Szkaplerz noszę pod koszulą

Kiedy Maria i Paweł Kowalczykowie wyjeżdżają gdzieś z siódemką dzieci, nieraz zaczepiają ich nieznajomi, dzieląc się tym, jak im żal, że sami mają tylko jedno. „Coś w życiu straciliśmy” – mówią.

To historia rodzinna. Znają ją wszyscy domownicy jak przypowieść o raz znalezionym szczęściu, którego nie da się zgubić. Jeszcze przed ślubem wzięli udział w Światowych Dniach Młodzieży w Rzymie. Potem odbyli rekolekcje ignacjańskie. Zaraz po ślubie wyjechali do domu wspólnoty Chemin Neuf pod Paryżem. Już w Warszawie w drugą rocznicę ślubu urodził się Michałek. Paweł się śmieje, że tylko dlatego pamięta, kiedy syn przyszedł na świat. Daty urodzin innych dzieci mu się mylą. – Na konferencji o priorytetach inny tata z dzieckiem zapytał, kiedy urodziła mi się córka, którą woziłem w wózku. Odpowiedziałem: „Nie wiem” – wspomina. Po Michałku na świat przychodziły dziewczynki. Kiedy urodził się Rafał, Michałek cieszył się, że będzie miał z kim grać w piłkę. Ale najpierw była Tereska. – Jest bardzo energiczna, nie lubi, jak jej się wchodzi w słowo – opisuje siostrę najstarszy brat. – W takiej gromadce zawsze jest wesoło, można komuś pomóc, z kimś porozmawiać – wylicza Tereska. – Ela jest cicha. Marta bardzo pomysłowa, lubi jeździć na rolkach na asfalcie. Rafała fascynują ciężarówki i koparki, ale często bije Klarę. Klara lubi swoje pomysły powtarzać bez końca, aż się zrealizują. Krysia jest spokojna, choć zawsze gdzieś chodzi.

Prawnik z różańcem

Poruszający się na wózku brat Marysi – Wiesiek, który właśnie ich odwiedził, chwali małżonków, że wyręczają się wzajemnie i potrafią sobie służyć. – Nie wyznaczają sobie zakresu obowiązków: „to robisz ty, a to ja” – mówi. – Robią, co w danej chwili trzeba, żeby scalać domowe ognisko. Nie żyją obok siebie, ale razem.

Dzieci czekają na przyjazd wujka i same wyjeżdżają do niego na wakacje do Piotrkowa Kujawskiego, rodzinnego miasta mamy. – Zawsze pytają, czy mi w czymś pomóc. Wózek uznają za normalny sprzęt – podkreśla Wiesiek. – Widać, że to dzieci swoich rodziców. Nie zostawią człowieka samego.

Michałek jak dorosły mężczyzna tłumaczy mi, co to przyjaźń. – Przyjaciela nie można opuścić – mówi. – Jak szuka okularów, trzeba sprawdzić, gdzie są. Nie tylko rzucić okiem, ale pomóc mu je znaleźć, jakby były twoje – wyjaśnia. Przyznaje, że w swojej szkole – słynnym „Sterniku” – w 27-osobowej męskiej klasie ma 27 przyjaciół. – Od naszych dzieci staramy się wymagać – opowiada o wychowywaniu Paweł. – Im więcej wyznaczamy im granic, tym powinny czuć się bezpieczniej. Po wiadomościach konsekwentnie wyłączamy telewizor. Wieczorem kładę je do łóżek i wychodzę. Ale nic nie jest idealne, czasem nerwy puszczają i na siebie krzyczymy. Dla nas z żoną priorytetem jest małżeństwo. Wiemy, że dzieci odejdą. Dlatego co jakiś czas staramy się wygospodarować wieczór tylko dla siebie. Załatwiamy opiekuna i idziemy do kina, na kolację albo spacer.

Marysia całe dnie spędza z dziećmi. Paweł wyliczył, że 80 proc. życia poświęca pracy. – Szukam w niej Boga – podkreśla. Na początku pracy w Warszawie trafił do dużej kancelarii korporacyjnej, drugiej co do wielkości w Polsce, plasującej się wysoko w różnych rankingach. – Spotkałem tam wielu bardzo dobrych prawników, którzy w porze lunchu wychodzili na nasz spacerniak i odmawiali Różaniec. Zaglądali do kościoła św. Jakuba na Msze. Wielu miało większe rodziny. Stać ich było na jaguary, a wybierali skromniejsze samochody i styl życia – opowiada. To był dla niego wymowny przykład. Kiedy zaczął pracę w innej kancelarii – międzynarodowej na 23. piętrze jednego z drapaczy warszawskich, w porze lunchu radził kolegom, jak żyć. – Nie afiszowałem się z wiarą, szkaplerz noszę pod koszulą, ale sami poruszali kwestie mojego stosunku do Boga – dodaje.

Dogadywanie się z Bogiem

– Przekonałem się, że można być adwokatem i nie wyzbywać się ideałów – mówi Paweł. – Choć czasem przychodzą pokusy. Zdarza się, że ktoś przychodzi i mówi, że gdybym napisał tę umowę z datą sprzed dwóch lat, to sprawa może wyglądać prościej. Ale postanowiłem nie łamać swojego sumienia. Okazuje się, że i tak da się wszystko uratować. – Nawet kiedy przychodzą trudniejsze doświadczenia, szukam w nich sensu – opowiada. – Dla mnie czymś takim jest przegrana sprawa. Zaczynam wtedy myśleć, że nie jestem profesjonalistą. Pytam Boga, co chce mi przez to przekazać. Wreszcie dochodzę do wniosku, że to nie koniec życia, a ja muszę pamiętać, że nie jestem supermenem, jakimś pępkiem świata. Ale też nabieram dystansu i staram się nie utożsamiać z klęską.

– Możliwe, że jesteśmy przez Boga bardzo obdarowani – zastanawiają się. – Pierwsze dziecko urodziłam, kiedy miałam 29 lat – mówi Marysia. – Kolejne przychodziły jedno za drugim, ale nie mogę narzekać. W żadnej ciąży nie musiałam leżeć, do końca zajmowałam się raczkującymi niemowlętami.

Marysia i Paweł stale dogadują się z Bogiem, ale wymaga to wysiłku, bo dużo czasu spędzają na modlitwie. Kiedy przy kolejnym dziecku pakowali ciuchy i książki w pudła, zmieniając mieszkanie, postanowili wybudować dom w Aleksandrowie, dzielnicy Warszawy. Dziś mieszkają prawie w środku lasu, tylko przelatujące nad głową samoloty zniżające się do lądowania na Okęciu przypominają, że to wielkie miasto. – Prawda o naszym małżeństwie jest taka, że się kochamy, chcielibyśmy spędzać jak najwięcej czasu razem, ale też jesteśmy gotowi wybrać służbę Kościołowi – mówi Paweł. Niedawno oglądał film o zakonnikach, którzy wyjechali do Afryki na misje i przyszło im robić protezy dla tamtejszych ludzi bez rąk i nóg. – Jaki jest sens prowadzenia spektakularnych procesów prawniczych w kontekście robienia protezy? – zadaje sobie pytanie Paweł. – Na razie jest sens, więc je prowadzę. Ale jak trzeba będzie, będę robił protezy.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12