Szczęśliwe krzyże Prymasa

Droga Wielkiego Piątku, jaką szedł kard. Wyszyński, nie oznaczała cierpiętnictwa. Oznaczała wolność.

Przyjechali nad ranem 26 września 1953 roku. Kilkudziesięciu ponurych mężczyzn otoczyło klasztor w Rywałdzie. Kazali wynosić się zakonnikom z pierwszego piętra. Do zaniedbanej celi, której dwa okna wychodzą na przyklasztorne podwórze, funkcjonariusze wprowadzili kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Znaczące, że choć prymas w tym pierwszym miejscu swojego odosobnienia przebywał tylko kilkanaście dni, pozostawił po sobie jedną pamiątkę – Drogę Krzyżową, rozpisaną na ścianach pomieszczenia.

„Dziś »erygowałem« sobie Drogę Krzyżową, pisząc na ścianie ołówkiem nazwy stacji Męki Pańskiej i oznaczając je krzyżykiem” – zapisał w dzienniku.

Kto zachowuje się w ten sposób? Odruchem przeciętnego człowieka, poddanego niezasłużonym szykanom, jest skupienie się na swojej krzywdzie i zasklepienie się w przeżywanym cierpieniu. To bywa jałowe. Prymas Wyszyński wybrał inną drogę – skoncentrował się na cierpieniu Jezusa. To prowadzi do zbawienia, a już tu na ziemi uwalnia i przynosi pokój ducha.

Jedyna droga

„Całe moje życie było drogą Wielkiego Piątku” – powiedział prymas Wyszyński po przyjęciu sakramentu chorych, kiedy od śmierci dzieliło go tylko kilka dni. Nie była to deklaracja cierpiętnika – to był manifest człowieka wolnego, który przylgnąwszy do krzyża Chrystusa, przekonał się, że to z niego bije źródło szczęścia.

Stefan Wyszyński przeczuł to już w dzieciństwie. „Był to Wielki Piątek, w nocy. Cała niemal parafia zebrała się na ostatnie Gorzkie Żale. Śpiewano wszystkie trzy części, jak wtedy było w zwyczaju, a w przerwach obchodzono drogę krzyżową. Całą noc przesiedziałem w kościele skulony przy konfesjonale, który stał przy wejściu do zakrystii. Zapamiętałem mocno tę modlitwę przy grobie Chrystusa” – wspominał po latach. To przeżycie utwierdziło go w przekonaniu, że powinien zostać kapłanem. „Przeżycia tej nocy rzeźbiły moją chłopięcą duszę, pomagały mi odkrywać piękno drogi, którą zamierzałem pójść. Uważałem, że jest to jedyna droga dla mnie, nie może być inaczej. I do dziś dnia nie mam żadnej wątpliwości, że taka powinna być moja droga” – zapisał.

Znamienne słowa – Stefan Wyszyński już w dzieciństwie odkrył, że droga Wielkiego Piątku jest PIĘKNĄ drogą. W żadnym stopniu nie jest to droga odpychająca, w żaden sposób przytłaczająca i degradująca, ale pociągająca tak, że warta poświęcenia całego życia. Nie może być inaczej, bo droga Wielkiego Piątku jest nade wszystko drogą Jezusa Chrystusa. To On w Wielki Piątek przyjął gorzkie jarzmo krzyża i poniósł jego ciężkie brzemię, a człowiek, który za Nim idzie, niesie lekkie brzemię i doświadcza jego słodyczy.

Męka prymicji

O tym właśnie świadczy sposób, w jaki Stefan Wyszyński przyjmował kolejne krzyże, jakie pojawiały się na jego drodze. A było ich sporo. Gdy miał dziewięć lat, zmarła mu mama. Tęsknota za nią pozostała w nim na zawsze, ale nigdy go to zdarzenie nie złamało. Przeciwnie – to pod wpływem tego przeżycia zdecydował: „Chcę mieć Matkę, która nie umiera”. Była to decyzja niezmiernie doniosła, bo jeszcze mocniej związała go z Maryją.

Gdy Stefan poszedł do seminarium, słabe zdrowie nieomal zamknęło mu drogę kapłańską. Z powodu choroby płuc jego święcenia odbyły się z opóźnieniem. „Byłem święcony sam. Moi koledzy otrzymali święcenia 29 czerwca, a ja w tym dniu poszedłem do szpitala. (...) Gdy przyszedłem do katedry, stary zakrystian, pan Radomski, powiedział do mnie: »Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń«” – opowiadał później. Wspominał też, że podczas ceremonii wygodniej mu było leżeć krzyżem na ziemi, niż stać. Skomentował to tak: „Skoro wyświęcono mnie na oczach Matki, która patrzyła na mękę swojego Syna na Kalwarii, to już Ona zatroszczy się, aby reszta zgodna była z planem Bożym”.

Nowy kapłan odprawił prymicje 5 sierpnia 1924 r. w Częstochowie, w kaplicy Cudownego Obrazu. „Pojechałem na Jasną Górę, aby mieć Matkę, aby stanęła przy każdej mojej Mszy świętej, jak stanęła przy Chrystusie na Kalwarii” – uzasadniał we wspomnieniach.

„Prawdziwą męką była moja pierwsza Msza święta” – zaświadczył. Modlił się wtedy, żeby mógł odprawić jeszcze kolejną. I odprawił ją. I jeszcze jedną, i jeszcze wiele tysięcy Mszy św...

Kolejny raz okazało się, że dla woli Bożej nie istnieją żadne przeszkody. Po odprawieniu prymicji ksiądz Stefan poczuł się silniejszy. Poprawa zdrowia okazała się trwała, i to w takim stopniu, że był w stanie służyć Kościołowi jeszcze przez długie lata.

Dziękuję za taki los

Rzecz jasna nie tylko do kwestii zdrowotnych sprowadzały się krzyże prymasa. Jednym z bardziej wyrazistych było jego uwięzienie i przetrzymywanie w latach 1953–1956 w miejscach odosobnienia. Znamienna jest przebijająca z „Zapisków więziennych” gotowość prymasa do przyjmowania cierpienia. Więcej nawet – widać w nich szczerą wdzięczność Chrystusowi za doświadczane przeciwności. „Dziękuję Ci, Mistrzu, za to, żeś mój los tak bardzo upodobnił do Twojego, za to, żeś w Męce swojej zostawił mi dobry wzór męki mojej” – pisał 22 czerwca 1956 roku w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy. „Opuścili Cię Twoi Apostołowie, jak mnie opuścili biskupi; opuścili Cię Uczniowie, jak mnie moi kapłani. I jedni, i drudzy poddali się trwodze. Pozostała przy Tobie garstka niewiast; widzę je i przy sobie. Pozostali sami świeccy, słabi, grzesznicy: Łotr, Magdalena, Setnik, Nikodem, Józef z Arymatei i Szymon z Cyreny. I przy mnie została gromadka świeckich katolików, wcale nie najmocniejszych, którzy mają odwagę przyznawać się do mnie. To wszystko” – notował prymas. I podsumował: „Gdy porównam moje małe cierpienia z Twoimi, raduję się, że wszystko przeżyłeś, co każesz mi naśladować. Bądź uwielbiony w męce mojej”.

Tam też, w Komańczy, w obliczu przedłużającego się internowania, zadeklarował: „Wyrzekam się dobrowolnie wszelkich starań o wyzwolenie, dobrowolnie przyjmując dalszą udrękę, byleś tylko Ty, Matko, miała okazać w pełni chwałę swoją”.

Kardynał Wyszyński bardzo pragnął być na Jasnej Górze 26 sierpnia, gdy – za jego inspiracją – naród składał śluby jasnogórskie. A jednak nie było mu to dane. „Ja mam pełne do tego prawo, mam święty obowiązek i któż tego goręcej pragnie niż ja? A jednak, mając tak Potężną i tak Dobrą Panią, mam zostać w Komańczy” – pisał. Przyjmował to z uległością. Więcej nawet – dostrzegał w tym rękę Maryi. „To jest Twoje królowanie nade mną. Uczyniłem, co mogłem, dla Twojej chwały: przygotowałem w dniu 16 maja tekst Ślubowania, napisałem adoracje stanowe: dla kapłanów, dla młodzieży, dla mężów i matek. Te słowa będą mówiły za mnie do ludzi. A ja będę mówić tylko do Ciebie – za nich. Modliłem się o największą chwałę Twoją na dziś. Chciałem ją zdobyć za cenę mej nieobecności. Ufam, że Królowa Niebios i Polski dozna dziś wielkiej chwały na Jasnej Górze. Jestem już w pełni spokojny. Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu” – modlił się, pisząc.

Nie mogę prosić o nic

Na tym polegał Wielki Piątek prymasa: na otwartości na wolę Bożą. Nie na unikaniu życiowych krzyży ani też na cierpiętnictwie. Jego życie było pełne radości, która brała się nie z realizacji własnych zamierzeń, lecz z decyzji przyjmowania wszystkich zamierzeń Boga. Te zaś – taki paradoks – objawiają się nawet bardziej w przeciwnościach niż w tym, co idzie pomyślnie. To nie spełnienie się swoich życzeń, ale przyjęcie woli Bożej sprawia, że „kamień spada z serca”. Tego na każdym kroku doświadczał kardynał Wyszyński. I do końca o tym pamiętał – bo też do końca musiał się czegoś wyrzekać.

Gdy w kwietniu 1981 roku zaczął brać chemię, zapisał w dzienniku: „Nie ma dnia bez cierpienia”. Lecz nie fizyczne dolegliwości były dla niego największym krzyżem, a niemożność uczestniczenia w katedrze w Triduum Paschalnym. „W Wielkim Tygodniu, gdy biskup jest tak bardzo potrzebny wśród ludzi – jestem sam ze swoimi cierpieniami duchowymi, które są gorsze niż fizyczne... Twój niewolnik, Matko, czuje głęboko swą nieużyteczność” – stwierdził. Zapisał też: „Największym bólem moim było to, że w Wielki Czwartek nie mogłem być ze świętym prezbiterium. Podobnie nie mogłem ucałować nóg Kościoła świętego warszawskiego w liturgii wielkoczwartkowej. To ból równy temu, jaki przeżyłem w 1954, 5 i 6 roku, siedząc w więzieniu w czasie Wielkiego Tygodnia”.

Nie skarżył się jednak. „Miałem czas przez te dwa tygodnie pobytu w łóżku zastanowić się nad tym, jak wielki to dar Boży – czas, którego Bóg dał mi tyle – blisko 80 lat. Nie mogę prosić o nic Boga ani Jego Syna. Nie mogę prosić o powrót do zdrowia, do sił, dlatego że na stolicy biskupów warszawskich i gnieźnieńskich przebywam blisko 33 lata. To jest duży szmat czasu. Z wielu względów zasługuje on na jakąś decyzję ze strony Chrystusa, który ustanawia pasterzy i ich odwołuje. I w tej dziedzinie jestem również całkowicie spokojny” – zapisał.

Chrystus podjął decyzję: 28 maja 1981 roku zdjął z ramion prymasa ostatni krzyż i zamienił go na koronę chwały. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9