Czy trzeba bać się Boga?

„Bój się Boga” mawiali nasi ojcowie. Chyba impertynencją jest twierdzić, że wbrew II przykazaniu straszyli Bogiem.

Twitter, dyskusja dwóch księży. Jeden przypomina o bojaźni Bożej, drugi strofuje go, że przekręca Pismo Święte, bo... I tu następują wyjaśnienia, co wedle słownika znaczy to, co tłumaczymy jako bojaźń Bożą. Tak, tłumaczymy. Bo gdy mowa o darach Ducha Świętego – warto o tym pamiętać – przypominamy proroctwo Izajasza:

I wyrośnie różdżka z pnia Jessego,
wypuści się odrośl z jego korzeni.
I spocznie na niej Duch Pański,
duch mądrości i rozumu,
duch rady i męstwa,
duch wiedzy i bojaźni Pańskiej.
Upodoba sobie w bojaźni Pańskiej. (Iz 11, 1-3a).

Tą różdżką z pnia Jessego jest Jezus, na którego podczas chrztu w Jordanie zstąpił Duch Święty. Chrześcijanie mówiąc o darach Ducha na to proroctwo najczęściej się powołują. Mniejsza o to, czemu nie sięgają raczej do tekstów Pawła i czemu tych darów jest tu sześć, a my mówimy o siedmiu, dodając jeszcze pobożność. Czemu jednak mowa jest o bojaźni Bożej i to rozumianej jako dar od Boga? Czy faktycznie Boga trzeba się bać?

We wspomnianej dyskusji najsmutniejsze było to, co pisali ci, którzy w dyskusję się włączyli. Między innymi, że przypominanie o bojaźni Bożej spowoduje coraz większy odpływ ludzi z Kościoła. Bo? Pewnie uważali, że ludzie nie chcą się bać. Zwłaszcza Boga. Wolą słyszeć, że kocha, że rozumie, że przebacza... Czy jednak dla nadziei,  że ludzie będą przychodzić do Kościoła można rugować z nauczania Kościoła to, co w nim od wieków było?

Sęk w tym, że nie trzeba. Trzeba tylko dobrze zrozumieć czym jest bojaźń Boża. A jest to po prostu inne imię tego, co nazywamy pobożnością. O ile jednak słowo „pobożność” może kojarzyć się  czymś powierzchownym, zewnętrznym tylko, formalnym – pewnie nie bez znaczenia jest tu ewangeliczna krytyka takiej właśnie religijności faryzeuszów – o tyle określenie „bojaźń Boża” to termin uzmysławiający, że wiara, pobożność, musi być czymś wewnętrznym. Nie może ograniczać się do czysto formalnego udziału w życiu religijnym, ale musi być osobistym wyborem; wyborem, za którym idzie też zgodny z Ewangelią styl życia. Bojaźń Boża jest po prostu liczeniem się z Bogiem. Jest wynikającą z wiary postawą  szacunku wobec Niego i pewnego wobec Niego respektu.

No bo kiedy nasi ojcowie mówili „bój się Boga”? Nie wtedy, gdy człowiek pobożnie składał ręce do modlitwy, przyjmował komunię, a na pewno już nie wtedy, gdy pielęgnował chorych czy dawał hojną jałmużnę. Boga miał się bać ten, kto postępował niewłaściwie, kto zdradzał, krzywdził, grabił i uważał, że nic się nie stanie, bo przecież on jest silny, nikt nie jest w stanie mu się przeciwstawić. „Bój się Boga”  było przypomnieniem, że jest jeszcze Bóg. Że jeśli czyniąc zło wydaje ci się, że ujdzie ci na sucho, to tak nie jest. Przed Bogiem, sprawiedliwym sędzią, nie da się czynionego zła, wielkich nieraz krzywd, zamieć pod dywan. Z wszystkich swoich czynów – dobra i zła – przyjdzie nam wcześniej czy później zdać przed Bogiem sprawę.

Paradoksalnie więc ten, kto boi się Boga, wcale się Go bać („strachać”) nie musi. Bo jeśli bojąc się Boga już tu, na ziemi, liczy się z Nim, to w dzień sądu raczej nie zganiony zostanie, a pochwalony. Nie muszą się też chyba bać Boga ci, którzy grzeszą, ale są tego świadomi i bijąc się w piersi przepraszają Boga za swoje grzechy, starając się popełnione zło naprawić (szerzej o tym niebawem, w innym tekście). Ale na pewno bać („strachać się”) Boga powinni się ci, którzy zupełnie się z Nim nie liczą, którzy Nim gardzą i którzy choć znają wymagania dobra, wolą wybierać to co złe. Bo tak wygodniej....

Czy mówienie o bojaźni Bożej może ludzi odstręczać od wiary? Tych, którzy żyją wedle wiary – nie. Tych, którzy starają się tak żyć  też nie. Bo ci płacząc liczą na Boże miłosierdzie. Jeśli przypominanie o Bożej sprawiedliwości i Bożym sądzie kogoś od wiary odstręcza to tych właśnie, którzy Boga i tak już w praktyce odrzucili. Nie liczą się z Nim, mają Go za nic. Nadzieja, że jeśli z obrazu Boga wytniemy tę część prawdy o Nim, która przypomina, że jest sprawiedliwy, to ludzie będą garnąć się do Boga,  jest jednak złudna. Tych, którzy chcą trwać w złu tylko umacnia w przekonaniu, że z Bogiem wcale nie muszą się liczyć. Mogę żyć jak chcę, czynić zło kiedy i jak chcę, bo wolno mi wszystko. A Bóg? Przecież On kocha, jakby co i tak mi wszystko przebaczy, więc po co ta cała heca z chodzeniem do Kościoła i przestrzeganiem przykazań?

Zauważmy jeszcze jedno. Zło nosi bardzo różne oblicza. Między innymi takie, które jest krzywdą wyrządzoną bliźnim. Mówić, że Bóg kocha, że przebacza, a zapominać o tym, że jest sprawiedliwy, to napluć w twarz tym wszystkim, którzy zostali skrzywdzeni, a w żaden sposób nie mogą doczekać się sprawiedliwości. Jeśli dla tego, który krzywdził nie ma żadnej kary, nawet „trochę dłuższego czyśćca”, to z perspektywy ofiary taki Bóg nie jest wart tego, żeby w Nim pokładać nadzieję. Zwłaszcza jeśli ten Bóg wszystko niby wybacza, a najgorszą winą jest dla niego to, że ktoś nie umie wybaczyć. Nawet gdy w grę wchodzi wielka krzywda i śmiejący się w twarz oprawca.

Przed Bogiem nie trzeba drzeć ze strachu, ale z Bogiem trzeba się liczyć. O tym właśnie przypomina nazywanie pobożności „bojaźnią Bożą”.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11