzy nie mieli „przechyłu” w stronię niewiary, ale byli nadgorliwi. Taka była duchowa atmosfera. Mamy teraz falę upałów, więc powiem tak: ściółka była wysuszona, wystarczyła iskra. Franciszek i Dominik porwali tłumy gorliwców, a wśród nich – uwaga… księży. A jeśli księża ruszyli się z miejsca, pozostawiali bezpieczne porty, to musiało to być coś naprawdę niezwykłego. (śmiech)

Jacek trzymał się blisko swego krewnego bp. Iwo Odrowąża, człowieka światłego, dziecka soboru. W 1215 roku odbył się Sobór Laterański IV, jeden z najbardziej rewolucyjnych soborów Kościoła. Vaticanum II to nic przy zmianach, jakie wprowadzono wówczas. {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Sobór objął cały Kościół, dostrzegł i dowartościował świeckich, wprowadził sakrament pokuty, pojawiło się ścisłe połączenie proboszcza z parafianami, podniesiona została konieczność ewangelizacji. Nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jakie zmiany wprowadzono na Lateranie. Dominik i Franciszek wypłynęli na fali soboru, zwłaszcza kanonu 10., który nakładał na biskupów obowiązek wyznaczenia kaznodziejów. A przecież Kościół nie miał dostatecznej liczby kapłanów, by wypełnić ten zapis. To pokazuje, w jaki sposób Duch prowadzi Kościół. Sobór coś proroczo proklamuje, „przygotowuje teren”, ustala przepis, choć nikt, za Chiny, nie wie, jak go zrealizować. (śmiech) Soborowi trzeba zaufać, bo odczytuje znaki czasu, pełni funkcję proroczą, widzi więcej i dalej, niż nam się wydaje. W każdej diecezji mają być kaznodzieje, a jeśli biskup się o to nie postara, może być nawet usunięty z urzędu.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7