Między ołtarzem a sądem

Powtórne zawarcie małżeństwa w Kościele wydaje się mocno podejrzane. Jak to jest, pytają niektórzy, istnieją rozwody kościelne czy nie istnieją? Czy Kościół odchodzi od nauki o nierozerwalności małżeństwa?

Wydawało się, że słowa nie wypowie. Ściśnięte gardło, usilne próby powstrzymywania łez… Zachowanie typowe dla kobiety dystyngowanej, na stanowisku, przyzwyczajonej do trzymania nerwów na wodzy. Trafiła do mnie od proboszcza, który dzwonił kwadrans wcześniej. Zna ją z codziennych Mszy św., kręgu biblijnego, wie, że dużo się modli… Ale nigdy nie przystąpiła do Komunii św., widocznie jest jakaś przeszkoda. Ostatnio ktoś ją poprosił, by została matką chrzestną jego dziecka. – Niech przyjdzie – powiedziałem. Więc Maria, tak ją nazwijmy (zarówno to, jak i inne imiona są zmienione), przyszła.

– Pochodzę z bardzo dobrego domu, tak samo jak Janek – opowiada. – Moi rodzice go uwielbiali, znaliśmy się od wczesnego dzieciństwa – wspólne wakacje, weekendy, studia… Mój ojciec traktował go jak syna, zatrudnił w swojej firmie. Układało nam się bardzo dobrze, oboje byliśmy szanowani i lubiani, traktowaliśmy się z ogromnym szacunkiem. A ja… no cóż, nauczona byłam poukładanego, ustabilizowanego życia, w którym nikt z nikim się nie kłóci, wszyscy wychodzą naprzeciw oczekiwaniom innych członków rodziny. Więc to był wstrząs, kiedy osiem miesięcy przed ślubem z Jankiem poznałam Stanisława. I bardzo pokochałam. To było dziwne. Bo od dzieciństwa kochałam Janka jak przyjaciela, jak brata niemalże, kochałam jego rodziców. I miałam zostać ich synową. A jedyne, na czym mi wówczas zależało, to… zostać żoną tego drugiego. I jeszcze – żeby nie sprawić Janowi bólu. Niech ksiądz nie pyta, dlaczego nie miałam odwagi powiedzieć matce, ojcu czy przynajmniej Janowi. Byłam kłębkiem nerwów, jak zawsze doskonale utrzymanych na wodzy. Pragnienie, żeby w kluczowym momencie uroczystości ślubnych do kościoła wszedł ten drugi i zanim wypowiem „tak”, krzyknął: „nie rób tego!”, nie spełniło się. Wyszłam za Jana. Bardzo się starałam być dobrą żoną. I tylko z dnia na dzień coraz bardziej cierpiałam. Kochałam Stanisława tak bardzo i tak bardzo chciałam być z nim, że w końcu… wylądowałam u psychiatry. Za radą lekarza postanowiłam odejść od męża. Od wielu lat żyję w związku cywilnym ze Stanisławem. Jan jakoś się z tym uporał.

– Rozumiem, że chce pani przeprowadzić proces o nieważność małżeństwa z tytułu symulacji? – zapytałem. Nie odpowiedziała. I nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Od tego czasu jednak za każdym razem, kiedy myślę o zawiłościach ludzkiego losu, przypominam ją sobie. I wiem, że o każdym małżeństwie, które się rozpadło, należy mówić po cichu i z szacunkiem. Z powodu ludzkiego bólu i poczucia porażki. W XXI wieku, w którym celebryci żenią się i rozwodzą po kilkanaście razy, w otoczeniu fotoreporterów, ośmielam się podtrzymywać tę bardzo dla niektórych konserwatywną tezę: rozpad małżeństwa jest tragedią. Rozejście się małżonków to nie jest bułka z masłem. Ale czasem nie ma innej możliwości…

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7