Roztropność i miłosierdzie

Proszę się nie zasłaniać roztropnością. Roztropność szuka rozwiązań, nie ucieka przed nimi, ignorując zło, które się dzieje w imię własnej niechęci do podejmowania wyzwań.

O uchodźcach i migrantach ostatnio mówi i pisze się wiele. Przy okazji wychodzi spory bałagan i notoryczne mieszanie pojęć. Jednym tchem mówi się o relokacji, korytarzach humanitarnych, pomocy medycznej, która być może jest tańsza na miejscu, mieszając jedno z drugim tak, że jedyne co jest jasne, to kto jest "za", kto "przeciw". Ogólnie, bo w szczegółach już wszyscy się pogubili.

Zacznijmy więc po kolei. Mamy ludzi, którzy decydują się na opuszczenie własnego kraju z powodu trwającej w nim wojny, prześladowań ale także suszy i głodu, prowadzących do śmierci głodowej. Mamy też ludzi, którzy szukają "tylko" lepszego życia w zachodnim świecie. Trudno robić im z tego zarzut, biorąc pod uwagę choćby to, jak liczna jest polska emigracja. Niekoniecznie ta "stara". Każdy człowiek jest wolny. Ma prawo wybrać miejsce, w którym chce żyć. Niemniej: nasze zobowiązanie do pomocy ma w tym drugim przypadku inny wymiar.

Każde wrzucanie wszystkich tych ludzi do jednego worka jest krzywdzące, a nazywanie "emigrantami ekonomicznymi" ludzi uciekających nie przed wojną, tylko przed śmiercią głodową jest skandalem.

Mamy też ludzi w obozach. Tych na terytorium ich krajów (organizacje humanitarne mówią o nich: "wewnętrznie przemieszczeni", ale w potocznym języku to również uchodźcy). Żyją w namiotach, w bardzo skromnych warunkach, często z reglamentowaną wodą, z bardzo ograniczonym dostępem do pomocy medycznej. Nawet na poziomie podstawowych leków. Jest rzeczą oczywistą, że nie da się wszystkich przywieźć do Europy. Jest rzeczą oczywistą, że trzeba pomagać na miejscu. Tam, gdzie istnieją takie możliwości, to znaczy jest bezpiecznie. Na miejscu jest bardzo wiele do zrobienia. I na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Nie jest to jednak żadna nowość. I gdyby gadanie o pomocy komuś faktycznie pomagało, mielibyśmy zapewne problem z głowy. Niestety, nie pomaga. Trzeba się zdecydować na realne działania. I realne koszty.

Jest rzeczą oczywistą, że emigracja jest dużym wyzwaniem. Zwłaszcza emigracja do innego kręgu kulturowego. Syryjczycy mieszkający w Polsce (tak, są tacy!) powtarzają, że najbardziej chcieliby wrócić. Tęsknią. Emigracja do Europy to nie jest "miód i błogosławieństwo". Niestety, bywa koniecznością.

Przechodząc do rozwiązań. Po pierwsze, w Europie jest już mnóstwo ludzi, którzy dostali się do niej nielegalnie. Co więcej: napływ się nie kończy. I nie skończy, póki na poważnie nie zabierzemy się za rozwiązanie problemów na miejscu. Systemowo. To - niestety - kosztowałoby więcej, niż chcielibyśmy zapłacić. Ciężar tego napływu dźwiga kilka państw. Niekoniecznie bogatych. Jest kwestią solidarności, by tym obciążeniem się podzielić. Nie można domagać się solidarności od innych, samemu się z niej wymigując. Powstaje pytanie, jak to zrobić.

I znów: jest rzeczą oczywistą, że należy wiedzieć, komu pozwala się przyjechać. To znaczy, że trzeba znać jego tożsamość. Jest rzeczą oczywistą, że ten człowiek musi chcieć przyjechać do Polski. To nie ma być obóz dla skazanych na Polskę. To nie ma być więzienie. Ale to jest pytanie JAK, a nie CZY. Na razie nie widzę, żeby komuś chciało się nad tym zastanawiać czy rozmawiać. Na razie zamyka się temat słowem: nie. Nie będziemy solidarni. Warto pamiętać, że dokonując wyboru wybiera się też jego konsekwencje.

Zagadnienie drugie, czyli pomoc medyczna. Truizmem będzie stwierdzenie, że istnieją różne problemy zdrowotne. Niektóre wymagają tylko zaopatrzenia w leki, niektóre sprowadzenia zespołu zabiegowego, niektóre długiego i wieloetapowego leczenia, niekoniecznie możliwego na miejscu. Jest truizmem stwierdzenie, że są choroby, które mogą czekać, i takie, które nieleczone prowadzą do śmierci lub ciężkiego kalectwa. Czasem dotyczy to ludzi młodych, mających na utrzymaniu rodziny. Jeśli jest możliwość, oczywiście lepiej chorego człowieka nie włóczyć przez pół świata i nie odrywać od bliskich. Ale mogę sobie bez problemu wyobrazić sytuacje, w których opcja "szpital gdzieś w Europie" będzie konieczna. Co ważne, nie mówimy w tym momencie o statusie uchodźcy. Mówimy o leczeniu, z perspektywą powrotu do własnego kraju.

Rozwiązanie trzecie to korytarze humanitarne. Rozwiązanie, które działa we Włoszech (już: nie tylko) i o które bezskutecznie upomina się w Polsce Kościół. Chodzi o udzielenie pomocy najsłabszym, którzy nie mają żadnej innej szansy na powrót do normalnego życia i którzy wymagają szczególnej opieki. Ofiarom tortur i przemocy, osobom starszym, chorym, niepełnosprawnym, dzieciom. Ludziom, którzy nie wybiorą się w podróż łodzią przez morze ani długą wędrówkę, bo fizycznie nie są do tego zdolni. Ludziom, którzy w obozie dla uchodźców sobie nie poradzą lub zwyczajnie nie przeżyją. Przykład, z gatunku dramatycznych: siedmioletnia dziewczynka z nowotworem oka, do natychmiastowej chemioterapii. Trudno żeby prowadzić ją w warunkach obozu. I raczej nie wchodzi w grę odsyłanie po każdym cyklu, prawda?

Wyboru potrzebujących dokonują działające na miejscu organizacje. Na przykład Caritas. Wybór jest weryfikowany przez władze za pośrednictwem konsulatów. Przyznawane wizy są ważne tylko na terytorium państwa, które im udziela pomocy. Nie obowiązują w innych państwach strefy Schengen. Obawa, że będziemy tylko etapem do ucieczki do Niemiec odpada.

W kontekście uchodźców wiele się mówi o roztropności, przeciwstawianej "nieroztropnemu" miłosierdziu. "Roztropność" użyta w tym przeciwstawieniu bywa niebezpiecznie bliska asekuranctwu i oderwana od miłości bliźniego, a "miłosierdzie" abstrahuje całkowicie od Bożej mądrości, ale pomińmy tę kwestię. Roztropność - nawet rozumiana tylko po ludzku - wymaga odniesienia do faktów. Nie lęków, obaw, przekonań i wyobrażeń, z rzeczywistością mających niewiele wspólnego.

Proszę się nie zasłaniać roztropnością. Roztropność szuka rozwiązań, nie ucieka przed nimi, ignorując zło, które się dzieje w imię własnej niechęci do podejmowania wyzwań.

Tekst już zdecydowanie przekroczył ramy komentarza, ale może warto na koniec przywołać słowa Jana Pawła II (Posynodalna adhortacja apostolska "Ecclesia in Europa", 101):

W obliczu zjawiska migracji pojawia się problem zdolności Europy do wypracowania form roztropnego przyjmowania i gościnności. Wymaga tego wizja «uniwersalistyczna» dobra wspólnego; trzeba dalej sięgnąć spojrzeniem, by objąć nim potrzeby całej rodziny ludzkiej. Samo zjawisko globalizacji wymaga otwarcia i współuczestnictwa, aby nie stało się źródłem wykluczania i spychania na margines, ale raczej solidarnego udziału wszystkich w produkcji i wymianie dóbr.

Każdy musi przyczyniać się do rozwoju dojrzałej kultury otwartości, która ma na uwadze jednakową godność każdej osoby i należytą solidarność z najsłabszymi, domaga się uznania podstawowych praw każdego migranta. Do władz publicznych należy sprawowanie kontroli nad ruchami migracyjnymi, z uwzględnieniem wymogów dobra wspólnego. Przyjmowanie migrantów winno zawsze odbywać się w poszanowaniu prawa, a zatem, gdy to konieczne, towarzyszyć mu musi stanowcze tłumienie nadużyć.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9