Szedłem wprost do piekła

Gdy go zobaczyły, na wszelki wypadek spuściły psa i zamknęły bramę. Zaproponowały modlitwę, bo „tak wypadało”, a on był w takim stanie, że przyjął, bo… nie wypadało odmówić. I tak zniknęły nowotwór, żółtaczka typu C i zwapnienie wątroby.

Paweł Piątek: Ponieważ rozpadło się małżeństwo moich rodziców, wychowywali mnie dziadkowie. Pracowali i nie mieli dla mnie zbyt wiele czasu, więc szybko wpadłem w złe towarzystwo. Dziadkowie pozostawiali mnie pod opieką mieszkającej w tym samym bloku rodziny, w wieku moich rodziców. Nie wiedzieli jednego: to byli narkomanii i dilerzy. I tak zaczęła się moja straszna przygoda z narkotykami. Równia pochyła. Zacząłem brać w… wieku 12 lat. I to od razu z grubej rury: wszedłem w „kompot”, polską heroinę. Wielokrotnie w czasie imprez dilerzy mówili: „Zostawcie go, to dzieciak. Młodemu nic nie dawać!”, ale kiedyś byli tak naćpani, że „poczęstowali” mnie, a ciekawość, jak wiadomo, to pierwszy stopień do piekła… Ci ludzie już nie żyją. Zresztą ze znajomych, z którymi dawałem w żyłę, żyje tylko jedna osoba. I tylko dlatego, że odsiaduje długi wyrok.

Wrak

Coraz bardziej się pogrążałem. Robiłem coraz gorsze rzeczy, a w moim życiu było coraz mniej Boga. Jako piętnastolatek przestałem mieszkać w domu i odwróciłem się od Kościoła. Chodziłem nawet na spotkania satanistyczne. Pogrążałem się, dokonując coraz gorszych przestępstw. Część z nich odpokutowałem w czasie odsiadki w więzieniu. Tam interesowało mnie tylko jedno: nie to, jak przestać brać, ale jak zdobyć narkotyki.

Resocjalizacja nie pomogła. Wróciłem do brania i znów na okrągło: nałóg, przestępstwa, złe życie. Jeździłem na leczenie, odwyki i detoksy, ale po to, by na chwilę odpocząć, a potem wrócić do nałogu. Zrobiłem tyle krzywdy ludziom, że aż trudno mi o tym opowiadać. Byłem przekonany, że idę prosto do piekła. To było chyba najgorsze. Kompletny brak nadziei. „Będziesz smażył się w piekle!” – ten refren wracał nieustannie.

„To ostatnia zima, którą przeżyję” – myślałem. Jestem wysokim człowiekiem, a ważyłem niecałe 50 kg. Dramat. Czułem w kościach, że zbliża się koniec. Albo zrobię coś ze sobą, albo idę prosto w śmierć… Byłem bezradny, zrezygnowany.

Dostajesz ostatnią szansę

Znów trafiłem do Monaru. Bez większego przekonania, bo dotąd nic te pobyty nie dawały. Dziadek powiedział: „Zawiozę cię. Ostatni raz dam ci szansę”. Rodzina miała mnie dość, bo tak wiele krzywdy jej wyrządziłem. Przyjechałem z jedną rklamówką. Kilka dziurawych skarpetek na zmianę, nic więcej. Wiedziałem: albo się wyleczę, albo umrę. Leczenie przebiegało jak każde inne. Choć Monar to instytucja świecka, nasza kierowniczka była bardzo wierzącą osobą. Nie narzucała się, ale gdy z nią rozmawialiśmy, zachęcała nas do powrotu do wiary.

Mój powrót do Kościoła nie był chwalebny. Poszedłem tam jedynie dlatego, że mogłem zwiać z obowiązkowego punktu dnia, jakim była integracja, czyli jakieś gry w salonie. Nienawidziłem tego i wolałem już pójść do kościoła. Poszedłem raz, drugi i powoli weszło mi to w krew.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10