Ło jakie szykowne…

Hasło tegorocznego Adwentu już mamy!

Przed tygodniem pytałem, jak tam u Państwa z piernikami: czy już upieczone? Ozdobione? A może zjedzone? Bo, nie czarujmy się, bywa i tak, że czasem pierniki do Świąt… nie dotrwają.

Póki co tegorocznych jeszcze nie tknąłem. Czekają w kuchynnyj szuflodzie z maszkytami na swój czas, choć z dzieciństwa pamiętam, że pałaszowaliśmy je na równi z adwentowymi czekoladkami. A nawet bardziej, bo czekoladka z kalyndorza była tylko jedna na każdy dzień, a pierników – ile kto tam z krauzy (czyli słoika), potrafił sobie „wyłowić”.

Ale zanim pierniki znalazły się w tych wszystkich krauzach (oczywiście krauzy były po kompotach z truskawek), trzeba je było najpierw upiec. I kto wie, czy właśnie to nie był ten najfajniejszy dzień ze wszystkich tych adwentowych szczególnych dni, przebijający nawet Mikołaja, czy Barbórkę. Bo jednak Mikołaj to lekki stresik (co to za obcy chop w tym czerwonym mantlu?). Barbórka też za różowa nie była (trochę pisałem już o niej z perspektywy DDA). A dzień pieczenia pierników – sama przyjemność. Luzik, uciecha, fun i prawdziwie rodzinna atmosfera, bez tej wigilijnej napinki, gdy każdy chce żeby było perfect, a i tak nigdy nie jest.

Z piernikami perfect też nie jest, ale to nevadí. Bo jak jaki nie wyjdzie, to albo się mu lukrem mankamenty pozakrywa. Albo w ogóle od razu zje i kłopot z głowy, co nie? – jak mawia siostrzenica.

Ale to nie ona była autorką naszego tegorocznego, rodzinnego hasła, a moja mama, która na widok każdego pierniczka w kształcie ptaszka, dzwoneczka, czy ludzika, stwierdzała „ło jaki szykowny”. Kiedyś już zastanawiałem się nad fenomenem tego słowa. Po śląsku szykowne mogą być np. śpioszki dziecka, czy śliczne, miniaturowe figurki. - Ło jakie szykowne! – godo sie po naszymu, na widok czegoś drobnego, ale zachwycającego.

Po polsku inaczej: szykowny, to ktoś ubierający się z szykiem i elegancją. Po czesku zaś šikovný to ktoś zdolny, obrotny, potrafiący coś załatwić. Ktoś na kim można polegać.

Ale wróćmy do śląskiego-szykownego. Bo adwentowo-bożonarodzeniowy czas to dla mnie właśnie ten okres w roku, gdy to, co szykowne dominuje. Tu zachwyci jakiś dziadek do orzechów stojący na parapecie mijanego domu, tam niby obsypany śniegiem domek-skarbonka. Stroiczek, lampionik, betlyjka

To z takich carów, drobiazgów, miniaturek mam największą radość. Nie zaś z tych wszystkich „Vegasów”, królujących na rynkach naszych miast.

Przechodząc ostatnio przez centrum Katowic naprawdę miałem wrażenie, że wylądowali tam kosmici. Z jednej strony Spodek, z drugiej świetlista łuna kiczowatego jarmarku z diabelskim młynem, bardziej przypominającego Las Vegas właśnie, niż Betlejem.

Nie wariujmy. Nie szalejmy – także z prezentami. Naprawdę lepiej dać sobie coś drobnego, symbolicznego, szykownego, niż te wszystkie drony, quady, telewizory czy tablety. Ale znając życie pod choinkami będzie jednak inaczej. A w maju pierwszokomunuijna dogrywka: - Komu tablet? Komu dron? :)

*

A do posłuchania dziś też coś szykownego. Słowacka - żeby nie faworyzować Czechów - przeróbka słynnego przeboju Johna Lennona w wykonaniu grupy Kandráčovci:

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11