Tak normalny, że aż święty

„Jak już bracia dominikanie (najbardziej złośliwy zakon świata) napisali tuż po jego śmierci, że umarł w opinii świętości, to to musiała być prawda” – śmieją się zakonnicy w białych habitach. Po śmierci o. Badeniego zabrali z jego celi dosłownie wszystko.

Dzisiaj… wieczorem… nastąpią… zaślubiny… z… Jezusem. Wszystko… przygotowane – wyszeptał 11 marca 2010 r. Bracia towarzyszący o. Joachimowi nie mieli wątpliwości: tak umierają święci. „Śmierć? Każdemu polecam!” – mówił im zresztą wcześniej z szelmowskim uśmiechem. Cytował Sztaudyngera: „Mistyk wystygł. Wynik? Cynik”, a przecież sam był mistykiem. Nie bał się wyszydzenia przez braci. Bez owijania w bawełnę opowiadał: „Niedawno nagle zjawiła mi się dusza, bardzo wyraźna, dokładnie wiem, kto to był, i prosiła, bym koniecznie w jej intencji odmówił część bolesną Różańca. Zrobiłem to i poszło mi całkiem dobrze. Nawet dość pobożnie odmówiłem. I ta dusza zniknęła”.

Rozpoczęły się prace przygotowujące proces beatyfikacyjny tego dominikanina arystokraty. Opublikowano akta kapituły Prowincji Dominikanów, która odbyła się w lutym, a tym samym postanowienie to nabrało mocy prawnej.

Drapałem go po brwiach

− Jak już dominikanie (najbardziej złośliwy zakon świata) napisali że o. Joachim umarł w opinii świętości, to to musiała być prawda – wybucha śmiechem o. Mateusz Kosior, odpowiedzialny za spotkania na Lednicy. – Dominikanie nie dbają o swoich świętych (bł. Czesławowi do dziś nie mogą „załatwić” kanonizacji), ale zapewnią ci ze swej strony jedno: prawdziwą drogę do osiągnięcia świętości. Życie u braci kaznodziejów to próba świętości.

− Byłem najmłodszy w krakowskim klasztorze − wspomina o. Mateusz. − Opiekowałem się o. Joachimem, gdy umierał. Miał wielkie odleżyny i z braćmi delikatnie go przewracaliśmy na drugi bok. „Ale my ojca kochamy” – rzuciliśmy kiedyś. „Nie, to ja was kocham” − odparł Badeni. I zaczął się z nami przekomarzać. „Nie, to my Ojca kochamy!”. „Ja was kocham!”. W pewnym momencie był już zniecierpliwiony tą żonglerką i zamilkł. Po chwili jednak rzucił: „Ale ja was i tak bardziej kocham”. Miałem wrażenie, że o. Joachim nieustannie się modli. Oddycha modlitwą. Był tu i teraz, a jednocześnie zanurzony w innym wymiarze. Człowiek czuł się z nim bardzo bezpiecznie, bo był akceptowany. Byłem najmłodszy, on najstarszy, ale miał w sobie coś takiego, że nie czułem się przy nim skrępowany. Straszliwie cierpiał, ale nie słyszałem, by narzekał. W ostatnią noc poprosił mnie, bym podrapał go po brwiach, bo go swędziały. Drapałem po brwiach mistyka z arcyksiążęcej rodziny. Pamiętam szok, który nas ogarnął, gdy słyszeliśmy, jak przed śmiercią szeptał: „Wszystko przygotowane”. Gdy zaczął rozdawać braciom swoje rzeczy, ustawiła się kolejka. Ja odziedziczyłem po nim „Hobbita” w języku angielskim. Ojciec Joachim był wielkim fanem Tolkiena. Po jego śmierci bracia brali dosłownie wszystko: kaptur, pas, kubek. To naprawdę o czymś świadczy…

Do bólu normalny

Zakonnicy cenili jego dystans do samego siebie, prostotę i humor. Urodził się 14 października 1912 r. w Brukseli. Posługiwał jako duszpasterz w Poznaniu, Wrocławiu i Krakowie. Był magistrem braci studentów. Prowadził Beczkę, opiekował się kiełkującą nad Wisłą Odnową w Duchu Świętym. Po jego śmierci ukazało się mnóstwo książek zbierających jego konferencje, wywiady i rady dotyczące życia duchowego.

Zostało po nim mnóstwo anegdot. „Najbardziej lubię takie przyjęcia − opowiadał − gdy człowiek trzyma w jednej ręce łyżeczkę, w drugiej talerzyk, a w trzeciej widelczyk”.

− Dotychczas mieliśmy świętych, którzy umierali młodo, a dzięki o. Badeniemu mamy program formacji do 98. roku życia. Ojciec Joachim będzie tak aktualnym świętym, bo proponuje program duchowego wzrastania w świętości na 98 lat − uśmiecha się o. Tomasz Gałuszka, odpowiedzialny za zebranie historycznego materiału dowodowego niezbędnego do otwarcia procesu beatyfikacyjnego. − Cechy o. Joachima, które zapamiętałem? Naturalność. I oczekiwanie. Spokojne oczekiwanie tego, co przyjdzie. To nie było oczekiwanie gościa, który nie wie, co z sobą robić, i nerwowo przegląda książkę czy gapi się w komórkę. Nie! Badeni czekał na to, co nadchodzi. Z uśmiechem człowieka, który już coś wie, coś przeczuwa, czegoś się domyśla i spokojnie czeka. Tak, Badeni to jest spokój. Żył na tym świecie, będąc jednocześnie jedną nogą po tamtej stronie. I paradoksalnie był w tym do bólu normalny. Tak normalny, że aż święty.

Nocna wizyta

− Muszę wyjaśnić jedno: ja nie wierzę w duchy. Wierzę w Ducha. – opowiadał mi o. Leon Knabit. − Nie miewałem w życiu żadnych prywatnych objawień czy widzeń. Nic z tych rzeczy. Ale pamiętam świetnie noc sprzed pół roku. Obudziło mnie wyraźne pukanie do drzwi. Wygramoliłem się z łóżka, patrzę: trzecia w nocy. Pukanie było bardzo wyraźne. To nie był sen. Otwieram drzwi, na korytarzu nikogo. Cisza, pustka. Pomodliłem się: może komu to potrzebne? O świcie dostałem SMS-a: „Przed paroma godzinami zmarł o. Badeni”. W drodze do nieba zapukał do Tyńca…

− Jego ostatnie dni były wielką walką duchową. Budził się i szeptał bezradnie: „Nikogo nie ma. Nie ma Jezusa, nie widzę Maryi” − wspominał o. Paweł Pawlikowski, góral z Małego Cichego. − Łapałem go wtedy za rękę i uspokajałem: „Ojcze, ale my jesteśmy. Pan Bóg działa też przez nas, zwykłych braci”. Brał mnie za rękę i mówił: „Dziękuję”. Dla mnie ten miesiąc to były najlepsze rekolekcje w życiu. Spałem po 4 godziny. Nie wiem, jak to wytrzymałem. Pamiętam Eucharystię w celi. Leżał nieprzytomny. Szeptałem mu do ucha: „Ojcze, teraz Komunia”. Podawaliśmy ją w cząstkach, by mógł przełykać. A on wzdychał: „Całe niebo jest przed nami!”. Baliśmy się spłoszyć tę chwilę. Kiedyś po Komunii zaczął się trząść, ręce mu latały. I wtedy powiedział stanowczo: „Cisza!”, jakby rozkazywał swym członkom, by nie przeszkadzały mu w medytacji. Powtarzał: „Módlcie się cały czas do Matki Bożej. Ona was i mnie ochroni”.

Drzwiami i oknami

− Przychodzili do niego wszyscy: i głęboko wierzący, i ludzie prosto z ulicy, wątpiący, poobijani duchowo. Cały przekrój społeczeństwa. Walili do niego drzwiami i oknami. Zastanawiałem się, co ich tak przyciągało. I odkryłem tajemnicę: on potrafił słuchać. Mówił niewiele. Dawał ludziom poczucie wolności i nie potępiał − wspomina Sylwester Szefer, dziennikarz. − Był tak życzliwy, że nawet gdy wypowiedział trudne słowa, człowiek potrafił je przyjąć. Zawsze proponował modlitwę. Nie mówił: „Teraz się za ciebie pomodlę”. Mówił: „Modlimy się razem”. We wspólnocie bywały konflikty, różnice zdań, jak to wśród braci. Zadziwiało mnie jego posłuszeństwo i bezwarunkowe podporządkowanie się decyzji przełożonych. Często przychodziłem do niego na rozmowy duchowe. Byłem wówczas redaktorem miesięcznika „List”. Ciekawe jest to, że w rozmównicy o. Joachim proponował, by wejść w ciszę. Tak, to najczęściej była modlitwa w ciszy... Wiem, że innym proponował to samo. On, charyzmatyk, erudyta, nie zasypywał człowieka dobrymi radami. Słuchał, milczał, proponował modlitwę w ciszy i na końcu wypowiadał kilka słów. I trafiał w dziesiątkę.

− To był bardzo czysty człowiek. Pasjonowały go kobiety, wielokrotnie o tym opowiadał, ale to było niesamowicie czyste. Bardzo pilnował tych kwestii… − opowiada Szefer. − Po wojnie został pozbawiony trzech wielkich majątków i wybrał życie w ubóstwie. Kiedyś opowiadał mi, że bracia mu pokazali, że przesadza: wybrał radykalnie ubogie życie, ale według nich zachowuje się jak arystokrata ducha, zbytnio eksponując swój styl życia i działając jakby na pokaz. Bardzo go to dotknęło. „To prawda – odpowiedział pokornie – mają rację. Potrzebny jest umiar”. To dopiero pokora! Nie eksponował swych charyzmatów i darów duchowych, nie chciał o nich opowiadać, płoszył się, gdy ludzie pytali o jego mistyczne doświadczenia. Starał się to obrócić w żart.

Z kleryka kler

Mógł sypać jak z rękawa cytatami z Orygenesa i Arystotelesa, ale nie chciał słuchacza onieśmielać swą erudycją. – Gdy zostałem dominikaninem, rodzinka pytała: „Uczysz się tej teologii, to powiedz nam, jaka jest najskuteczniejsza, niezawodna modlitwa” – opowiadał mi o. Joachim. – A ja mówię: „Ciociu, nie wiem”. A ona: „Wstyd. Nawet tego nie wiesz?”. Trzeba zaufać Panu Bogu, to wszystko…Spotkanie z Bogiem to uczestniczenie w Jego prostocie! Do Niego trzeba podejść „po prostu”. Bez wielkiej szkoły, bez żadnej kombinacji! Nie trzeba nawet niczego mówić!

− Skąd u Ojca tyle młodzieńczej radości? – pytałem go w grudniu 2004 roku. − Sam się nad tym zastanawiam i dochodzę do wniosku, że to dwa żywioły: Duch Święty, którego obecności realnie doświadczyłem, i 30 lat przebywania z młodzieżą − odpowiedział. − A oni często mi mówili: „To moja koleżanka. Jest już stara, bo ma 25 lat”. Takie hasła odmładzają… By być młodym, trzeba mieć stały kontakt z żywym Bogiem. To jest niemożliwe, żeby kontakt z żywym Bogiem nie ożywiał…

− Lubił przebywać z młodym pokoleniem braci. Kleryk – złośliwie powtarzał − to synonim świeżości, zapału, entuzjazmu, a potem zostaje jedynie kler − opowiada o. Krzysztof Pałys. − Miałem przywilej opiekowania się nim przez rok. Początkowo chodziłem z listą pytań, wiedziałem, że mogę się od niego mnóstwo nauczyć. Ale po kilku miesiącach nie zadawałem już pytań. Siedzieliśmy w ciszy. Ojciec Joachim miał w sobie ciszę. Nosił w sobie pokój. Ten, o którym mówił Jezus. To się wyczuwało. Nawet gdy przychodziło się do niego do spowiedzi, proponował: „Posiedźmy sobie chwilę w ciszy”. Początkowo mnie to krępowało („Jejku, trzeba coś powiedzieć!”), ale dziś widzę, że to był skarb. Gdy jako 96-latek złamał miednicę i wiadomo było, że ona się nie zrośnie, stał się zdany na pomoc braci. Nagi, bezbronny mistyk, arystokrata. Gdy wychodziliśmy z jego celi, mówił czasem: „Padło za dużo słów”. Kochał ciszę. W niej spotykał Boga. W myśl zasady: „Posiądź spokój wewnętrzny, a tysiące ludzi osiągnie zbawienie”. Widzę go, jak siedzi i w ciszy wpatruje się w okno. To był człowiek przepełniony wdzięcznością. Żył słowami, które napisał św. Paweł (najprawdopodobniej w kryminale): „W każdym położeniu dziękujcie”. Wiedział, że jak stracimy wdzięczność, to uschniemy.

− Kiedyś wszedłem do jego celi. Leżał unieruchomiony na łóżku, bezbronny − wspomina o. Krzysztof. − Pomyślałem sobie: „Za co on może dziękować?”, a on w tym momencie powiedział: „Podziękujcie przeorowi za łóżko. Jest bardzo wygodne”. Ależ mnie dotknęły te słowa! Zrozumiałem, że o. Joachim doskonale wiedział, o czym pisał św. Paweł. Po spotkaniu z nim następowało w człowieku coś w rodzaju błysku, olśnienia, zachwytu: „To wszystko, o czym Jezus mówił w Ewangelii, jest prawdziwe. Ewangelia jest prawdziwa”. Wszędzie wożę ze sobą jego zdjęcie. Mam jego osobiste notatki (pisał po angielsku). Mam też kaptur z habitu. Po jego śmierci bracia pozabierali wszystko z jego celi. To naprawdę o czymś świadczy…•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • obserwator
    09.09.2018 12:37
    Pamiętam O. Badeniego. Miałem jedyne chyba zachowane nagranie jego homilii na I Kongresie Odnowy w Częstochowie w 1983 r. Straciło się, jak wiele innych bezcennych dla mnie dokumentów z czasów stanu wojennego przy przeprowadzce do GB. Dla ludzi, którzy bez mojej wiedzy "pomogli mi uwolnić się" od tych, jak się wyrazili "śmieci", to były tylko... śmieci. Prawdziwe jest to co przychodzi z zewnątrz jak ks. Manjackal, Bashobora; ewangelizatorzy z Meksyku, depopulatorzy z Argentyny i inni piewcy globalnego ocieplenia i redefinicji Bożych przykazań, trzeciej i czwartej fali pentakostalnego przebudzenia. Co może być dobrego z Polski? Pozostaje pamięć i jego pierwsze słowa: "To jest to!" Wszyscy tak wtedy czuliśmy. A teraz - pozostaje tylko pogoń za sensacjami i "przeżyciami". Obecny Kościół katolicki jest za duży, za dużo "śmieci" się w nim mieści. Musi być zdecydowanie mniejszy, oczyszczony i... PRAWDZIWY. To jest dobrowolna instytucja. Niech ci, którzy szukają czegoś innego, nie Bożego, a tylko ludzkiego, wezmą sobie co chcą i zostawią katolików w spokoju. To czego szukają, jest wszędzie. Nam Bóg sam wystarczy. Co takiego jest w nazwie "katolicki", że tak się do niej doczepili?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 29 30 1
    2 3 4 5 6 7 8