Matka i syn

To niezwykła książka. I wcale nie ze względu na jej walory literackie, choć napisana została bardzo sprawnie. Jest niezwykła przede wszystkim dzięki swoim bohaterom. Matce i synowi, którzy promieniują świętością.

Książkę Mileny Kindziuk czyta się jednym tchem. Może dlatego, że przyciąga ona mocą samej prawdy. Autorka zaś – jak na dobrego reportażystę przystało – ukrywa się w cieniu swoich bohaterów. Swój komentarz ograniczyła do minimum, oddając głos Mariannie Popiełuszko – matce ks. Jerzego.

Ludzie twardej wiary

Właściwie nie do końca wiadomo, kto jest głównym bohaterem „Matki świętego” – tak bardzo losy tych dwojga ludzi – matki i syna – splatają się w jedno. Czytając, ma się wrażenie, że świętość jest obecna w tej rodzinie od zawsze. Prostą, tradycyjną – w najlepszym tych słów znaczeniu – pobożność Marianna odziedziczyła po rodzicach i przekazała synowi.

Tu, na Wschodzie, była ona czymś naturalnym. „Wiara była u nas twarda, w serce wbita każdemu, dziadom, pradziadom” – mówi Marianna Popiełuszko. Pewnie dlatego młody Alek (ks. Jerzy otrzymał na chrzcie imię Alfons) codziennie, niezależnie od pogody i samopoczucia, wstawał wcześnie rano, by zdążyć przed szkołą na Mszę w Suchowoli, oddalonej od rodzinnych Okopów o 5 kilometrów. I pewnie dlatego, mimo trudnych doświadczeń w wojsku, gdzie znęcano się nad młodym klerykiem, mógł zapisać: „Okazałem się bardzo twardy, nie można mnie złamać groźbą ani torturami. Może to dobrze, że akurat ja, bo może ktoś inny by się załamał, a jeszcze innych wkopał”. W czasie ciąży ofiarowała go Panu Bogu, prosząc, by syn został kapłanem. A jeśli będzie dziewczynka – zakonnicą. Nie dziwiły jej więc specjalnie jego dziecięce zabawy – zamienianie stołu w ołtarz, rozkładanie na nim świętych obrazków. Choć do matury nikomu o tym nie mówił, ona domyślała się już, że zostanie księdzem.

Nikt nie ma dziecka dla siebie

Decyzję Alka o wyborze kapłańskiej drogi przyjęła ze spokojem, mimo że wiązała się ona z rozłąką. Późniejszy ks. Jerzy wybrał seminarium w Warszawie i odtąd jego życie związało się ze stolicą. Jeśli wpadał do domu, to na krótko, „jak po ogień”. Pani Marianna nie czyniła mu z tego powodu wyrzutów. Byli teraz osobno, ale łączyła ich modlitwa. „Nikt nie ma przecież dziecka dla siebie. Ono musi iść w świat, by spełnić wolę Bożą” – mówi w książce. W jego przypadku wiązało się to stale z narażaniem życia. Przeczuwała to, choć syn nie zwierzał się ze wszystkich problemów, jakie miał ze Służbą Bezpieczeństwa. By zanadto nie martwić matki, wspominał tylko o nich ogólnikowo. Ten ostatni raz zatrzymał się jednak w domu na nieco dłużej. Zostawił matce do zaszycia sutannę, mówiąc: „Odbiorę następnym razem. Albo najwyżej będzie mama miała na pamiątkę”. I jeszcze: „Jakbym zginął, to tylko nie płaczcie po mnie”. Potem kilka razy obchodził dom, pobiegł na pole, robił zdjęcia czerwonych maków, które zasiała matka. „A gdy odjeżdżał, pani Marianna odprowadziła go, jak nigdy, aż do Suchowoli. A potem długo stała na drodze i patrzyła na oddalający się samochód z jej synem, aż zniknął za horyzontem” – pisze Milena Kindziuk.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
28 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10