Co wyrosło pod Rybą?

Owoce, jak wiadomo, nie wyrastają z dnia na dzień, ale ćwierć wieku to wystarczająco długi czas, by przyjrzeć się im z bliska. Oto dostawa prosto z Lednicy. Proszę się częstować!

Jednego możemy być pewni: to drzewo jest solidnie nawodnione. Korzenie czerpią wodę z chrzcielnych źródeł Polski. Rok w rok młodzi, przechodząc pod Rybą, wyznają, że Jezus jest jedynym Panem i Zbawicielem. To stały punkt spotkań. Nieprzypadkowo. – Jeśli zapuszczą korzenie w Chrystusie, o resztę jestem spokojny – opowiadał mi o. Jan Góra, który zżymał się, gdy ktoś nazywał spotkanie „eventem”. – To solidnie przygotowany program, a nie jednorazowe wielotysięczne wydarzenie! Lednica to nie żadna akcja. To formacja. Tu nieustannie coś się dzieje. Przed czerwcowym spotkaniem starannie przygotowujemy dla duszpasterstw program formacyjny. Dlaczego? To proste! By wejść na szczyt Himalajów, najpierw trzeba trenować w Tatrach i Alpach – dodawał.

Spotkanie, które narodziło się jako kontynuacja VI Światowych Dni Młodzieży w Częstochowie z przekonania o. Jana Góry, że młodych, którzy uczestniczyli wtedy w ŚDM, nie można zostawić samych i że trzeba coś zrobić z ich entuzjazmem, ma już 25 lat!

Wywiedli mnie w pole

Od ćwierć wieku młodzi czują się tu jak ryba w wodzie. Spotkałem takich, którzy opowiadali mi o swoim nawróceniu, a nawet kapłanów, którzy mówili, że swe powołanie rozeznali na wielkopolskich polach.

„Przyjechałem jako zmieszany i zbuntowany nastolatek. Nie bardzo wiedziałem, gdzie jestem i czego wszyscy ode mnie chcą. Byłem przekonany, że jedziemy na spotkanie z papieżem. Wywiedli mnie w pole, dosłownie! Gdzieś w dali łaził ubrany na biało człowiek. Byłem święcie przekonany, że to Jan Paweł II, bo jego twarz wyświetlana była na telebimach. Okazało się jednak, że to »tylko« Jan Góra”. Tak rozpoczęła się dominikańska przygoda ojca Mateusza Kosiora, który przed laty był odpowiedzialny za to gigantyczne przedsięwzięcie.

Ziarna zostały rzucone

„O, niemądry! Przecież to, co siejesz, nie ożyje, jeżeli wprzód nie obumrze” – z właściwą sobie delikatnością tłumaczył Koryntianom święty Paweł. Ziarna na Lednicy zostały rzucone. Wielokrotnie. Mam wrażenie, że spotkanie sprzed roku i to, na które czekamy (znów odbędzie się w formie online, a pod Rybą będą jedynie przedstawiciele młodzieży), to biblijny czas umierania. Czy również przygotowania na wielkie żniwo?

– To zatrzymanie, obumieranie było nam – środowisku, Kościołowi w Polsce – bardzo potrzebne. Oderwało nas od wpadania w samozachwyt, że jesteśmy najlepsi, najliczniejsi, najwierniejsi, a Lednica będzie trwała do końca świata i jeden dzień dłużej. Rzeczywistość oczyściła takie myślenie. Widzę w owym obumieraniu mądrość prowadzenia tych dzieł przez Pana Boga. Jeśli chcemy, by przynosiły trwałe owoce, musimy sięgnąć do korzeni, zanurzyć się głębiej – wyjaśnia o. Wojciech Surówka, który trafił tu przed dwoma laty prosto z Kijowa. Sam jest zresztą „dzieckiem Lednicy”, bo choć jako młodzieniec marzył o tym, by zostać malarzem, zdecydował się na studiowanie fizjoterapii, a w 1997 roku podczas pierwszego Apelu Młodzieży III Tysiąclecia odkrył dominikańskie powołanie. Dziś, po 25 latach, przygotowuje kolejne lednickie spotkanie.

Razem!

Owoce Lednicy widać wyraźnie w czasie pandemii i wszechobecnych spotkań online, które w bezlitosny sposób obnażyły kryzys relacji. Dziś widać jak na dłoni, że pomysł ojca Góry był genialny w swej prostocie. Młodym nie wystarcza już autorytet rodziców (często działają wbrew niemu z wypisanym na czole hasłem: „Grunt to bunt”) i muszą zobaczyć wiarę rówieśników, stanąć w tłumie podobnych sobie, doświadczyć, że nie są w swych przekonaniach dziwakami, odludkami, „pingwinami na Saharze”. Stojąc obok podobnie myślących kilkudziesięciu tysięcy rówieśników, mają szansę przekonać się na własnej skórze, czym jest wspólnota Kościoła.

Tak jak Dorota Paciorek, twórczyni Dayenu, której memy podbiły internet. „Wiesz, znam miejsce, gdzie mogłoby ci się spodobać. Coś jak Woodstock, tylko bardziej słowiański. Powrót do źródeł. Świetna muzyka etno, bębny” – zachęcał ją znajomy. Dała się skusić. „Ojciec Jan Góra rzucił: »Kto kocha Jezusa, niech podniesie świeczkę do góry« – wspomina. – »No, teraz się okaże, jaka jest wiara polskich katolików« – parsknęłam śmiechem. – »Pewnie w górę powędruje kilka świeczek kurczowo ściskanych przez zakonnice«. Nagle wokół mnie wyrosło gigantyczne morze ognia. Zatkało mnie. Zamarłam w zachwycie”.

Do tańca i różańca

„Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Ten najbardziej rozpoznawalny lednicki utwór już dawno trafił pod strzechy i wszedł do żelaznego repertuaru wielu wspólnot. Podobnie jak subtelniejsze „Nie bój się, wypłyń na głębię” czy pastelowe „Podnieś mnie, Jezu i prowadź do Ojca”. Te pieśni śpiewane i wytańczone przez kilkadziesiąt tysięcy młodych stały się znakiem rozpoznawczym spotkania. I kolejnym owocem Lednicy. Aż nie chce się wierzyć, że tworząca je ekipa już pięciokrotnie okrążyła kulę ziemską i grała przed dwustutysięczną publiką. Nie, nie piszę o Metallice czy U2, ale o wielkopolskiej formacji Siewcy Lednicy! – To, co wydarzyło się z zespołem, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Graliśmy mnóstwo koncertów w Polsce, za granicą, kilkukrotnie w Stanach Zjednoczonych. Przecież tego nikt na początku nie planował – uśmiecha się skrzypek z Żywiecczyzny Marcin Pokusa.

– Jadę samochodem. Jest sierpień, z nieba leje się żar, więc mam otwarte szyby – wspomina lider grupy Piotr „Żarówa” Ziemowski. – Obok mnie maszeruje pielgrzymka. Jest godzina 15 i słyszę, że młodzi ludzie zaczynają śpiewać Koronkę do Bożego Miłosierdzia na naszą melodię.

Lednicka Koronka ma na YouTube 655 tys. wyświetleń, a „Tak, tak, Panie” aż 1 065 835. To naprawdę robi wrażenie.

Panie proszą panów

– Stanęliśmy przed kościołem Świętej Agnieszki na Piazza Navona. Zagraliśmy jedną pieśń i nagle przed schodami zjawiło się dwa tysiące ludzi – opowiada Kazimierz Hojna, lednicki wodzirej. – Plac zafalował, ludzie zaczęli tańczyć. Włoscy karabinierzy, którzy zobaczyli to zgromadzenie (nie mieliśmy oficjalnej zgody), byli początkowo lekko przerażeni. Co mogli zrobić w dziesiątkę wobec tysięcy tańczących? Tylko stać i uśmiechać się. Nasze dziewczyny starały się ich porwać do tańca i nawet niektórym się udało. Wkrótce plac był wypełniony. Przybywały kolejne zastępy ludzi z całego Rzymu.

To barwna opowieść o zorganizowanej w dniu urodzin Karola Wojtyły akcji „Cała Polska zatańczy dla świętego Jana Pawła II”, która była reakcją na kanonizację papieża. Czy można wyobrazić sobie Lednicę bez tańców? Tym owocem organizatorzy poczęstowali wiele duszpasterstw.

Relacje!

Hermanice koło Ustronia. Koniec lat dziewięćdziesiątych. Pod Równicą i Czantorią trwa kolejne dominikańskie spotkanie młodych. Do punktu wydawania kolacji (bułka plus żółty ser) ustawia się kolejka. Na końcu ogonka staje ojciec Jan Góra. Zaczyna zaczepiać młodych. Zagaduje co chwilę kogoś nowego. „Dlaczego stoi z nami?” – dziwią się młodzi. „Przecież jako ojciec założyciel mógłby jeść wypasioną kolację w VIP-roomie”. Ojciec Góra sypie z rękawa żartami. I… buduje relacje.

Stałem wówczas w tej kolejce. I usłyszałem od ojca Jana: – Moim idolem był czeski przedwojenny kapłan, Hohlicek. Na jednym z kazań powiedział: „Drodzy parafianie, śniło mi się, że umarłem. Ale tak nie do końca umarłem, bo sikać mi się zachciało. Pytam Piotra, gdzie można iść za potrzebą, a on pokazuje ręką pewną dziurę. Podchodzę do tej dziury i co widzę? Naszą parafię!”.

W Hermanicach czy na Lednicy nie było podziału na „my” i „oni”, żadnego dystansu (co wcale nie oznaczało, że nie darzyliśmy dominikanina szacunkiem). – Budowania relacji – opowiadał ojciec Góra – uczyłem się od Karola Wojtyły. Studenci krakowskiej Beczki nie musieli oficjalnie zapraszać swego metropolity na spotkania opłatkowe. I tak zjawiał się co roku.

Sto tysięcy odpowiedzi

– I gdzie jest teraz ta młodzież, która przyjeżdżała na Lednicę? – zapytał mnie złośliwie znajomy. – Gdzie jest tych sto tysięcy, które modliło się pod Rybą?

– Jest sto tysięcy odpowiedzi – odrzekłem. Część jest w duszpasterstwach, część w małżeństwach, w klasztorach czy seminariach, a część rozczarowanych Kościołem odeszła, trzaskając przy tym drzwiami. Część posłuchała lednickiej piosenki i wypłynęła na głębię, inni brodzą po płyciźnie. Trudno o uogólnienia, bo zawsze są spłyceniem tematu. Zapomina się wówczas o pojedynczym człowieku, który ginie w morzu cyferek i gąszczu tabel. Łatwo zafiksować się na statystykach. A te naprawdę są imponujące.

„1,78 mln uczestników, 24 tys. wolontariuszy, 15 tys. kapłanów, 60 symboli…” – recytowali jak z nut tuż po śmierci Jana Góry dominikanie. Złośliwi twierdzili, że Lednica była oparta jedynie na jego charyzmie i po jego śmierci dokona żywota. Jak pokazało życie, dominikanin budował na Bogu, nie na sobie, a dzieło przetrwało. Jestem pewien, że przyznanie się do Jezusa w rzeczywistości duchowej nie jest zwykłą deklaracją bez pokrycia i nawet jeśli część młodych odeszła, będzie miała do czego się odwołać. Będzie miała do czego wrócić.

– Odkryłem jedno: trzeba przekuć emocje na kulturę. Inaczej nie znajdziemy z młodymi wspólnego języka – opowiadał mi ojciec Góra. I znów życie pokazało, że miał rację. Gdyby Lednica była zwykłym eventem, w rodzaju rockowego koncertu, nie wydawałaby owoców…•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10