Misjonarz z Trójmiasta na Białorusi Powiedzieć, jak wierzyć

Ks. Andrzej Bulczak o misjach marzył od dziecka. Na Białoruś – gdzie pracuje obecnie – wyjeżdżał aż dwa razy.

Ks. Sławomir Czalej: Dlaczego wybrałeś właśnie Białoruś?

Ks. Andrzej Bulczak: – Pierwsza myśl, żeby akurat tam pracować, pojawiła się podczas Europejskiego Spotkania Młodych Taizé we Wrocławiu w 1995 r. Pojechałem tam z moim kolegą z seminarium ks. Rafałem Dettlaffem, wówczas klerykiem. Tam też spotkaliśmy grupę dzieciaków z Nowogródka z nazaretanką, siostrą Renatą Sokołowską, która sama pochodzi z Gdańska. Na zaproszenie siostry pojechaliśmy z Rafałem do Nowogródka na wakacje; udało nam się też zawieźć transport – dużego jelcza – z pomocą. Od tego momentu wyjeżdżałem na Białoruś kilka razy do roku. Pod koniec mojego pobytu w seminarium (ks. Andrzej otrzymał święcenia kapłańskie w 2000 r. – przyp. S.Cz.), doświadczając wcześniej naocznie braku kapłanów, postanowiłem, że właśnie tam chciałbym pojechać. Kiedy abp Sławoj Leszek Głódź wyraził zgodę na mój wyjazd, pojechałem do diecezji witebskiej, kierowanej przez biskupa Władysława Blina, do parafii Przemienienia Pańskiego w Czasznikach.

Ale dojechałeś jedynie do granicy. Jaki był tego powód?
– Pierwszy wyjazd rzeczywiście tam się skończył. Jechałem do diecezji mińsko-mohylewskiej. Okazało się, że władze Białorusi nie zgodziły się na mój pobyt i nie otrzymałem wizy. O tym fakcie dowiedziałem się dosłownie na przejściu granicznym. Wróciłem i przez dwa i pół miesiąca byłem wikariuszem w Rumi-Zagórzu.

Opowiedz o doświadczeniu pierwszych miesięcy.
– Jest to zupełnie inny Kościół. Tym bardziej, że pracuję na terenach, które nie należały do Polski przed II wojną światową. W mojej parafii nie było księdza przez 130 lat! Parafia katolicka została tam rozwiązana w 1868 r. Kościół został przekazany braciom prawosławnym, w czasach sowieckich był tam spichlerz, a w 1964 r. budynek został zburzony doszczętnie. Tak się pięknie złożyło, że swoją pierwszą Mszę św. odprawiałem dokładnie w 8. rocznicę wizyty kapłana, który w jakimś domu mieszkalnym odprawił Eucharystię pierwszy raz po tylu latach. Parafianie odczytali to jako swoisty znak; od czasu tamtej Mszy św. modlili się o kapłana. Na pierwszej Mszy było 26 osób, później 50 i tak liczba powoli wzrasta. Ponadto ludzie widzą, że coś się zaczyna dziać wokół kaplicy. Przychodzą, pytają. Takim poruszającym momentem było przygotowywanie pierwszej szopki na zewnątrz. Podszedł milicjant w mundurze. Pomyślałem, że chce załatwić jakieś urzędowe sprawy. On tymczasem poprosił o spowiedź. Było to dla mnie wielkie przeżycie. Wieczorem przyszedł jeszcze z kolegą milicjantem na Pasterkę. Takich momentów jest dużo.

Rozumiem, że organizujesz życie parafialne od początku. Masz na przykład księgi chrzcielne?
– Niby księgi istnieją, bo księża tam przedtem dojeżdżali, ale są w nich wielkie braki. Rzeczywiście trzeba zaczynać od początku. Ludzie nie potrafią się modlić. Tłumaczę więc istotę sakramentów, modlitwy, nabożeństw. Msze odprawiam już po białorusku. Kazania nadal mam po rosyjsku.

Czy białoruski jest trudnym językiem?
– Bardzo podobnym do polskiego. Rozumiem go już, ale nie mówię jeszcze na tyle swobodnie, żeby głosić w nim homilie. Zresztą ludzie między sobą też mówią po rosyjsku.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9