Świat za murem

​Razem, ale osobno – na taki miks wpadł Romuald, który tęsknił za życiem samotnika, ale chciał je realizować we wspólnocie. Za jego przykładem poszło tysiące mężczyzn. Kim są? Milczkami? Introwertykami? Dziwakami?

​Gdy przed laty w internecie znalazłem płytę ze ścieżką dźwiękową do filmu „Wielka cisza”, myślałem, że to primaaprilisowy żart. Przecież w tym znakomitym dokumencie o Wielkiej Kartuzji nie ma muzyki! Okazało się jednak, że nie był to fake news. Album zawierał śpiewy braci. Niewyreżyserowane, często chropowate, pozbawione sterylności studia, ale właśnie dzięki temu do bólu prawdziwe! Nic nie było udawane, lecz takie, jakie jest życie za murami klauzulowego zakonu: szczere. Jedynie taka motywacja ostatecznie się ostoi.

Doskonale pamiętamy scenę, w której niezmordowany Onufry Zagłoba wyciąga za fraki Michała Wołodyjowskiego, pragnącego dokonać reszty żywota w kamedulskim habicie po śmiercui ukochanej. Ktoś, kto kieruje się takimi intencjami, nie zatrzyma się jednak na długo w zakonie o najsurowszych regułach na świecie. Tu nie szuka się ulgi ani mocnych wrażeń. „Najważniejsze są te chwile, kiedy nic się nie dzieje. Te przestrzenie, gdzie my jesteśmy dla Boga, a On dla nas” – nauczał współbrat Thomasa Mertona trapista o. B. Pennington.

Czyste srebro

„Erem Srebrnej Góry wynurza się z mgły. Jest rzeczywiście srebrny, skąpany w wiosennej rosie. Zimno. Mamy kompletnie przemoczone buty” – pisałem przed siedemnastu laty, gdy po raz pierwszy jako dziennikarz odwiedziłem krakowskich kamedułów. Gdy przybyliśmy o 9.00 na Bielany, dla braci była to… połowa dnia. Wstali o 3.30, a dźwięk dzwonu zgromadził ich w ciemnym, zimnym kościele. Liturgię godzin odmawiali spokojnie, monotonnie sącząc słowa psalmów. Nikt się nie spieszył. A bladym świtem rozeszli się, by w swych celach studiować słowo Boże.

„Wszechświat rozmawia z człowiekiem samotnym. Dostrzega on znowu słońce i jego wędrówkę po niebie, zmiany księżyca i jego uciszające, blade światło, cudowną głębię nieba wyiskrzonego gwiazdami” – pisał w jednej z tutejszych cel o. Piotr Rostworowski, benedyktyn, który został kamedułą. Był spowiednikiem kard. Wojtyły, a ks. Blachnicki radził się go w najważniejszych kwestiach dotyczących oazy. Tłumaczył Pieśń nad Pieśniami i napisał… niemal 30 tys. listów. „Nie jest prawdziwe porzekadło »Nie ma cudów«, bo właśnie cuda są, ale widoczne tylko dla tych, którzy umieją patrzeć z wiarą na zwyczajne z pozoru sprawy” – przypominał. O 18.30 kameduli schodzą się ostatni raz na wspólne modlitwy w kościele: najpierw nieszpory, potem Litanię Loretańską. Ostatnie są kompleta, modlitwa za zmarłych i Różaniec. Około 20.00 w milczeniu rozchodzą się do cel, by oddać się indywidualnym modlitwom i przygotowaniu na spoczynek. Czynią tak od czasu, gdy ich założyciel św. Romuald w 1025 roku schronił się na pustelni w lasach Casentino. Miał ogromną charyzmę. Święty Piotr Damiani opowiadał, że ten czcigodny starzec przebiegał góry i lasy w poszukiwaniu odpowiednich miejsc, gdzie mógłby ulokować uczniów, którzy garnęli się do niego.

Nie śpimy w trumnach

Wieść życie pustelnicze, ale we wspólnocie – tak można najkrócej zdefiniować ideę Romualda. Pochodził z Rawenny, miasta zapierających dech w piersiach mozaik. Urodził się około 952 roku w arystokratycznej rodzinie. Gdy jego ojciec Sergiusz zabił w czasie sprzeczki jednego z krewnych, syn w ramach zadośćuczynienia za ten grzech zamknął się w benedyktyńskim klasztorze św. Apolinarego. W 978 roku wraz z dożą weneckim Piotrem Orseolo i przyjacielem mnichem Marynem wyruszył w Pireneje, by nieopodal opactwa w Cuxa założyć wspólnotę eremicką. Za zezwoleniem opata, nawiązując do pierwotnej reguły św. Benedykta, zakonnicy zamieszkali w oddzielnych domkach, uprawiali ziemię i zbierali się jedynie na wspólny posiłek i modlitwy. Po dwudziestu latach Romuald i jego towarzysze powrócili do Włoch. W Camaldoli, pod słońcem wschodniej Toskanii, powstał pierwszy dom zakonny, z dwudziestoma oddzielnie zbudowanymi celami. Podobno święty miał sen, w którym ujrzał, jak jego odziani w białe habity uczniowie wdrapywali się po szczeblach drabiny Jakubowej. Od nazwy miejscowości zakon zaczęto nazywać kamedułami. W samej Italii Romuald założył kilkanaście podobnych eremów. Zmarł 19 czerwca 1027 roku w klasztorze Val di Castro niedaleko Ankony, a już pięć lat później ogłoszono go świętym.

Kameduli obok kartuzów i trapistów są zakonem o najsurowszej regule. Ponieważ żyją „za murem”, wokół ich życia narosło wiele mitów. – Nie, nie pozdrawiamy się zawołaniem Memento mori i nie śpimy w trumnach – słyszałem na Bielanach. – My nawet po śmierci w nich nie leżymy! Zgodnie z tradycją ułożone na desce ciała mnichów ubrane w biały kamedulski habit zamurowywane są w niszach katakumb.

Nie są jednostkami duchowego GROM-u ani tarczą antyrakietową. Nie są też po to, by być zapleczem modlitewnym Małopolski. Po co są? Po nic…

Po co to wszystko?

I po co to wszystko? – z tym pytaniem muszą zmierzyć się na co dzień kameduli, trapiści i kartuzi. Praktyczni Europejczycy nie lubią słowa „bezużyteczność”. Wszystko musi być po coś. Z odpowiedzią na podobne pytanie mierzy się od lat Johannes Hartl, doktor teologii, filozof założyciel domu modlitwy w Augsburgu: „Niemcy zadają nam pytania: Po co się modlicie? Co z tego macie? Odpowiadamy: Nic. Interesuje nas tylko Bóg i Jego miłość. Nic więcej. On nas nie chce »po coś«. Jeśli wszystko musi być wykorzystane »po coś«, traci swe prawdziwe znaczenie. Jaki jest użytek z piękna? Ono jest piękne samo w sobie. Jak pocałunek, jak miłość, jak modlitwa”.

– Nasza bezużyteczność to bardzo dobre uczucie – wyjaśniał John Chapman, mistrz angielskich benedyktynów. – My nie możemy być użyteczni dla Boga! On może doskonale obejść się bez nas. Jeśli jednak nas wybiera, to jest to wielki zaszczyt.

Na Śląsku, gdy przed kościołem nie stoi koparka, mówi się, że „farorz jest do luftu”. – To pokusa wszystkich zakonów! Nawet tych najbardziej kontemplacyjnych – uśmiecha się o. Michał Zioło, ​który w 1995 r. opuścił dominikanów i rozpoczął postulat u francuskich trapistów (Zakon Cystersów Ściślejszej Obserwancji istnieje pod tą nazwą od 1903 roku). – To odsuwanie spotkania z Panem Bogiem na czas, kiedy w końcu skończymy, zbudujemy, wyremontujemy, przygotujemy. No i skończone… Panie Boże, teraz to wreszcie nasza wspólnota będzie działać! Życie trapistów powinno odznaczać się równowagą. Benedykt mówi, aby we wszystkim, co się robi, zachować umiar. To jest generalna zasada tej duchowości. Umiar. A po co istnieje ktoś taki jak mnich? A któż to wie? Jak w wierszu Gałczyńskiego: „Po cholerę toto żyje?/ Trudno powiedzieć, czy ma szyję”. To o bożej krówce, ale o mnichu też, bo chyba zostali oni powołani z tej samej puli. To się fachowo nazywa zasadą Bożego nadmiaru – uśmiecha się o. Michał. – Często mówię o bezużyteczności mnichów, już się ze mnie śmieją. No bo po co jest mnich? Ja mówię, że jest po nic. W naszej nieużyteczności jest ogromna ufność wobec Pana Boga. Ja żyję z Tobą, Ty się mną posługujesz, widzę pewne efekty, ale tak naprawdę najgłębszego sensu tego, co robię, nie dostrzegam. Ty się tym zajmujesz, Ty rozdzielasz, Ty budujesz królestwo. Nie ja.

Cisza jak promień słońca

„Cisza, podobnie jak promień słońca, oświeci cię w Bogu” – przekonywał w VII wieku pustelnik Izaak z Niniwy. „Niepokój i wzburzenie nigdy nie pochodzą od Boga. On nigdy nie niepokoi duszy, która chce kroczyć ku Niemu. Ostrzega ją, a nawet używa siły, by ją odzyskać, ale nigdy jej nie niepokoi. Zaufanie do przełożonych i do kierownika duchowego, powierzenie się im całym sercem – oto, co zapewnia pokój serca. Zachowamy pokój, jeśli będziemy słuchać Boga i będziemy Mu wierni” – czytam w napisanej przez mnicha Wielkiej Kartuzji książce „Szkoła ciszy”. – „Święty Ludwik był kartuzem, będąc królem. My jesteśmy królami, będąc kartuzami. To boska wolność i boska królewskość duszy”.

Film Philipa Gröninga o ukrytym w Alpach konwencie zrobił przed laty furorę. Może dlatego, że klasztor zamknięty jest dla turystów, a reżyser aż 19 lat czekał na to, by mnisi zgodzili się na sfilmowanie ich życia? Spędził za klauzurą pół roku. Grande Chartreuse to najstarszy klasztor kartuzów, założony około 1084 roku. Surowa reguła zakonna została spisana przez piątego przeora Wielkiej Kartuzji Guigo I. Do końca życia zapamiętam ostatnią scenę tego obrazu. Niewidomy, sędziwy mnich spod Grenoble opowiada: „Im człowiek bliżej jest Boga, tym jest szczęśliwszy. Bóg jest nieskończenie dobry i wiecznie zabiega o nasze dobro. Nie ma co się martwić o to, co nam się przytrafia. Szkoda, że świat stracił całkowicie poczucie Boga. Szkoda. Nie mają już po co żyć… Należy zawsze uwzględniać to, że Bóg jest nieskończenie dobry i że wszystko, co czyni, ma nam jak najlepiej służyć. Dlatego chrześcijanin powinien być zawsze szczęśliwy, a nigdy nieszczęśliwy. Ponieważ wszystko, co się dzieje, jest wolą Bożą, a dzieje się ze względu na dobro naszej duszy. Bóg jest nieskończenie dobry, wszechmocny. I On nam pomaga!”. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10