Rozmowa z ks. Padlewskim, proboszczem rzymskokatolickiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Chersoniu.
Proboszcz rzymskokatolickiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Chersoniu, ks. Maksym Padlewski, w rozmowie z katolickim portalem rkc.org.ua opowiada, jak miasto przeżywało Wielkanoc, o wyzwaniach życia na linii frontu i o decyzji pozostania ze swoimi wiernymi pomimo nieustannego niebezpieczeństwa. Jest to rozmowa o rzeczywistości, w której modlitwa staje się źródłem siły, a Boże miłosierdzie jest codziennym doświadczeniem.
Rkc.org.ua: Księże, przebywasz w Chersoniu od samego początku wojny, pomimo niebezpieczeństwa i ostrzału. Proszę mi powiedzieć, czy kiedykolwiek myślałeś o wyjeździe stamtąd?
Ks. Maksym Padlewski: Było więcej takich rozmów z moimi przyjaciółmi, znajomymi i krewnymi, którzy poruszali ten temat. Ja osobiście nie, nie miałem takich myśli. Może w bardzo krytycznych, ekstremalnych sytuacjach, kiedy naturalnie martwisz się o swoje życie. Ale zazwyczaj częściej słyszę to od moich bliskich. Zawsze staram się im wytłumaczyć, co myślę, ale nie wiem, czy to dla nich argument.
Co najbardziej trzyma Cię w Chersoniu?
Po pierwsze, moje rodzinne miasto, w którym się urodziłem. I to jest chyba najważniejsze. Po drugie, jestem proboszczem parafii. A po trzecie, nie mniej ważne, to ludzie, z którymi tu przebywam. I to nie tylko parafianie, ale także ci potrzebujący, mieszkańcy naszej dzielnicy, dzieci pozbawione dzieciństwa. Często są to ludzie, których spotkałem w różnych sytuacjach wojennych. My już, można by rzec, znamy się przynajmniej z widzenia, a mnie prawie wszyscy już znają. To wszystko mnie tu trzyma.
Znów Wielkanoc obchodziliśmy pod ostrzałem. Proszę opowiedzieć, jak przebiegały obchody Wielkanocy i czy parafianie mieli możliwość uczestniczenia we Mszy św.?
Chciałbym tu przede wszystkim zaznaczyć, że sytuacja jest naprawdę bardzo trudna. Nie śledzę tego, co się pisze o naszym mieście, żyję raczej w tych okolicznościach i różnych sytuacjach. Dlatego warto powiedzieć, że aby ludzie mogli po prostu przyjść do parafii, do kościoła, muszą ryzykować życie. Ostatnio drony latają bardzo często i jest ich mnóstwo. Na przykład, warto śledzić kanały na Telegramie, które informują o tym, gdzie lecą drony i gdzie należy zachować ostrożność. Do tego dochodzi jeszcze ostrzał artyleryjski. Dlatego teraz, poruszając się po ulicach miasta, trzeba zachować szczególną ostrożność i stale kontrolować sytuację.
Jeśli chodzi o nabożeństwa, dzięki Bogu, udało nam się uczcić Triduum Paschalne. I codziennie odprawiamy Mszę Świętą. Zmieniła się jedynie godzina nabożeństwa. Bo Triduum Paschalne, jak wiemy, zazwyczaj jest odprawiane wieczorem, a nawet w nocy. Zamiast tego, ze względu na sytuację bezpieczeństwa i lokalizację kościoła, odprawialiśmy Msze św. i nabożeństwa w Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielką Sobotę o godzinie 13:00.
Nasi parafianie, którzy pozostali w mieście, przybyli z radością i wspólnie przeżywaliśmy te wydarzenia Odkupienia. W Niedzielę Wielkanocną Msza św. była stosunkowo wcześnie – o godzinie 8:00.
Co słowa: „Chrystus Zmartwychwstał” oznaczają dla ludzi, którzy pozostali w Chersoniu? Czy dają nadzieję, czy może, po tym wszystkim, czego doświadczyli, są postrzegane jako niezwykle trudne wyzwanie dla wiary?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie tak ogólnie dla całej parafii. To pytanie jest prawdopodobnie dla każdego bardziej osobiste. Ostatnio śmiejemy się w rozmowach z parafianami czy znajomymi, gdy pytają nas: „Jak się macie?”. Odpowiadamy – w Chersoniu: „Dobrze”. Co to oznacza w naszym rozumieniu? Że jest ostrzał, że jest niebezpieczeństwo, ale nic nam nie grozi.
A wracając do tego pytania, co oznacza „Chrystus Zmartwychwstał”: prawdopodobnie chodzi o nadzieję. O nadzieję, że nawet w tej rzeczywistości, w której żyjemy, Bóg nas nie opuszcza, nie porzuca. Jest z nami. Staram się o tym przypominać moim parafianom w rozmowach z nimi, że Bóg jest z nami.
Piąty rok żyjemy w realiach wojny na pełną skalę. Co jest dla Was osobiście najtrudniejsze i co stanowi największe wsparcie w tym długim czasie prób?
Są różne sytuacje i okoliczności, które są mniej lub bardziej trudne. Chyba najtrudniej jest znaleźć osobę, z którą można się porozumieć, która by mnie zrozumiała, która by mi doradziła. Bo bardzo mnie irytuje, kiedy wyjeżdżam z Chersonia, a na przykład księża czy inni ludzie mówią: „Rozumiem cię”. Na to odpowiadam, że przyjacielu, bracie, nie musisz tego mówić.
To trudne, kiedy opuszczasz miasto jadąc jakby do innego świata. Kiedy oddalasz się od frontu i czujesz ten dysonans światów: z jednej strony w Chersoniu ludzie walczą o życie, próbują przetrwać, a tu widzisz inny świat, inne problemy. To nie jest zarzut dla tych, którzy mieszkają dalej od frontu, po prostu ta odmienność wprowadza pewien dysonans.
W takich momentach bardzo trudno się odnaleźć: czy wyjeżdżasz na odpoczynek, czy w sprawach parafialnych. Nigdy nie miałem żadnych pretensji do ludzi. Trudno jest połączyć te dwa światy – świat wojny i ten dalej od frontu.
A co jest dla Księdza osobiście siłą, która nie pozwala upaść duchowo?
Tutaj chciałoby się zaznaczyć modlitewne wsparcie wielu ludzi, z którymi się rozmawia, wyjeżdżając na odpoczynek, przez telefon czy w jakikolwiek inny sposób. Prawie każdy mówi: „Modlimy się za was” – czy to za mnie, czy za parafię, czy za Chersoń. I tutaj trzeba powiedzieć, że modlitwa rzeczywiście ma wielką moc.
Może zabrzmi to dziwnie z moich ust, ale czas wojny ponownie uczy mnie i pokazuje siłę modlitwy. Modlitwa jest dla mnie wielkim wsparciem – zarówno osobista, jak i innych ludzi w mojej intencji. Wydaje mi się, że to, co robię i gdzie jestem, nie jest moją zasługą, lecz łaską Bożą i duchowym wsparciem ludzi.
Wasza Księże posługa wykracza daleko poza mury świątyni. Opowiedzcie o Waszej misji humanitarnej: jak udaje Wam się łączyć duszpasterstwo z wolontariatem i jak blisko linii frontu czy okupowanych terytoriów musicie się znajdować?
Kilka słów o lokalizacji. Sama świątynia, nasza lokalizacja, znajduje się na linii frontu, jeśli mówimy o rozgraniczeniu wojskowym. Przecznicę dalej jest już ulica oznaczona czerwoną linią. Świątynia znajduje się około 300-400 metrów od Dniepru. Jest dość blisko i nawet lokalne taksówki z Chersonia, słysząc adres świątyni, mogą odmówić, bo jest tam niebezpiecznie. Po pierwsze, ze względu na aktywność dronów, po drugie, ryzyko ostrzału artyleryjskiego. Ale drony odstraszają ich bardziej.
Jeśli chodzi o działalność humanitarną, nie mogę powiedzieć, że jestem jakimś wielkim wolontariuszem. Są księża, których poznałem podczas wojny i uważam to za zaszczyt. Oni bardziej zajmują się wolontariatem. Natomiast ja, przy okazji, staram się być pomocny dla ludzi, którzy są obok.
Po pierwsze, udostępniliśmy wodę pitną mieszkańcom Chersonia bezpośrednio na terenie kościoła. Ludzie, którzy mieszkają w okolicy, w zasadzie już się znają i pomagają, jeśli jest taka potrzeba. Jeśli mamy paczki z pomocą humanitarną lub żywnością, rozdajemy je również po niedzielnej Mszy św. Przyjeżdżają nie tylko parafianie, ale także osoby mieszkające w pobliżu. Rozdajemy je wszystkim, którzy przyjadą.
Taka pomoc nie jest udzielana w każdą niedzielę, ale wtedy, gdy okoliczności i możliwości na to pozwalają. Opiekuję się również dwiema wioskami położonymi wzdłuż linii frontu. Od dwóch lat dowożę tam wodę pitną. A teraz, od sześciu miesięcy, a może nawet roku, dowożę również chleb. Raz w tygodniu jeździmy do każdej wioski z wodą i chlebem. To regularne wyjazdy, w zależności od sytuacji w mieście i na drodze. Szczerze mówiąc, każdy taki wyjazd to mini operacja specjalna. Pomaga w tym wojskowy, który kontroluje niebo za pomocą dronów w rejonie, przez który muszę przejechać. To trudna sytuacja. Generalnie staramy się pomagać ludziom jak najwięcej. Ja sam podjąłem taką decyzję: robię, co mogę. Nie mogę powiedzieć, że to dużo, ale po prostu staram się pomagać ludziom.
Jeśli chodzi o opiekę duszpasterską, codziennie odprawiamy Mszę św. i, dzięki Bogu, w parafii jest jeszcze jeden ksiądz, ksiądz Maksym – służymy razem. Poza tym, kiedy mamy okazję, pomagamy personelowi medycznemu szpitala: dostarczamy żywność i, jeśli to możliwe, chemię gospodarczą. Tak wygląda nasza działalność.
Proszę mi powiedzieć, co Ksiądz i mieszkańcy miasta odczuwają jako najpilniejszą potrzebę na dziś?
Najważniejszą i najpilniejszą rzeczą jest pokój. Z pewnością ktoś potrzebuje jedzenia, ktoś potrzebuje leków, ktoś potrzebuje czegoś jeszcze. Pomoc humanitarna dla tych, którzy tam są, jest zawsze aktualna.
Księże, niedawno obchodziliśmy Niedzielę Miłosierdzia Bożego. Czy mógłbyś podać przykład lub sytuację, w której doświadczyłeś Bożego miłosierdzia w swoim życiu?
Powiedzmy tak, w wymiarze cielesnym – to chyba to, że wciąż z siostrą rozmawiam. Bo przeżyłem wiele sytuacji, w których, można powiedzieć, patrzyłem śmierci w oczy, ale dzięki Bogu, nadal żyję.
A w wymiarze duchowym – to pragnienie być z ludźmi i im pomagać. I tu teraz nie mówię o altruizmie. Dla siebie odkrywam frazę z Ewangelii: „W imię Jezusa Chrystusa”. Jeśli coś robię, to w imię Jezusa Chrystusa.
Spotkałem różnych ludzi: bardzo wdzięcznych, którzy doceniają pomoc; obojętnych, którzy traktują ją jak oczywistość; a nawet niewdzięcznych. Ale zawsze motywuje mnie ta myśl: to, co robię, robię w imię Jezusa Chrystusa. I to mnie napędza. Dla mnie to jest działanie Boga. Bo po ludzku nie byłbym tam, gdzie jestem. Te dwie chwile najbardziej oddają mi istotę Bożego miłosierdzia.
Rozmawiała s. Urszula Bistrycka SCM
Zanim rozpoczniesz rejestrację, zastanów się nad charakterem swojego udziału.